
Uwaga – poniższy tekst zawiera spojlery z pierwszego i drugiego odcinka piątego sezonu The Boys!!!
The Boys wrócili z finałowym sezonem, a ja na wstępie od razu posypuję głowę popiołem. Podpaliłem się po pierwszych trzech odcinkach Genu V, bo od strony technicznej i strukturalnej to było to, czego od tej produkcji oczekiwałem, potem jednak serialowi zaczął przeszkadzać fakt, że trzeba pokazać jakąś fabułę. I finalnie nie było się czym zachwycać. Jednak piąty, finałowy sezon The Boys to zupełnie inna historia. Są fantastyczni bohaterowie, którzy stali się przez te wszystkie lata prawdziwymi ikonami. Na początek kilka zdań o tym, że dobrze, iż ten serial dobiega końca. Byłem wielkim fanem Chłopaków, i to nawet po rozczarowującym, beznadziejnym zakończeniu trzeciego sezonu. Wciąż wierzyłem, że w tym świecie jest jeszcze kilka ciekawych rzeczy do opowiedzenia. Czwarty sezon to w większości okropny, całkowicie nieśmieszny i niesmaczny żart, ale piąty chyba pójdzie w inną stronę, zamierza trochę zagrać na nostalgii, trochę pobawić się z widzem. Widać ogrom pracy włożony w pokazanie iście filmowego formatu i równie filmowej jakości technicznej. W większości ogląda się to naprawdę dobrze, jeśli człowiek nie zagłębia się w szczegóły, bo wtedy jest już sporo gorzej. Zapraszam na omówienie dwóch pierwszych odcinków.
The Boys s05e01 – Pół metra czystego dynamitu
Zaczynamy od dość odważnego, ale w sumie naiwnego plan Starlight. Tu muszę nadmienić, że jest mi zwyczajnie szkoda Erin Moriarty, nie wiem, czy dała się ponieść modzie, czy to efekt choroby, albo złych doradców, ale z jej twarzą dzieją się dziwne rzeczy. Sam nie wiem, czy bardziej niezdrowo wyglądała w sezonie czwartym, czy tutaj, nie lubię podnosić takich tematów, ale teraz zmiana jest bardzo widoczna i niekorzystna, a przecież mówimy o trzydziestolatce. W każdym razie, Starlight dość łatwo zakrada się na zaplecze występu Ojczyznosława i naiwnie myśli, że pokazanie prawdy będzie miało jakiekolwiek znaczenie i siłę.
A potem pojawia się psuedo-Noir i rozpoczyna się mało atrakcyjna i chaotyczna walka, której na pewno nie można zapisać na plus. Nie rozumiem prowadzenia złoli od pewnego czasu w tym serialu. Są oni popierdółkami, którzy na każdym froncie dostają oklep. Nie przerażają, nie budzą respektu, nie są wartością dodaną. Pseudo-Noir i Deep są jak zespół R z Pokemonów, bardziej komediowy duet aniżeli realne zagrożenie dla głównych bohaterów. Są bo są, ale w zasadzie nie wiem po co.
A co do planu Starlight, to rozbrojenie go nie było trudne. Twórcy poszli tutaj po linii najmniejszego oporu. AI, deepfake i tak dalej, i tak dalej. Kilka lat temu to może byłby fajny temat, ale teraz można co najwyżej machnąć na to ręką, zwłaszcza jak jest to podane tak łopatologicznie i wszyscy dookoła patrzą na to AI jak na jakieś nowe bóstwo, którego nikt nie rozumie. Mocno to słabe i takie prostackie, że aż zęby bolą.
Bardzo fajnie wypada to, co zawsze było siłą The Boys, a więc satyra mediów społecznościowych, reklam, influencerów i tego typu ludzi w świecie super-bohaterów. Te krótkie wstawki to dla mnie zawsze była sól tego świata i im więcej tego, tym więcej uśmiechu na mojej twarzy. Cieszy mnie inwencja w wymyślaniu kolejnych popapranych, wypranych z moralności osób posiadających dziwaczne umiejętności i dziwne upodobania.
