
Jakie filmy z lat 90. warto nadrobić? Które z nich nie zyskały wystarczającej popularności? Czy Bruce Willis mógł zostać królem komedii? Czy Mel Gibson w duecie z Richardem Donnerem stworzył idealny komediowy western? I wreszcie – czy Tim Burton zatracił się w swoim niepowtarzalnym stylu?
Zapraszam na przegląd tematów filmowych z lat 90. Trzy filmy, które każdy kinoman powinien znać. Może nie każdy z nich to dzieło wybitne czy kamień milowy w historii kina, ale na pewno nie są to produkcje, o których zapomina się zaraz po seansie. Lata 90. dostarczyły mnóstwa wielkich tytułów – najwięksi twórcy prześcigali się w pomysłach na to, jak zaskoczyć widza. Ci mniej rozpoznawalni również nie próżnowali, czego efektem są filmy, o których za chwilę przeczytacie.
Bruce Willis = komediant
Najbardziej znany jako porucznik John McClane Bruce Willis rozpoczynał karierę w serialu z pogranicza komedii i kryminału. W kolejnych sezonach „Na wariackich papierach” zachwycał charyzmą, urokiem i świetnym wyczuciem dialogu. Miał wszystko – urodę, zalotny uśmiech i naturalną lekkość. Na początku lat 90. mógł grać właściwie we wszystkim: romansach, filmach akcji i komediach. Po sukcesach „Szklanej pułapki” w 1988 i 1990 roku przyszła pora na coś innego. Rok 1991 przyniósł dwa projekty komediowe, w których Willis odnalazł się zaskakująco dobrze. Pierwszym był „Hudson Hawk” – film pełen absurdu i przerysowania, który dla wielu widzów okazał się trudny do zaakceptowania. Przy okazji można karkołomnie stwierdzić, że to parodia powstałego 15 lat później „Kodu da Vinci”. Nie będę przekonywał, że to produkcja wybitna, ale scena złodziejskiego tańca w wykonaniu Willisa, zsynchronizowanego z muzyką, pozostaje jednym z tych momentów, które trudno wyrzucić z głowy.
To jednak nie o „Hudsonie Hawku” chciałem tu mówić, a o drugiej komedii z tamtego roku.
Bruce Willis = Ostatni Skaut
Nie wiem, czy wiele osób dziś pamięta o tym filmie, ale dla mnie to jedna z najlepszych komedii akcji w historii kina. Duet Bruce Willis – Damon Wayans (znany m.in. z serialu „On, ona i dzieciaki”) działa tu znakomicie. Siłą tej produkcji są przede wszystkim dialogi – błyskotliwe, ostre, często absurdalne. Willis gra twardziela, który z kamienną twarzą wygłasza przezabawne kwestie. To film, w którym bohaterowie traktują siebie śmiertelnie poważnie, a widz nieustannie się śmieje. Jednocześnie nie jest to zbiór luźnych skeczy – jak w „Nagiej broni” – lecz pełnoprawna fabuła z wyraźną dramaturgią. Mamy tu wszystko: strzelaniny, przerysowanych antagonistów, zmęczonego życiem bohatera i świat, w którym trup ściele się gęsto. A jednak całość działa, bo pod powierzchnią kryje się dobrze napisana historia. Na szczególną uwagę zasługują relacje Joe Hallenbecka z córką i żoną – zwłaszcza słynna scena w sypialni, w której napięcie budowane jest powoli, niemal niezauważalnie.
To kino gatunkowe w najlepszym wydaniu. Niby sztampa, ale podana z taką energią i wyczuciem, że trudno przejść obok niej obojętnie. W swojej kategorii bezdyskusyjnie zasługuje na maksymalną ocenę, bo gra w nim wszystko bez choćby jednej fałszywej nuty.
Ostatni skaut (1991) – ocena: 10/10
Na (Dzikim) Zachodzie bez mian
Era spaghetti westernów dawno minęła, ale kowboje nigdy nie wychodzą z mody – zarówno ci poważni, jak i ci mniej ortodoksyjni. W latach 90. gatunek przeżywał kolejne odrodzenie. Kevin Costner zachwycił świat „Tańczącym z wilkami”, Clint Eastwood zdobył uznanie i wór nagród za „Bez przebaczenia”, a „Tombstone” z Kurtem Russellem i Valem Kilmerem i przede wszystkim genialnym Samem Elliotem udowodnił, że klasyczny western wciąż ma się dobrze. Być może wręcz nadeszła kolejna złota era tego gatunku. Tym większe uznanie należy się Richardowi Donnerowi, który w 1994 roku postanowił pójść w zupełnie innym kierunku.
