FilmyKlasyka Kina

Księżniczka Mononoke (1997)

Pierwszy raz film Księżniczka Mononoke obejrzałem w 2004 roku i dwadzieścia lat nie mogłem się zdecydować, żeby obejrzeć tę animację ponownie. W mojej głowie ten film obrósł nieprawdopodobną legendą. Pierwszy seans był przeżyciem niemal mistycznym i zwyczajnie nie chciałem tego popsuć. To znaczy chciałem i nie chciałem, bo co jakiś czas korciło mnie, żeby jednak jeszcze raz to przeżyć. Jednak strach przed srogim rozczarowaniem zawsze przeważał szalę. Wreszcie uczyniłem to w 2024 roku i mocno się zdziwiłem, bo… rzeczywistość prawie dorównała wspomnieniom.

Nie znam się zbyt dobrze na animacjach, nie jestem wielkim fanem, od wielu wielu lat praktycznie ich nie oglądam. Nie wypowiem się więc w temacie kreski, wyglądu postaci, czy nawet kolorystyki. Skupię się głównie na fabule, bo zdecydowanie jest o czym pisać. Japońska epopeja o przyjaźni, poświęceniu, roli człowieka w świecie, jego wpływie na ekosystem, a zwłaszcza na zamieszkujące świat zwierzęta – to Mononoke w pigułce. I tak jak kultura azjatycka, w tym japońska, jest dla mnie abstrakcyjnie odległa i nie rozumiem większości ich przekonań i tradycji, tak tu znalazłem coś uniwersalnego. Tym bardziej byłem tym zaskoczony, że jestem na świeżo po seansie zachwalanego „Shoguna”, który mi zupełnie nie podszedł. Głównie z uwagi na tak obcą dla mnie kulturę, zwłaszcza tę bezgraniczną, wręcz fanatyczną poddańczość wobec swojego pana. Takich przykładów znalazłbym więcej, choćby zakończenie 47 roninów, będące moim zdaniem absurdem do nieskończonej potęgi.

Odbiegłem od tematu, ale już wracam. Mamy więc małą wioskę, w której mieszka niejaki Ashitaka – młody łucznik jeżdżący na antylopie Yakulu (według internetu to olbrzymi serau albo czerwony łoś). Jaka to jest świetna postać! Dobry, uczynny, typowy bohater wielkiej historii bez najmniejszej nawet przywary. Zawsze kierujący się sercem przepełnionym honorem i miłością. Przesada? Nic z tych rzeczy. Czasami film po prostu potrzebuje takich od początku do końca idealnych postaci i nie jest to nic złego.

Historia zaczyna się od mocnego uderzenia: ogromny, opętany dzik zmierza w stronę wioski, nie bacząc na nic i na nikogo. Ashitaka, choć zdecydowanie nie chce, zabija zwierzę, lecz przypłaca to wzięciem na siebie klątwy. Koszt jest jednak jeszcze większy, bo chłopak musi opuścić swój dom i nie ma prawa nigdy do niego powrócić. Przeciwności losu i kłody rzucane pod nogi to kolejny klasyk. Ashitaka nie załamuje się i wyrusza bez narzekań w swoją bohaterską podróż.

Dochodzimy wreszcie do głównej osi, wokół której toczy się historia – eksploatacja zasobów naturalnych ziemi, a co za tym idzie tępienie dzikiej zwierzyny. W tym momencie na scenie pojawia się ona – San, kobieta wilk. Wychowana i traktowana jak córka przez ogromną wilczycę – Moro. Czy gdzieś już to widziałem?
Tak, tego typu motyw nie jest niczym odkrywczym. Od niepamiętnych czasów w literaturze i historii znane są przypadki odwrotnej adopcji, gdzie to zwierzę jest opiekunem człowieka. Tarzan, Mowgli, Remus i Romulus to tylko ci najbardziej znani. A więc znów ograny temat? Tak i nie. Bo Mononoke to coś więcej niż klisze, coś więcej niż sztampa. To od początku do końca doskonale przemyślana historia. Wszystko jest tu na swoim miejscu, nie ma fałszywych nut.

Skomplikowana relacja Ashitaki z San oraz jego rozdarcie między dwoma zwaśnionymi światami napędza dalsze wydarzenia. Wyjście głównego bohatera z miasta ma w sobie ogromny ładunek emocjonalny. Każdy krok jest okupiony wielkim bólem i cierpieniem. Każdy krok dodaje mu wrogów, których nigdy nie pragnął mieć. Każdy krok jest niezamierzoną manifestacją wyboru strony. Każdy krok jest pokazem siły woli, demonstracją, której nie można nie docenić. Niesamowita scena z doskonałym punktem kulminacyjnym i płynne przejście do kolejnego etapu historii.

Ashitaka nagle, po raz pierwszy od początku filmu, składa swoje życie w obce ręce. Przestaje panować nad otaczającymi go wydarzeniami. Bezwładnie płynie z nurtem historii. Wcześniej odważnie stawia czoło swojemu losowi i choć na wiele rzeczy nie ma wpływu, to jednak walczy, bierze to, co los mu daje i stara się być jego panem. Teraz to San decyduje o życiu i śmierci Ashitaki. Ta sama San, która niczego chłopakowi nie zawdzięcza i nie ma powodów, by mu pomagać. Ta sama San, która wie, że dla swojej sprawy niewiele może zyskać ratując mu życie.

