Przegrałem życie: Resident Evil

W latach dziewięćdziesiątych “Resident Evil” otworzył worek moich “pierwszych razów”. Zaczęło się to w 1996 roku, kiedy obejrzałem w telewizji (bodajże w programie “Escape”) świetną recenzję nieznanego mi wcześniej typu przygodówki. Wszystko, co tam zobaczyłem sprawiło, że zapałałem chęcią zmiany Amigi na peceta (PlayStation nawet nie było przedmiotem rozmów, temat zakazany). Nie miałem wtedy pojęcia, czy tego typu gry powstawały już wcześniej, ale zakochałem się w RE po uszy!

Dopiero trzy lata później dostałem swojego wymarzonego peceta. Ale w 1999 znalezienie “Resident Evil” w moim mieście graniczyło z cudem, więc grę dopadłem dopiero po kolejnym roku. I to w niezbyt chlubnych okolicznościach. Mój kolega z gimnazjum ogłosił, że zna “prawdziwego pirata”, który na jednej płycie zmieści więcej niż jedną grę. Byłem jednocześnie zachwycony i zszokowany oszustwem producentów gier, którzy niejednokrotnie sprzedając pojedynczą grę kazali sobie płacić za kilka płyt kompaktowych. Zdecydowany na skorzystanie z usług tajemniczego pirata, cały tydzień siedziałem w “katalogu” i liczyłem megabajty. 650MB i 8 gier – taka była zasada. Mój pierwszy krążek był pełen hitów: dwa “residenty”, Little Big Adventure 2, Phantom Menace, Rich Diamond…

Niestety bardzo szybko zrozumiałem co to jest “zrippowana wersja”. Przypuśćmy, że oryginalny Resident Evil na całym kompakcie ważył 600MB. Obejmowało to pliki gry plus intro i outro. “Filmiki” we wczesnych latach fascynacji płytami CD i FMV potrafiły zajmować 2/3 powierzchni płyty. Oczywiście na pirackich składankach ich nie było. I choć przy wersji tej spędziłem wiele godzin (jak zresztą połowa mojego osiedla), to jednak czułem głód czegoś więcej. Chciałem odnaleźć upragnioną pełną wersję. Oryginalną, choć za umiarkowane pieniądze.

Jakiś czas później, gdy dostęp do internetu poszerzył moje horyzonty i umożliwił kontakt z ludźmi innymi niż moi osiedlowi piraci, odnalazłem pierwszą i drugą część “Resident Evil” na największym polskim portalu aukcyjnym. Licytowałem, trzy razy przeliczałem każdą złotówkę i podbijałem cenę. Niestety, nie udało się. RE1 poszedł za około 80zł, RE2 – 60zł. Szczęśliwym trafem odezwał się do mnie sprzedający i zaproponował przegranie dwóch gier, za kwotę 80zł. Tak, okazało się, że aukcja przez cały czas dotyczyła pirackiej wersji. Była z tego zresztą spora afera na ówczesnym forum Allegro i w komentarzach. Mimo najlepszych intencji, znów stałem się piratem. Ale przynajmniej miałem filmiki!

Tyle moich perypetii, przejdźmy do samej gry.

W lipcu 1998 roku w górach Arklay nieopodal Racoon City dochodzi do serii morderstw o charakterze kanibalistycznym. Na miejsce wysłana zostaje elitarna jednostka S.T.A.R.S., ale policja z Raccoon City traci z nią kontakt. Wysłana zostaje druga grupa – Alpha Team, która za zadanie ma sprawdzić, co się stało z członkami drużyny Bravo. Po odnalezieniu wraku śmigłowca i ręki jednego z elitarnych policjantów, nasi bohaterowie stwierdzają, że coś jest nie tak (scenę tę, odegraną przez żywych aktorów, oglądamy w intro). Po chwili na Alpha Team rzucają się wściekłe psy, a pilot ze strachu podrywa maszynę i ucieka, zostawiając na miejscu resztę zespołu. Zaczyna się ucieczka przed zwierzętami do pobliskiej rezydencji.

Filmowe intro jest tak źle zagrane, że stało się mimowolnie klasykiem pokroju “The Room”. Świetna scena ucieczki Brada Vickersa (pilota) i “chwila smutku” zespołu, to wystarczające powody, by kupić wersję pełną, niezrippowaną. Swoistym fenomenem są dialogi, które były tłumaczone na angielski przez Japończyków. I owszem, “Engrish” jest mocno odczuwalny, zwłaszcza u Barry’ego Burtona. Kiedy po raz pierwszy zetknąłem się z grą jako dzieciak, myślałem, że jest to całkiem poprawny angielski. Prawdopodobnie po dziś dzień powtarzam wpojone mi wtedy błędy.

Ale scenki FMV to przecież tylko wisienka na torce. W grze kierujemy jedną z dwóch postaci.

Pierwsza to Jill Valentine. Nasza bohaterka słabiej strzela, ma mniejszą odporność i chyba gorzej biega, bo jest… kobietą. Ale jest też mądrzejsza, ma tytuł “master of unlocking” (tłumacz nie znał słowa “lockpicking”) i więcej slotów w inwentarzu, Podczas misji wspierać ją będzie Barry Burton, Jill znajdzie też więcej amunicji, a może nawet granatnik, który bardzo ułatwi poruszanie się po kompleksie.