Maverick to nie tylko Top Gun
Mel Gibson to aktor niezwykle wszechstronny, jeden z gigantów Hollywood (nawet jeśli branża wolałaby o tym nie pamiętać), a jego współpraca z Donnerem niemal zawsze gwarantuje solidne kino. „Maverick” to przykład udanego połączenia klasycznego westernu z komedią przygodową. Podobną drogą próbowały potem iść inne produkcje – choćby „Bardzo dziki zachód” z duetem Will Smith / Kevin Kline albo „Kowboj z Szanghaju z Owenem Wilsonem i Jackie Chanem. Nikt jednak nie zrobił tego z takim polotem, lekkością i fantacją, jak właśnie Donner w „Mavericku”.
Historia sprytnego, choć pechowego karciarza, który zmierza na prestiżowy turniej pokera, jest pretekstem do serii zwrotów akcji i spotkań z barwnymi postaciami. Ważną rolę odgrywa tu Jodie Foster, która świetnie odnajduje się w tej konwencji jako bohaterka balansująca między pozorami a sprytną manipulacją.
Film wyróżnia się lekkością i dystansem do gatunku. Pełno w nim stereotypowych i przerysowanych postaci, ale każda z nich ma swoje miejsce w fabule. Nie jest może szczytem komedii, a scenariusz mógłby być momentami bardziej odważny, ale jako całość sprawdza się znakomicie. To idealna propozycja na „niedzielny klasyk” – film, do którego chce się wracać. Można powiedzieć, że to król westernowych komedii.
Maverick (1994) – ocena: 8/10
Klasyka według Tima Burtona
Pod koniec lat 90 Tim Burton miał już ugruntowaną pozycję dzięki takim filmom jak „Sok z żuka”, „Batman” czy „Edward Nożycoręki”. W 1999 roku sięgnął po amerykańską legendę ludową, tworząc „Jeźdźca bez głowy”. To film zbudowany przede wszystkim klimatem. Mała osada na wschodnim wybrzeżu USA, wszechobecna mgła, niepokój i poczucie zagrożenia. Burton tworzy świat niemal gotycki, zanurzony w półcieniach i niedopowiedzeniach. Główną rolę gra Johnny Depp jako młody nowojorski policjant, który trafia do miejsca rządzącego się własnymi prawami. Film nie imponuje tempem ani efektami specjalnymi, ale nadrabia atmosferą. Za to scenografia, kostiumy i praca światłem tworzą coś trudnego do uchwycenia. Jakby sam duch miejsca, w które zabiera nas Burton, jakaś nienaturalna siła sprawiała, że na czas trwania seansu widz zanurza się bez reszty w tym świecie.
Na ekranie błyszczy także reszta obsady, przede wszystkim aktorzy drugoplanowi. Christopher Walken, mieszkańcy miasteczka, urzędnicy, burmistrz miasteczka – każdy element tej układanki jest dopracowany. Burton z ogromną precyzją buduje świat, który staje się niemal osobnym bohaterem filmu.
„Jeździec bez głowy” to hołd dla amerykańskiego folkloru. Mroczne, zapomniane miejsca, ukryte gdzieś na uboczu cywilizacji, przywodzą na myśl europejską Transylwanię – przestrzeń dziką, nieoswojoną i pełną magii. To jeden z najbardziej kompletnych filmów w dorobku Burtona. Dzieło, w którym reżyser pozwala przemówić nie tylko bohaterom, ale przede wszystkim miejscu i legendzie szeptanej po cichu w domach amerykańskich osadników.
Jeździec bez głowy (1999) – ocena: 9/10
I to tyle w tym, krótkim przeglądzie kina. Trzy nieco nieoczywiste wybory, każdy z innej bajki. Każdy warty uwagi i zapamiętania.
Szybkie recenzje - lata 90.
-
Ostatni skaut (1991) - 10/10
10/10
-
Maverick (1994) - 8/10
8/10
-
Jeździec bez głowy (1999) - 9/10
9/10







Warto zauważyć dwie rzeczy.