Ciekawą rzeczą jest, że w tym sezonie (przynajmniej moim zdaniem) póki co odpuszczono sobie aż tak wielkie zagłębianie się w politykę, i to robi serialowi na plus. Zrobienie z Ashley pani vice-prezydent i wstawka z tym, że odpowiedziała na pytanie z atakująca ją tezą, które sama sobie zadała plus chęć wywołania kontrolowanej dyskusji wyszła dobrze, ale nie zdominowała kursu jaki obrał odcinek. To wreszcie znów jest serial taki, jaki był przed nieszczęsnym czwartym sezonem. I wygląda jakby twórcy mieli pomysł na godne kończenie wątków, ale sztucznie ten serial przedłużyli i wcisnęli w czwartym sezonie całą masę nikomu niepotrzebnego szmelcu. Tak naprawdę sezon piąty będzie się pewnie prezentował zdecydowanie gorzej niż sezony 1-3, ale przez to sztuczne obniżenie poprzeczki będzie się wydawało, że jest spektakularnie wręcz dobry.
A teraz dochodzimy do najważniejszego pytania: po co tu jest Siostra Sage? Najgorzej rozpisana, najbardziej bezużyteczna i odpychająca postać w historii tego serialu. Kolejny słaby, lub nawet bardzo słaby antagonista (który nagle nie wiedzieć skąd może okazać się protagonistą), który nie wnosi absolutnie nic, dodatkowo ma słabo napisane dialogi i moce, których twórcy albo nie są w stanie, albo zwyczajnie nie chcą ogarnąć. Jej super mózg praktycznie w niczym nie pomaga. Jest jedna scena, gdzie Sage mówi, iż rozwój mediów społecznościowych i tego, że ludzie dzielą się wszystkimi swoimi danymi w internecie to błogosławieństwo dla aparatu inwigilacji, ale to tyle dobrego co mogę powiedzieć póki co o jej roli, zarówno w czwartym odcinku jak i w tym obecnym.
Wolność czyni wolnym – marne podejście do ważnego tematu
Wielu ludzi wysoko oceniających ten odcinek pewnie powie: „wow jak fajnie pokazali system obozów Ojczyznosława”. Zdradzę wam, że ogólne będę bardzo pobłażliwy dla tego odcinka jako całości. Bo jako całość oceniam go wysoko. Oglądało się to bardzo przyjemnie, a plusy zdecydowanie przyćmiły minusy. Jednak wątek obozów to jest jawna kpina i pokazanie, jak bardzo po łebkach zrobiono ten wątek. Tak, żeby gawiedź się ucieszyła. Jak można było stworzyć taki obraz? Komu przyszło do głowy, żeby udawać wzorowanie się na obozach koncentracyjnych, skoro te miejsca z takimi kompleksami nie mają nic wspólnego? Jednak podprogowo poszedł przekaz do ludzi – to jest do jeden jeden. Bo są migawki to sugerujące. A więc przede wszystkim napis nad bramą.
A potem pokazane jest życie w obozie i nic się nie zgadza. Wygląda to jak typowy amerykański zakład karny, gdzie panuje duża samowola, a krętacze pokroju Francuza są królami życia. Gość ma sobie słuchaweczki z muzyczką, obstawia walki, zarabia kasę, a jego przyjaciel Cycuś pędzi bimber na przemysłową skalę. W którym miejscu jest ta represja? To, że nie można uciec, bo super strażnicy rozwalą cię na kawałki? Albo jedna osoba oberwie niespecjalnie mocno od strażnika bez powodu? Posłużono się tutaj powierzchownymi, krzywdzącymi symbolami. Zrobiono dziwnie skrajną narrację, bez większej głębi. Tak jak bardzo podobał mi się w poprzednim sezonie festiwal foliarzy i fanatyków teorii spiskowych, bo był dopracowany, szczegółowy i przekonujący, tak te obozy to kpina i żałosny, tani zabieg, który powinien obrażać inteligencję widza. Albo idziemy w hardcore i suniemy po bandzie, albo pokazujemy tylko tanie migawki mające działać na wyobraźnię widza, pod którymi nic się nie kryje. Dla mnie ten wątek jest napisany i rozplanowany fatalnie, nawet jeśli trzej więźniowie z ekipy Chłopaków prezentują się w nim naprawdę fajnie.
Natomiast, po co była scena, w której Butcher spotyka się ze swoim ojcem? Nie było żadnego ładunku emocjonalnego, żadnej chemii. Nie zrobiono nic, by jakoś szczególnie obudować ten wątek, więc jego zamknięcie też nie niesie ze sobą nic specjalnego. Ot zapychacz, mało potrzebny i słabo napisany.
