
Nie jestem wielkim miłośnikiem seriali, ale muszę przyznać, że kolega Kuba ma dużo racji twierdząc, że Apple wyniósł tę formę rozrywki na poziom zarezerwowany do niedawna jedynie dla najlepszych produkcji filmowych. I chociaż do różnych modnych nowości podchodzę zwykle z dużą dozą nieufności, to byłem dziwnie spokojny o to, czy „Jedyna” („Pluribus”) trafi w moje gusta. Jeśli bowiem za kamerą staje Vince Gilligan, czyli twórca kultowego „Breaking Bad” oraz doskonałego „Zadzwoń do Saula”, a do tego zatrudnia w głównej roli Rheę Seehorn, to czego tu się bać? Uprzedzając fakty, od razu informuję, że operacja udała się niemal w 100%, a efekt końcowy jest pod wieloma względami doskonały. Jednocześnie muszę też uprzedzić, że to taki typ serialu, który bardzo dużo zyskuje, jeśli ogląda się go bez żadnej wiedzy na jego temat. Dlatego jeśli macie go już gdzieś na liście „do obejrzenia”, nie czytajcie dalej. Co prawda będę unikał spoilerów, ale uważam, że nie da się opisać „Jedynej” bez mniejszego lub większego psucia przyjemności odkrywania pewnych tajemnic. Niech więc na ten moment wystarczy moje zapewnienie, że naprawdę warto poświęcić te 9 godzin, bo niewiele jest na rynku lepiej zrobionych i równie oryginalnych seriali.
To rzekłszy, wypadałoby określić, o czym to w ogóle jest. Mówiąc trochę na okrętkę, „Jedyna” opowiada o poczytnej amerykańskiej pisarce imieniem Carol, która na skutek pewnego kosmicznego zdarzenia staje w obliczu końca świata. A przynajmniej końca ludzkości. Mamy tu trochę science-fiction, które tonem pełnym tajemnicy i okraszonym solidną dawką groteskowego humoru przykrywa satyrę społeczną oraz studium charakterów. Na pierwszy rut oka „Pluribus” to kreatywna i humorystyczna wariacja na temat „Inwazji porywaczy ciał”. Szybko jednak można w niej odnaleźć komentarz do stanu cywilizacji, w jakim się obecnie znajdujemy, a idąc dalej – dyskusję na temat uzależnienia ludzkości od technologii czy wręcz kierunku, w jakim pcha nas ewolucja. Serial nieustannie balansuje między fantastyką naukową, szukaniem rozwiązania wielkiej tajemnicy, a nierzadko bardzo komicznymi interakcjami Carol z… powiedzmy „współmieszkańcami”.
Nie da się wyrazić dostatecznie dużo uznania dla tego, co przed kamerą wyczynia Rhea Seehorn. Kto oglądał „Zadzwoń do Saula”, poznał już niebywały talent tej aktorki, ale tam grała u boku równie znakomitego Boba Odenkirka, który odbierał jej nieco blasku. Tym razem scenę ma wyłącznie dla siebie i wykorzystuje każdy jej centymetr kwadratowy. Carol to fantastyczna i skomplikowana postać. Popularne powieści dla niezbyt wymagającej publiki przyniosły jej stabilizację finansową i rozpoznawalność, ale bynajmniej nie spełnienie zawodowe ani poczucie szczęścia. Pozornie udany związek okazuje się być bardziej skomplikowany, niż by się wydawało. Carol bywa cyniczna i złośliwa, nie stroni od alkoholu, a język ma cięty, ale nie sposób jej nie lubić. W obliczu końca świata od razu bierze się za jego ratowanie – do głosu natychmiast dochodzi jej indywidualizm i poczucie własnej wartości, które zostają wystawione na ciężką próbę. To bardzo mocna i silna postać, która pokazuje całe spektrum emocji, niejednokrotnie własnoręcznie ciągnąc w pojedynkę długie fragmenty poszczególnych odcinków.
Gilligan daje swojej gwieździe mnóstwo wolnej przestrzeni, często całkowicie dosłownie. Na tyle, że początkowo serial zapowiada się jak damska wersja „Jestem legendą”,
ale szybko poznajemy innych bohaterów – światowy wieloumysł reprezentowany głównie przez piękną Zosię, a także innych, podobnych Carol „ocalałych”. I konfrontacje z nimi są tak naprawdę istotą fabuły. Wcale nie tajemnica w stylu „Lost”, tylko różne postawy wobec… no właśnie – czego?
