
Gdy rozlega się natarczywy dzwonek alarmu pożarowego rozpoczynający pandemonium pełne wrzasków, podskoków, walenia rękoma w ściany, zaskoczonych spojrzeń i przestrachu, to wówczas Steve ze stoickim spokojem sięga po kolejną pigułę, niewzruszony zatyka palcami uszy i wolnym krokiem rusza do wyjścia. To po prostu kolejny epizod z życia dyrektora placówki specjalnej. Patrzymy na tego szarego człowieka o udręczonej twarzy ubranego w wymiętą marynarkę z mieszaniną podziwu dla jego cierpliwości, szacunku dla życiowej mądrości, ale i trochę złości na jego pokorę. Czemu chociaż nie krzyknie? Rzecz w tym, że Steve krzyczy cały czas, tylko tego nie słychać.
Facet nie ma lekko. Kieruje wiecznie niedofinansowanym ośrodkiem ostatniej szansy dla wkraczających w dorosłość chłopaków „po przejściach”. Naprawdę niezłe z nich gagatki. Być może pochodzą z patologicznych rodzin, chociaż na temat ich przeszłości dowiadujemy się niewiele. Wiemy, że niektórzy mają na koncie drobne przestępstwa. Jedni są nadpobudliwi i agresywni, a inni wycofani, przynajmniej do czasu gdy nagle wybuchają i zaczynają rzucać krzesłami. Jedni są zaskakująco inteligentni, a inni, no cóż… inteligencją nie grzeszą. „Nasi piękni, potworni chłopcy” – tak mówi o nich zastępczyni Steve’a. Są wyrzutkami. Albo ośrodek wyprowadzi ich na prostą, albo prędzej czy później skończą w więzieniu. Niestety sama szkoła ma swoje problemy, dlatego przyjazd ekipy telewizyjnej mającej nakręcić o niej program wydaje się dobrym pomysłem. Podobnie jak wizyta lokalnego parlamentarzysty. Spotkanie z przedstawicielami funduszu będącego właścicielem budynku szkoły nikogo nie cieszy, ale to też trzeba przeżyć. Steve jest w środku tego wszystkiego, w ciągłym ruchu, ze zdezelowanym dyktafonem w ręku, na którym prowadzi swoją „to-do list” i rzuca wyzwiska kierowane pod własnym adresem.
Kamera nie odstępuje bohatera granego przez Cilliana Murphy’ego, towarzysząc mu w wędrówce przez szkolne zakamarki, podczas której z każdej strony atakują go pytania, problemy, pretensje i oczekiwania. Co chwila znajduje się w nowej sytuacji, z której wychodzi mniej lub bardziej obronną ręką, ale zarazem coraz słabszy, niczym bohater gry tracący podczas kolejnych walk punkty życia. Szkolny chaos w początkowych sekwencjach potrafi zmęczyć widza, ale przecież to tylko próba oddania tego, z czym mierzy się Steve. Pozornie wydaje się niewzruszoną opoką, ale jest bardzo zwyczajnym człowiekiem. Jego osobiste problemy muszą zejść na dalszy plan, lecz zepchnięcie ich tam nie sprawia, że znikają. „Bardzo, bardzo zmęczony” mówi Steve do telewizyjnej kamery, poproszony o trzy słowa, które go najlepiej zdefiniują. W zasadzie znajduje się w tym samym punkcie co jego podopieczni. Tak jak nimi, także nim niespecjalnie ktokolwiek się przejmuje. Na pewno nie przejmują się lokalne władze, przeliczające wartość ośrodka na ponoszone koszty. Nie przejmuje się ważny pan z parlamentu. Nie przejmują się szkołą, chłopakami ani Steve’em właściciele budynku, w którym mieści się ośrodek. Pani dziennikarka, irytującym tonem wygłaszająca do kamery oklepane frazesy, może i zgrywa zatroskaną, ale najbardziej zależy jej na kontrowersyjnych ujęciach i wypowiedziach. Poza garstką słabo opłacanych współpracowników Steve nie może liczyć na wsparcie. Zresztą nie jest typem człowieka, któremu łatwo pomóc. Tak jak swoi podopieczni balansuje na krawędzi nad otchłanią, a oddanie pracy jest liną ratunkową, która powstrzymuje go przed upadkiem.