Jednak już spotkanie Butchera z Kimiko można zapisać temu serialowi na plus. Zastanawiałem się, jak twórcy poradzą sobie z zakończeniem poprzedniego sezonu. Otóż zdecydowali się w ogóle sobie z tym nie radzić, i to chyba jedyna zdrowa strategia w tym wypadku. Butcher jest psychopatą i absolutnym dyktatorem w walce z reżimem Ojczyznosława i jego zbrodnie są usprawiedliwiane, co w konsekwencji czyni drugą stronę niemal tak samo odrażającą, co widać w jednej z późniejszych scen. Póki co możemy napawać się mistrzowską grą Karla Urbana, który wykreował jedną z najciekawszych postaci w całej historii telewizji.
A zaraz potem przychodzi kolejny minus. Kimiko mówi – nie wiem po co. Dodatkowo nie wiedzieć czemu z tą umiejętnością powiązano coś na wzór zespołu Tourette’a. Nagle kobieta, która normalnie potrafiła się porozumieć, nie potrafi opanować swoich ust przed rzucaniem głupich lub bardzo głupich zdań. „Wina TikToka” no tak, jakież to proste w umyśle twórcy. Czasami Eric Kripke rzuca tak oklepanymi sloganami, że aż wstyd, tak bardzo upraszcza skomplikowany przekaz, że nie da się nie czuć złości. Tak jest w przypadku Kimiko i kilku innych kwestii. Jeszcze raz – będę bronił tego odcinka jako całości, ale jednocześnie zamierzam wytykać te małe głupotki, przez które serial nie jest już dla mnie świętością.
Ojczyznosław od dłuższego czasu jest rozchwianym paranoikiem. Wiadomo dlaczego, ale nie chcę w to wchodzić. Staram się bardzo mocno oddzielać jego postać od możliwych porównań, których absolutnie nie widzę (zgadzajcie się albo nie). Próba tak mocnego upolitycznienia tego serialu wyszła totalnie na niekorzyść, zwłaszcza, że nie było ku temu powodów. Bo Ojczyznosław z początków serialu był wzorem socjopaty, któremu wydaje się, że nikt nie jest w stanie go zrozumieć. Teraz wreszcie trochę do tego wrócono, ale pewnych rzeczy nie można już cofnąć. Tak więc mamy miks Ojczyznosława, którego oglądało się z przyjemnością, i tego irytującego z czwartego sezonu. Na szczęście proporcje są dla niego póki co korzystne. Szkoda tylko, że po stronie „zła” nie ma nikogo innego, kto byłby rzeczywistym zagrożeniem dla Chłopaków. Ojczyznosław wysługuje się bowiem dwoma pachołkami, którzy nie robią praktycznie nic.
Cieszę się, że The Boys dobiegają końca w takiej formie, bowiem nie ma tu już świeżych pomysłów. Wszystko jest szalenie odtwórcze. Mamy więc nowego Ezekiela. Tyle tylko, że wpisującego się bardziej w kulturę gospelu i czarnoskórych pastorów porywających tłumy raczej w większości czarnoskórych społeczności. Pasuje to mocno średnio, jest elementem marginalnym, który nie ma większego znaczenia dla fabuły. Jest bo jest, bo czymś trzeba było wypełnić godzinę odcinka. Przy okazji widzimy, jak bardzo niesamodzielna w swoich decyzjach jest Ashley mimo roli wice-prezydenta.
The Boys kiedyś słynęło z wprowadzania dziwnych, totalnie zdegenerowanych supków. Przeszarżowano z tym w czwartym sezonie, a teraz powrócono do tego, co się sprawdzało. W ogóle mam wrażenie, że sezon piąty to będzie po prostu krok wstecz do tego, co działało, a o czym spektakularnie zapomniano. Robak jest powiewem „normalności”, czegoś, do czego mogliśmy się przyzwyczaić w pierwszych trzech sezonach. Ekspozycja, kilka obleśnych szczegółów, zarysowanie jego dziwactw i przyzwyczajeń i właściwa akcja. Tutaj nie popełniono żadnego błędu.