Ale żeby nie było – serial znacznie bardziej skupia się na indywidualnych odczuciach i historiach, a mniej na epickich zmaganiach. Rozmowy Carol z Zosią, Koumbą i wreszcie z Manousosem to kopalnia świetnych cytatów i ciętych ripost, a także konfrontacja różnych postaw i filozofii. Z jednej strony odkrywamy razem z główną bohaterką prawdę o tajemniczych wydarzeniach z początku sezonu, a z drugiej zaczynamy dostrzegać analogie do naszej codzienności.
Kosmiczny wirus-pasożyt poznający naturę człowieka, żeby jak najlepiej zaspokajać jego potrzeby, to przecież nic innego jak uczące się AI.
Jak w takim razie odbierać „najazd obcych”, którzy nie tylko są w stanie zapewnić ciągłość funkcjonowania świata, ale jeszcze nieskończenie go usprawnić? I wreszcie najważniejsze pytanie: czy osiągnięcie ostatecznego szczęścia warte jest ceny utraty indywidualności?
Nie mniej ważny jest sposób prezentacji, a „Jedyna” pod względem walorów technicznych stanowi klasę samą dla siebie. Serial jest nakręcony jak wysokobudżetowy film i zachwyca warstwą audiowizualną. Wspaniałe zdjęcia obfitują w niejednoznaczne ujęcia, w których często akcja dzieje się gdzieś w kącie kadru, a widz podświadomie błądzi wzrokiem po całym ekranie w poszukiwaniu ciekawostek. Do tego dochodzi gra głębią ostrości i różne nieoczywiste punkty widzenia z dziwnych perspektyw, dzięki czemu „Pluribus” spokojnie mógłby walczyć o Oscara za zdjęcia, gdyby dopuścić do konkurencji seriale. Obrazu świetnie dopełnia niepokojąca i bardzo różnorodna muzyka oraz znakomite przestrzenne udźwiękowienie. W ogóle „przestrzeń” jest integralną częścią tej opowieści. Zarówno w warstwie wizualnej, gdzie Carol często zestawiana jest z dużymi otwartymi przestrzeniami lub przytłaczającą architekturą, ale też w warstwie czasowej. W serialu pełno jest przeciągniętych do granic wytrzymałości scen i powtarzanych elementów, które bywają nieznośne, ale doskonale budują nastrój i świetnie ilustrują absurdalną sytuację, w jakiej znalazła się główna bohaterka. Trzeba przy tym przyznać, że „Jedyna” nie grzeszy nadmiernym tempem akcji. Niecierpliwego widza może wręcz znudzić swoją powolnością i oszczędnym dawkowaniem emocji. Ale to tylko pozory, bo kiedy trzeba, potrafi walnąć prosto w splot słoneczny z ogromną siłą.
I wszystko to składa się w niemal doskonałą całość, na której odnajduję dwie dość wyraźne rysy.
Pierwsza pojawiła się w momencie, kiedy zorientowałem się, że wszystkie dramatyczne i z pozoru groźne dla Carol wydarzenia nie mają znaczenia. Poczynając od pierwszego odcinka, który rozpisano jak rasowy horror, przez późniejsze starcie z wilkami, nieświadome ludobójstwa i wreszcie odkrycia w chłodni i mleczarni, wszystko dosłownie po kilku minutach, a najdalej w następnym odcinku jest wyjaśniane, odkręcane albo zupełnie znika, przez co pod koniec zupełnie przestałem się obawiać o życie i zdrowie bohaterów.
Te dwa elementy rzutują dość mocno na ogólny odbiór pierwszego sezonu „Jedynej”, ale na pewno nie są w stanie zepsuć znakomitego ogólnego wrażenia. Jest to serial zrealizowany na najwyższym możliwym poziomie, doskonale zagrany i naprawdę ciekawy, który umiejętnie buduje wciągającą historię, stawia ważne pytania i zmusza do refleksji. Jednocześnie garściami czerpie z klasycznych filmowych motywów, umiejętnie je wyginając i łącząc w nieoczywisty sposób. Widać tu rękę Vince’a Gilligana do tworzenia pełnokrwistych postaci i umiejętność pokazywania prostych scen w oryginalny i ciekawy sposób. Polecam z czystym sumieniem i liczę, że kontynuacje nie będą gorsze.
Jedyna (sezon 1)
-
Ocena Crowleya - 8/10
8/10










Zanim napiszesz komentarz zapoznaj się z naszymi zasadami zamieszczania komentarzy:
Regulamin zamieszczania komentarzy
Użyj tagu [spoiler] aby ukryć część treści komentarza:
[spoiler]Treść spoilera[/spoiler]