1. Ostatni skaut i Maverick zostały wyreżyserowane przez gości, których nazwiska to w zasadzie synonimy rozrywkowego kina akcji z lat 80. I chociaż dekada się zmieniła, to oni nadal tworzyli w podobnym duchu, korzystając z podobnych środków. Film rozrywkowy ma dostarczać rozrywki, być zabawny, żwawy i w jakimś sensie błyskotliwy. Donner i Scott (młodszy brat Ridleya) doskonale to rozumieli.
2. Z tym Brucem Willisem to było odrobinę inaczej. Dziś kojarzymy go jako ekranowego twardziela i zabijakę, ale na początku kariery on był po prostu przystojniakiem z gładką buzią. Dlatego rola w Szklanej pułapce była tak nieoczywista. Zamiast mięśniaka z dwoma karabinami w rękach – w stylu Arnolda albo Sylwka – bohaterem filmu akcji został zwykły glina – facet, który nie chce nikogo zabijać, nie wygląda jak kulturysta, po prostu znalazł się przypadkiem nie tam, gdzie powinien. To był typ bohatera, z którym łatwiej się utożsamić. Potem oczywiście poszło już z górki i Willis został zabijaką, ale był to w pewnym sensie szczęśliwy zbieg okoliczności.
No a Ostatni skaut to kopalnia onelinerów i kwintesencja „samczego”, kompletnie niepoprawnego dziś kina dla dorosłych dzieci. Obejrzałem go stosunkowo niedawno, bo wszyscy polecali, i absolutnie się nie zawiodłem.
W kwestii Szklanej Pułapki.
Ponoć nikt nie chciał tej roli, jedynie Willis się zgodził zagrać 🙂
„Było w tej roli coś, co odstraszało ludzi. Może chodziło o fakt, że choć McClane dokonuje niezwykłych rzeczy, usiłując zapobiec przejęciu wieżowca Nakatomi Plaza przez europejskich terrorystów, znacząco się różni od Johna Rambo czy Matrixa. Zanim zdecyduje się samodzielnie rozprawić z przestępcami, próbuje zadzwonić po policję. Ucieka przed potyczkami i przeciska się przez szyby wentylacyjne. Och, i zostawiła go żona.
Było to coś nowego w gatunku i starzy wyjadacze obawiali się zmian. „W kontekście napompowanych sterydami, nadludzkich herosów, jakich pomogłem stworzyć” – wspomina de Souza „ten gość wydawał się cipą”.”
Też czytałem Bohaterów ostatniej akcji. 😀 Fajowa książka.
Muszę ją jeszcze raz przeczytać. Niezłe źródło historii z planów o których nie wszyscy wiedzą. Historia filmów akcji lat 80/90 w pigułce. Dobra rzecz. Tylko ciekawe czemu u nas recki nie ma 🙂
Bo się nakład skończył. Marcin Kosman obiecywał mi jakiś czas temu dodruk. 😉
Tego samego autora jest jeszcze inna książka, pod tytułem „Wild and Crazy Guys” o słynnych komediantach z lat 80tych. Też fajna, ale tylko po angielsku na razie.
Skauta muszę odświeżyć, bo nic nie pamiętam z niego, a te dwa w końcu nadrobić.
Jeźdźca bez głowy też mam do nadrobienia.
Kocham scenę z Mavericka gdy spotykają się Gibson i Glover, patrzą na siebie jakby skądś się znali, a w tle leci kawałek z Zabójczej Broni. A ze Skauta pamiętam tylko tekst „Wierze w miłość, wierzę w raka” i krrrwistą śmierć głównego badguya. Muszę sobie to przypomnieć ale zawsze było dal mnie półkę niżej niż trylogia Die Hard
„Ostatni Skaut” komedią? lol No tak, cholernie się ubawiłem jak Halle Berry dostała w klatę serię z pm-a, albo jak Damon Wayans opowiadał o zmarłym synku.
Ale „Jeździec bez głowy” to naprawdę świetny film. Nigdy nie odpuszczam okazji obejrzenia powtórki w tv. Kocham te klimaty starego amerykańskiego wschodu i zapadłych miasteczek gdzieś w Appalachach. Ale o tym już pisałem.
Propsuję nowy format, ale warto byłoby oprzeć się na jakimś motywie przewodnim (aktor, gatunek czy jakiś temat) 😉