Jednak najważniejszym elementem pierwszego odcinka piątego sezonu zdecydowanie był A-Train. To dla niego poprowadzono fabułę i zamknięcie jego wątku jest tym, co wynosi ten odcinek na dobry poziom. Nie ma klasycznego dla czwartego sezonu stania w miejscu, czy raczej kręcenia się w kółko. Jest wreszcie jasno pokazany cel i droga do odkupienia i spięcia klamrą wszystkich wątków dotyczących tego konkretnego supka. Nie była to postać specjalnie charyzmatyczna i pierwszoplanowa, ale miała swoje momenty, które teraz zaprocentowały poruszającymi, wyniosłymi sekwencjami.
Niestety odcinek pierwszy ma bardzo długie momenty absurdalnych przestojów. Jak chociażby absolutnie nic nie wnoszące rozmowy przy „robieniu koktajli mołotowa”. W tak niby pilnie strzeżonym obozie, znalazło się sporo miejsca na tworzenie prowizorycznego ruchu oporu? Znów chodzenie na skróty i traktowanie wątków po macoszemu nie popłaciło. Swoboda Chłopaków w obozie jest nierealna i razi w oczy. A dialogi między nimi delikatnie mówiąc nie porywają.
Porywa za to konfrontacja Ojczyznosława z Hughie’m. Ich rozmowa pokazuje kilka interesujących rzeczy. Po pierwsze, jaką drogę przeszedł ten drugi. Po drugie, jaką ma pozycję, co dziwnie (ale w pozytywnym sensie) kontrastuje z tym, jakim jest absolutnym przeciętniakiem, co kilkukrotnie w tym odcinku podkreślono. Hughie jest elementem teoretycznie zupełnie niepasującym do układanki, a jednocześnie niemal najważniejszym jej punktem, łączącym świat ludzki i ten należący do supków.
Chyba pierwszy raz tak mocno podkreślono rolę Hughie’go, tak mocno bezpośrednio skonfrontowano go z zagrożeniem. To już nie jest wiecznie przestraszony, uciekający dzieciak. To mężczyzna, który mimo braku jakichkolwiek argumentów stawia czoło zagrożeniu. Scena rozmowy w baraku absolutnie spełnia swoją rolę.
Akcja „podkop”
Kolejny fragment dla fanów początków Chłopaków. Trochę ordynarnego, kloacznego humoru. Podane to jest jednak zdecydowanie lepiej niż w przypadku sezonu czwartego, który zupełnie sobie z tym aspektem nie poradził, i chciał tylko przekraczać kolejne wyimaginowane, całkowicie nie istniejące już od dawna granice. Teraz powrócono do korzeni i to jest największe zwycięstwo tego odcinka. Są potknięcia, ale jest też zwyczajny pospolity promyczek nadziei na to, że The Boys nie skończą się byle jak, a jednak oddadzą hołd temu, co udało się zbudować na początku.
Szkoda tylko, że po raz „tysięczny” otrzymujemy niemal identyczną konfrontację Butchera z Ojczyznosławem. To jest powtórzenie dokładnie tego samego schematu. I to niestety nudzi. Twórcy poświęcili kilka minut na rozmowę dwóch samców alfa, ale nie daje to efektu wow, bo takie samy rozmowy były już w sezonie pierwszym, potem drugim i trzecim i zawsze kończyło się to na rozejściu się każdy w swoją stronę. Tak było także teraz.
Jednak przy okazji masakry w obozie dostaliśmy dwie ciekawe odpowiedzi. Po pierwsze charakter Starlight całkowicie się zmienił. Jako szefowa ruchu oporu stała się wyrachowana. Zaczęła wierzyć w to, że cel uświęca środki, zaczęła również wierzyć w metody Butchera, a być może nawet przerosła go w kwestii gotowości do poświęceń. Butcher miał kilka bezpieczników, Starlight pokazała, że swoje zostawiła za sobą. Dla osiągnięcia zwycięstwa nawet przez chwilę nie wahała się nad poświęceniem ukochanego.
Scena z A-Trainem, która jest kopią tego, co kiedyś widzieliśmy w wykonaniu Quicksilvera w filmie o X-menach „Przeszłość, która nadejdzie”. W zasadzie nie ma tutaj większych uwag. Chciano wprowadzić trochę dosłownych nawiązań do kina superbohaterskiego. Wyszło poprawnie.