Steve jest przekonany, że warto walczyć o chłopaków, zresztą twórcy filmu dbają, żebyśmy i my w to nie wątpili. Może podopieczni zachowują się jak zgraja czubków, ale to po prostu pogubieni młodzi ludzie nieradzący sobie z problemami we własnych głowach. Wyrwani z grupy okazują się zdolni do głębszej refleksji na własny temat. Grają ich młodzi aktorzy z niewielkim stażem, z zapałem takim, że wyglądają jak naturszczycy znalezieni w prawdziwym poprawczaku. Jedyny lekki zgrzyt w tej opowieści pojawia się, gdy bohaterowie mówią o swoim wieku – aktorzy są młodzi, ale nie aż tak jak ich postacie. Lepiej było zostawić to niedopowiedziane. Uwaga Steve’a, a zarazem widzów, najbardziej skupia się na chłopaku imieniem Shy, granym przez Jaya Lycurgo („Shy” to także tytuł powieści Maxa Portera, na motywach której nakręcono film). Bystrym i wrażliwym, ale rozbitym psychicznie z powodu zerwanych więzów rodzinnych, czego przyczyną były jego wybuchy agresji. Od świata odcina się za pomocą walkmana i słuchawek. Nie wiadomo, czy drum&bass, którym bez przerwy bombarduje swój umysł, pozwala mu zagłuszyć myśli, czy tylko potęguje ich chaos. Chłopak odpycha pomoc, ale Steve niczym Syzyf nie rezygnuje. Zawodzi tylko raz, w kluczowym dla chłopaka momencie, ale rozwiązanie zaistniałego kryzysu można odczytać równie dobrze jako jego osobistą porażkę, jak i jako małe zwycięstwo. Od tego, co o tym sądzimy, być może zależeć będzie zakończenie tej historii, jakie sami sobie dopiszemy, bo reżyser zostawia je w filmie otwarte.

Akcja filmu rozgrywa się w latach 90. XX wieku i pewnie wiele od tamtego czasu się zmieniło w podejściu do ludzi takich jak uczniowie ośrodka prowadzonego przez Steve’a oraz do problemów ludzi takich jak Steve. To znaczy – chcę wierzyć, że się zmieniło. Na pewno więcej się o tym mówi i pisze, chociaż skłonność do wrzucania wszystkich do jakiegoś worka („młodociany przestępca”, „niedostosowany”, „uzależniony” itp.) pewnie pozostała. Podobnie jak chęć szybkiego stawiania przysłowiowego krzyżyka na każdym, komu w życiu powinęła się noga albo zrobił coś głupiego, albo po prostu nie daje rady z presją codzienności. Co do presji, to przecież największym wrogiem Steve’a jest on sam, zadręczający się historią z przeszłości. Bez względu na to, jak normalni i poukładani jesteśmy, podejrzewam, że każdy z nas potrafi znaleźć trochę siebie jak nie w Stevie, to w Shy.
„Steve” to skromny, ale wartościowy film, mówiący o istotnych sprawach, niedający taniej otuchy i prostych odpowiedzi. Nie zostawiający jednak widza z poczuciem kompletnej beznadziei. Koncertowo zagrany przez dosłownie całą obsadę, intensywny, w paru momentach zaskakujący formalnie. Jego odbiór jest pewnie bardzo indywidualny, wynikający z własnego bagażu życiowych doświadczeń widza. Mnie poruszył i choć nie gwarantuję nikomu akurat takich przeżyć, to myślę, że warto poświęcić dla niego te półtorej godziny. Problemów w nim pokazanych raczej nie ubywa.
Steve (2025)
-
Ocena Voo - 8/10
8/10







Zanim napiszesz komentarz zapoznaj się z naszymi zasadami zamieszczania komentarzy:
Regulamin zamieszczania komentarzy
Użyj tagu [spoiler] aby ukryć część treści komentarza:
[spoiler]Treść spoilera[/spoiler]