Tu zaczyna się najbardziej bajkowy fragment tego filmu. Kodama, czyli duszki starych drzew, wyglądają przerażająco, jakby żywcem wyjęte z horroru o jakimś japońskim lesie samobójców. A Duch Lasu? Tu mam mocno mieszane odczucia, bo chociaż jego majestatyczna postać jest po prostu piękna, to sama twarz niestety wzbudza raczej coś z pogranicza śmiechu i politowania. To jednak tylko mało ważny szczegół. Nie oglądam tego dla twarzy Ducha Lasu, oglądam to dla przemarszu świń.

Dzikie świnie – niczym entowie idący na Isengard – mówią, że to ich ostatni marsz. Albo wygrają i zemszczą się za poniesione krzywdy, albo zginą próbując. Tylko w przeciwieństwie do chodzących drzew nasze kochane zwierzątka stoją od początku na straconej pozycji. Na szczęście przyjaciół nie pozostawia się samych sobie, nawet jeśli idą na śmierć. San staje się więc oczami starego, wielkiego odyńca znanego jako Okkoto.

Nie wchodzę w większe spojlery, bo i tak zdradziłem chyba zdecydowanie więcej niż zamierzałem. Sceny prowadzące do zakończenia są wspaniałe, emocjonujące, pełne krwi, zaskoczeń i zawirowań. Za to z samą końcówką mam pewien problem. Nie broni się przede wszystkim wizualnie. Można było narysować to inaczej, ale tak jak pisałem – na animacjach to ja się nie znam. Zakończenie sensu stricto to opowieść o tym, jak wiele musi się zmienić, żeby wszystko zostało takie samo. Odniosłem wrażenie, że mimo wszystkiego, co się wydarzyło, absolutnie nikt nie zrewidował swojego podejścia do życia, do pojęcia zemsty, do swojej roli w świecie.

Muszę jeszcze wspomnieć o kilku minusach. Jest to japońska animacja, więc chcąc nie chcąc, pojawiają się te rzeczy, które dawno temu tak bardzo zniechęciły mnie do tego gatunku. Uproszczenia, przesady i te karykaturalne grymasy bądź uśmiechy na twarzach bohaterów. Do tego przerysowane elementy jak odstrzeliwanie głów jedną strzałą wystrzeloną z łuku. Takie rzeczy to zwyczajnie nie jest moja bajka. Na szczęście fabuła rekompensuje wszystkie niedoskonałości tego filmu.

To się oczywiście nie wydarzy, ale chciałbym zobaczyć film Księżniczka Mononoke w wersji aktorskiej. Nie wiem, czy ta historia przetrwa kolejną próbę czasu. Wrócę do niego za kolejne dwadzieścia lat i zobaczymy, czy nadal będzie to przeżycie na granicy mistycyzmu. Na razie po dwóch obejrzeniach moja opinia jest taka, że w Japonii w 1997 powstała ponadczasowa epopeja o bohaterskim Ashitace, szukającej ukojenia w zemście dziewczynie-wilczycy San i świńskim honorze.

Księżniczka Mononoke (1997)
  • Ocena kuby - 9/10
    9/10

Related Articles

Komentarzy: 5

  1. Wspaniałe kino o fantastycznym przesłaniu: Dziki należy tępić bez litości. Mądrzy Japończycy, u nich ASF nie ma.
    PS. „Do tego przerysowane elementy jak odstrzeliwanie głów jedną strzałą wystrzeloną z łuku” W efekcie klątwy miał demoniczną łapę, nadludzka siła. Wyobraź sobie, że to dalekowschodni Ash z Martwego Zła

    1. Miałem to napisać. Głowa została odstrzelona dzięki sile wynikającej z klątwy. Główny bohater sam był zdziwiony takim obrotem spraw.

      Nie tyle o ekologię, co o istotę postępu, jako takiego chodzi:
      – jaką jest cena postępu?
      – czy musi iść w parze ze chciwością?
      – czy jest nieunikniony?
      – jak należy się na postęp przygotować?
      – jak daleko sięga?
      – jaką postawa jest właściwie i czy w ogóle jakaś jest?
      – czy możliwy jest balans?
      Etc etc

      Film stawia mnóstwo pytań bez ekspozycji i przede wszystkim bez podpowiadania widzowi za kogo trzymać kciuki. W tyglu zmian miejsce odnajduje zarówno prywata, jak i szlachetność. Doświadczamy świetnie rozrysowanej siatki zdarzeń, respektującej mnogość ludzkich charakterów. Co ważne na koniec NIE otrzymujemy odpowiedzi, nie ma złotego rozwiązania. To opowieść kompletna.

  2. Jeden z lepszych filmów jakie widziałem w tym roku w kinie, a jako szczęśliwy posiadacz unlimited, widziałem ich sporo. Warty obejrzenia, ale niestety już nie na ekranach kin

  3. Najlepsze anime jakie widziałem. Oglądałem 4-5 razy i za każdym razem obłędny seans. Dla mnie proste 10/10 i absolutny top ogólnie filmowy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back to top button