I tak naprawdę dopiero pod koniec dzieją się fajerwerki. Najpierw pościg Ojczyznosława za A-Trainem. Od razu przypomniał mi się odcinek LOST-ów, w którym Charlie i Hurrley rozmawiają o wyścigu Flasha i Supermana, kto by wygrał i dlaczego. Widzimy na ekranie spektakularną, widowiskową sekwencję. A potem A-Train otrzymuje najlepsze możliwe odkupienie. Dosłownie dostaje możliwość ponownego przeżycia dnia swojej największej zbrodni. Pamiętacie, jak poznaliśmy tego supka? Pojawił się w nieprawdopodobnie mocny sposób, rozrywając na strzępy niewinną dziewczynę na ulicy. To było coś wstrząsającego, co w pewien sposób zdefiniowało, czym był ten serial. Teraz kolejna niewinna kobieta stanęła na drodze jego biegu. Ktoś mógłby powiedzieć, że to wymuszona gra na nostalgii, że to jeden z najtańszych chwytów, ale mnie totalnie kupił. Tak samo, jak późniejsza mega mocna rozmowa Ojczyznosława z A-Trainem. A na koniec genialna gra ciszą. Ten odcinek nie mógł skończyć się lepiej. Zabieg z tym, by nie puścić żadnego motywu po pojawieniu się napisów ogromnie podbiło emocje.
Kilka małych rzeczy zadecydowało, że ten odcinek finalnie muszę ocenić na duży plus. Nie mogę zrozumieć zabiegu z obozami, ale doceniam jak budowana jest postać Starlight i Butchera oraz jak mężczyzna wpływa na superbohaterkę i jak kształtuje ją niemal na swoje podobieństwo.
Ocena odcinka pierwszego: 8,5/10
The Boys s05e02 – Teenage Kix
Drugi odcinek zaczynamy od pogrzebu A-Traina. Jest to o tyle ważne wydarzenie, że będzie wspaniale współgrać z pewną późniejszą sceną. Machina propagandy zostaje uruchomiona. Na potrzeby publiki trzeba zrobić ze zmarłego bohatera w walce o wolność i prawdę. Tu nie ma większych błędów. Dobrze zobrazowano działania jednej strony po to, by móc to skonfrontować ze stroną przeciwną.
William Butcher staje się na powrót liderem pełną gębą, który tym razem absolutnie nie będzie znosił żadnego sprzeciwu, czemu daje dosłowny wyraz. Znów wracamy do finału poprzedniego sezonu i tego, jak ograć tę sytuację. Twórcy stawiają na zamordyzm Butchera, któremu udaje się wciągnąć resztę ekipy w swoje skrajne szaleństwo.
I tu dochodzimy do najważniejszego dialogu początku piątego sezonu. Butcher zrzuca winę za śmierć Victorii Neuman na Ojczyznosława, a inni temu przyklaskują z mniejszą lub większą ochotą. Tak naprawdę jedynie Hughie ma z tym większy problem, reszta porzuciła drogę jakiejkolwiek moralności. A tyczy się to głównie Starlight. To zrównanie stron i pokazanie, że w najważniejszych kwestiach aż tak bardzo się nie różnią jeszcze nigdy nie było aż tak namacalne.
Dochodzimy do dwóch scen, w których przedstawiono dwie relacje. Starlight i Hughie, gdzie kobieta wykorzystuje erotyzm do tego, by nie rozmawiać o problemach. Znamienne jest, że nie widzimy momentu zbliżenia, a twórcy nie poświęcają tej parze specjalnie dużo czasu, tak jakby to nie było nic istotnego, nic w czym było by uczucie.
I druga para, u której uczucie kwitnie. Bardzo boli mnie to, co zrobiono z Francuzem i Kimiko w czwartym sezonie. To było absurdalnie absurdalne. Ekipa twórców na dłuższą chwilę straciła całkowicie rozum i wypuściła wątek karygodnie głupi, z którego bardzo pośpiesznie się wycofywali w okrutnie nieumiejętny sposób. Zbiorowa euforia na temat piątego sezonu, jaka panuje w internecie, to efekt obniżenia jakichkolwiek oczekiwań fanów. Teraz wreszcie mamy taki stan rzeczy, jaki powinien utrzymywać się od dawna. Z jednej strony może to cieszyć, z drugiej pozostaje smutek, jak wiele czasu w tym uniwersum zostało zmarnowane i zakopane pod ziemią.
A skoro mamy grę na nostalgii, to czemu nie pójść na całość? Mam taką teorię, że niemal wszystkie franczyzy (z niewielkimi wyjątkami), a już zwłaszcza franczyzy około superbohaterskie stoją w miejscu, lub nawet ciągle się cofają. Jest ciągły powrót do propozycji, które w mniejszym lub większym stopniu spodobały się widzom. Ciągłe odgrzewanie tego samego kotleta. The Boys nie chcą być gorsi. Zamiast ruszyć naprzód, wprowadzają kartę Soldier Boya. I fajnie, można poodcinać trochę kuponów od czegoś, co już raz się ludziom dało.
Znów trochę nabijania się z celebrytów i komercjalizacji każdego aspektu życia. Wszystko jest reklamą, na każdej sekundzie swojego życia można zarobić pieniądze. To zawsze powinien być jeden z tematów przewodnich The Boys. Obok brutalnej walki o władzę, jak najwięcej fejkowych trailerów fejkowych produkcji, reklam dziwacznych produktów i pokazywania superbohaterów w rolach realnych influencerów, których taki wysyp mamy w realnym życiu.
Po dobrym w moim odczuciu odcinku pierwszym, w drugim niestety zaczęło się sztukowanie. Wymyślanie fabuły mocno na siłę, czego efektem jest „quest” z Rock-Hardem. Tu pojawia się humor mocno wymuszony i cringe’owy. Brakuje większego polotu.
W tym momencie serial staje się komedią niskich lotów. To nigdy nie miała być produkcja, przy której będziemy się zaśmiewać do rozpuku. To miała być bardzo mądra satyra, o której chce się dyskutować. Wulgarność w pierwszych trzech sezonach praktycznie zawsze czemuś służyła, miało to swoją głębie i smak. A teraz najpierw jest do bólu nieśmieszny głaz będący kiedyś superbohaterem, a potem jest jeszcze gorzej.
Nie rozumiem, jaki był pomysł na przywrócenie Soldier Boya. Czy to miał być taki festiwal nieznośnego cringe’u? Przecież ten, przerysowany do granic możliwości, nie wnosi nic poza żenującymi tekstami i jeszcze większym spowolnieniem akcji. To jest bohater z innej epoki, i w zasadzie twórcy starają się to przekazać, ale im nie wychodzi. A brak jakiejkolwiek podbudowy relacji z Ojczyznosławem działa na jeszcze większy minus. Nie widzę pola, na którym Soldier Boy mógłby wnieść do serialu coś ożywczego i dobrego.
Ciekawa jest za to dyskusja o pewnej reklamie, w której wystąpił Deep. Uwielbiam takie smaczki, stylizację rozszerzającą postrzeganie świata przedstawionego. Reklama jest zabawna, zniuansowana i pokazująca pewien ważny trend. Już wcześniej Deep podczas swojego podcastu zwrócił uwagę na kwestie swojego bycia „sigmą”. W małych rzeczach The Boys znów potrafi nakreślać ważne problemy. Samiec Alfa, niepotrzebujący kobiet, czujący się dobrze tylko ze sobą, muszący ciągle podkreślać swoją dominującą pozycję, choć tak naprawdę jest zakompleksionym słabeuszem bojącym się własnego cienia. Diagnoza pewnych społecznych fenomenów – tym kiedyś było The Boys. Nie łopatologicznym wykładaniem prawd objawionych tylko twórcom serialu, ale wchodzeniem głębiej i rozrysowywaniem prawidłowości. Tą jedną reklamą powrócono do czasów świetności serialu.
Bardzo spodobało mi się jak pokazano marionetkowego prezydenta USA. Co prawda jego dojście do urzędu wciąż pozostaje dla mnie tajemnicą, podobnie jak inne nominacje na najważniejsze stanowiska, ale wreszcie jest to przynajmniej spójne. Prezydent siedzący w sali konferencyjnej Vought i słuchający instrukcji, a potem wręcz usługujący zgromadzonym. Wreszcie nie ma zabawy w niedopowiedzenia i nie ma wykluczających się zmian narracyjnych i robienia rzeczy na rympał. Akurat ten wątek wygląda na poprowadzony od pewnego momentu liniowo, bez pomijania ciągu przyczynowo-skutkowego. Co bardzo mnie cieszy.
Tak jak cieszy mnie scena, w której nawet zatrzymanie obywatelki służy temu, by zareklamować produkt. Będę się powtarzał, to jest ta satyra, która była siłą Chłopaków. Korporacja wykorzystująca superbohaterów nie do walki ze zbrodnią czy bliżej nieokreślonym złem, ale do sprzedaży napojów, słodyczy, figurek i filmów. To miał być obraz komercjalizacji superbohaterstwa, zaprzedania się konsumpcjonizmowi. W małych rzeczach The Boys znów potrafią o tym przypominać.
Po co temu serialowi Sage?
Naprawdę nie mogę zrozumieć roli Siostry Sage. Nie mogę odrzucić wrażenia, że nie będzie na nią żadnego sensownego pomysłu. Ona ani nie przewiduje jakoś szczególnie konsekwencji wydarzeń, ani nie wybiega w przód z jakimiś wielkimi planami. Nie jest mistrzynią marionetek, nie ma większego wpływu na Ojczyznosława, co widać w wielu miejscach, kiedy dziwi się jego zachowaniom, lub wręcz otwarcie się z nimi nie zgadza. Sage psuje praktycznie każdą scenę, w której występuje. A podkreślanie wielkości jej umysłu i czego to ona nie może, jest robione totalnie na pokaz. Nie ma w serialu większej wydmuszki niż ona.
Powoli przechodzimy do najważniejszych wydarzeń odcinka, a więc do użycia wirusa. Podoba mi się sposób skonstruowania humoru wokół tego konkretnego tematu. Tutaj komedia znów trafia w punkt. Butcher jest ironiczny i lekceważy powagę sytuacji w sposób bardzo przekonujący. Pięknie patrzy się na to, jakim jest człowiekiem (znów, czwarty sezon niemal zupełnie o tym zapomniał, a teraz po prostu wraca to do normy sprzed czwartej serii).
Butcher jest cyniczny, pozbawiony zasad i nieczuły na cierpienie, a Starlight stara się go w tym doścignąć, skazując na bolesną śmierć przypadkową superbohaterkę. Nieprawdopodobne jest to, że nie było w niej cienia zawahania. Wydała wyrok bez żadnych wątpliwości. Stała się sędzią i katem w jednej osobie, potworem, który wszedł do tej samej ligi co Butcher i Ojczyznosław. I jest to wreszcie przemiana, która z czegoś wynika, i która ma swoją długą, bolesną podbudowę. Oczywiście znając twórców to jeszcze wszystko się odwróci. Będę ogromnie zaskoczony jeśli Starlight nie przejdzie pozytywnej przemiany pod koniec sezonu i do końca pozostanie już tą osobą przesiąkniętą otaczającym ją złem.
Były dwa plusy, to czas na ogromny minus. Walka Butchera z Soldier Boyem. Słaba, krótka i przewidywalna, po niej następuje beznadziejny wyścig emerytów. Nie wiem jak ktoś poważny mógł zobaczyć całą tę sekwencję i uznać, że w takiej formie można umieścić ją w serialu. Karl Urban powolnym, starczym kroczkiem biegnie sobie po pustej ulicy, a Jensen Ackles powolnym, starczym kroczkiem udaje, że go goni, ale nie bardzo chce go dopaść, woli wpaść w jakże sprytnie zastawioną pułapkę. Przecież to jest poziom animowanego Scooby-Doo i pogoni potwora za ekipą. I jeszcze to odwracanie się i pokazywanie „faka”, coby sprowokować rozjuszonego przeciwnika do wzmożonej aktywności. Oczy krwawią od oglądania tego teatru telewizji.
Potem jest lepiej, kiedy już udaje się przechytrzyć wroga i wypuścić wirusa, który o dziwo wydaje się, że działa dokładnie tak, jak powinien. Jest widowiskowy wybuch mózgu głazowatego bohatera i jego kompana.
Szkoda tylko, że w tak prosty sposób zaspojlerowano końcowy wielki plot twist i cliffhanger. Otóż widać jak na dłoni, że zupełnie inaczej chorobę przechodzą „normalne” supki, a zupełnie inaczej Soldier Boy. Swoją drogą w tym momencie naszła mnie pewna myśl. W jaki logiczny sposób zestawiono ze sobą Ojczyznosława i Rock-Harda? Dlaczego niby coś, co zadziałałoby na podrzędnego supka, miałoby zadziałać na tego absolutnie najpotężniejszego? Kierowano się tylko masą i gabarytami? Chyba nie. Po prostu taki był pomysł i nie ma potrzeby drążyć.
Jeszcze raz – Po co temu serialowi Sage?
Kolejna rozmowa Sage i kolejny raz nic z niej nie wynika. Poza tym, że wiemy iż najbogatsi ludzie na ziemi się przed nią płaszczą. A dlaczego? Tego to już się nie dowiecie. Jest tak i już. Scena dialogu Ashley z najmądrzejszym człowiekiem prowadzi donikąd i jest największym zapychaczem w tych dwóch premierowych odcinkach.
Za to sama Ashley okazuje się być kopią profesora Quirella i nosi z tyłu głowy Voldemorta. Czy ma to jakąś wartość poza mrugnięciem w stronę fanów Harrego Pottera? Nie bardzo. Ot taki ciekawy, intrygujący wizualnie smaczek. Na dodatek scena z początku odcinka, w którym Ashley przytrzymuje swoją perukę, nabiera dodatkowego znaczenia.
Nie ma w tym odcinku jednego momentu, który by się wyróżniał in plus, który pociągnąłby go do góry. To odcinek absolutnie przejściowy (odnoszę wrażenie, że będzie takich w tym sezonie kilka). Akcja nie poszła specjalnie do przodu. Nikt nie uzyskał jakiejś większej przewagi. Utrzymuje się status quo. Kilka plusów nie może tym razem zmienić oceny odcinka, który był w najlepszym wypadku średni.
Jednak zanim przejdziemy do ostatecznego, choć tak jak wspomniałem totalnie przewidywalnego cliffhangera jest scena, która totalnie mnie rozczuliła. Mianowicie Butcher i jego pies. Karl Urban pokazał tu tyle przejmującego ciepła, że zwyczajnie nie dało rady minimalnie się nie wzruszyć. Nie wiem, czemu miała służyć ta scena, ale totalnie na mnie podziałała.
A teraz już kończący wszystko cliffhanger. Jedynym, za co mogę pochwalić w tym miejscu twórców, to że delikatnie to przeciągnęli, tak, że już myślałem iż zrezygnują z oczywistego plot twistu. Nie zrezygnowali. Co zwiastuje tylko, że dostaniemy jeszcze więcej. I tak na okrągło, bo nie ma pomysłu na nic świeższego od trójstronnego konfliktu Butcher – Ojczyznosław – Soldier Boy. Teraz parodia Kapitana Ameryki znów zwróci się przeciwko swojemu synowi, który w jego mniemaniu okrutnie go zdradził. Szkoda.
Nie był to odcinek tragiczny, choć miał tragiczne momenty. Był kilka klas gorszy od pierwszego epizodu. Był miejscami kalką błędów sezonu czwartego i wszystkiego, co najgorsze w sezonie trzecim. Na szczęście taka negatywna narracja nie zdołała zdominować go w całości. Jestem umiarkowanym optymistą co do reszty sezonu. Nastawiam się na efektowne, godne zakończenie.
Ocena odcinka drugiego: 6/10
Sezon piąty póki jest zdecydowanie lepszy niż się spodziewałem. Jest rozmach, choć przeważnie wciąż brakuje logicznej fabuły. Mniej dziwnych wycieczek personalnych twórcy, co na pewno można zapisać na plus. Jest większa różnorodność, jeśli chodzi o moralność bohaterów. Bardzo brakuje poważnych antagonistów, oczywiście są oni po stronie, która powinna być „dobra”, ale jest to pewna niedowaga. Ojczyznosław nie ma wsparcia (a może tak właśnie ma być). Siostra Sage to totalne nieporozumienie, a niektóre wątki zostały zakończone w sposób nie wzbudzający większego zainteresowania, ale jest to póki co poziom dla mnie akceptowalny. Nie czuję, że straciłem czas przy oglądaniu tych dwóch epizodów i nie ma we mnie niechęci do dalszego oglądania.
The Boys (sezon 2 odcinki 1-2)
-
The Boys s05e01 - Pół metra czystego dynamitu - 8.5/10
8.5/10
-
The Boys s05e02 - Teenage Kix - 6/10
6/10



















































Ten serial zgubił mnie po drugim, albo trzecim sezonie. Nawet nie pamiętam dokładnie, bo to wszystko takie samo było. Świetne, świeże otwarcie, a potem gonitwa za własnym ogonem.