Chris Redfield to przeciwieństwo Jill. Wspiera go sanitariuszka (Rebecca Chambers – jedyna ocalała z Bravo Team). Amunicji i medykamentów znajdzie bardzo mało, ale największym utrudnieniem będzie okrojony do granic możliwości plecak. W tej części nieważnym jest, jakich gabarytów jest przedmiot. Każdy zajmuje jeden slot, bez znaczenia, czy jest to medyczna roślinka, czy miotacz ognia. Przedmioty raz wzięte, nie mogą zostać odłożone w innym miejscu, niż przeznaczona do tego skrzynia w tzw. Save Room (pomieszczenie ze skrzynią i maszyną do pisania, dzięki której zapisujemy grę). Oznacza to, że jeśli jesteśmy “pełni”, musimy biec przez kilka korytarzy do miejsca, gdzie możemy się rozpakować.

Po wybraniu jednej z postaci, rozpoczynamy naszą misję. Naszym celem jest zebranie ocalałych i ucieczka z posiadłości opanowanej przez zombie. Okazuje się, że psy na zewnątrz nie były wściekłe, tylko martwe. Wszystko przez wirus T, który powoduje (w skrócie) ożywianie martwych ciał. Wirus przeznaczony był do tworzenia broni biologicznej przez korporację Umbrella. Ponieważ eksperymenty wyszły nad wyraz dobrze, wykosił całą ekipę naukowców. Ci zaś, przed śmiercią, przygotowali dla nas zagadki, niczym Jacques Sauniere z “Kodu Leonarda da Vinci”. Ot, poukrywali klucze, zabarykadowali drzwi, itd… Na wszelki wypadek zdążyli też pozapisywać istotne wskazówki w swoich dziennikach.

Jednak nie samymi zagadkami gracz żyje. Słusznie nazwano ten gatunek survival horror. Każde nowo otwarte drzwi to stres, bo nigdy nie wiadomo co zza nich wyskoczy. Najbardziej jest to odczuwalne w scenariuszu Chris’a, w którym liczenie amunicji i ilość głów do ubicia jest na porządku dziennym. Co dziwniejsze, gra jest na tyle niezbalansowana, że ostatnie minuty rozgrywki są zdecydowanie najłatwiejsze, a początkowe etapy to horror i nerwy.

A skoro o przeciwnikach mowa, to dodajmy, że na drodze staną nam również rekiny, hybrydy ludzi i zwierząt, kruki, węże, rośliny i Tyrant – główny boss, który jest najprostszym przeciwnikiem z całej gry. Z czasem okaże się też, że największe potwory tkwią w człowieku. Wśród naszych kompanów mogą znaleźć się dwulicowe szkodniki.

Oprawa graficzna w jakiej będziemy mordować (ponownie) zombie jest całkiem przyjemna. Statyczne rendery, po których poruszają się trójwymiarowe modele. Wersja pecetowa miała podrasowany wygląd postaci (tekstury były wygładzone), jednak nie dało się tego zrobić z lokacjami, których rozdzielczość jest dość niska. Dostępna na PS3 w PSN Store wersja Director’s Cut, tak samo jak opisywany wcześniej “Metal Gear Solid“, pozbawione zostały opcji wygładzenia, a w dzisiejszych czasach śmierdzi to padliną. Co do FMV – scenografie zrobione komputerowo to próchno, ale scenki aktorskie (oprócz kiczowatości) nawet dzisiaj wyglądają w porządku. Warto też zwrócić uwagę, że intro w wersji Director’s Cut jest ocenzurowane – brakuje w nim kolorów, a scenę podnoszenia odgryzionej dłoni zmieniono na scenę unoszenia ręki (nadal przytwierdzonej do ciała).

Muzyka. Oryginalna muzyka jest fantastyczna. Zawsze ceniłem pod tym względem japońskie (i francuskie – ale to na marginesie) produkcje. Tyle tylko, że w wersji Dual Shock, CAPCOM stwierdził chyba, że soundtrack do strasznych nie należy i trzeba to naprawić. Polecam porównać sobie muzykę z wersji oryginalnej i wersji DS.

O wersjach gry trzeba powiedzieć coś więcej. Opisuję tutaj klasycznego Residenta, a nie “REmake”. Jest też wersja Director’s Cut, która daje nam możliwość oglądania niektórych pomieszczeń z innej perspektywy i dodaje łatwiejszy i trudniejszy poziom trudności. Poza tym strasznie muli na nowszym sprzęcie (PS3), co przy zmianie pomieszczenia, opóźnia grę o dwie sekundy. Wersja Dual Shock korzysta z funkcji zapisanej w swojej nazwie oraz z orkiestrowej muzyki. Szczerze powiedziawszy preferuję oryginalną wersję, ale Hard Mode z DC jest rzeczywiście wymagający i przejście go ucieszy pyszczek. Nawet takiemu residentowemu wyjadaczowi jak ja.

A muszę dodać – nie chwaląc się – że przeszedłem tę grę niezmierzoną ilość razy. To moje sejwy (pod nickiem ShadowFox) krążyły po necie, dając tysiącom graczy dostęp do ukrytego arsenału i klucza do garderoby. W pewnym momencie zacząłem samemu utrudniać sobie grę, poprzez wyzwania w rodzaju nieużywania save’ów, korzystania tylko z noża, itd… Nie był to może wyczyn porównywalny z tym co zrobił mój brat, który na Amidze przechodził pierwszy akt “Lethal Weapon” za pomocą stóp. Ale chyba i tak świadczy to o mojej miłości do tego tytułu.

Bo przyznam się, że po prostu uwielbiam tę fabułę, ten kicz i tę muzykę. Nie uważam, aby “Resident Evil” był technicznie najlepszą częścią serii, ale żadna inna gra nie wywołuje we mnie tak wielkiej fali nostalgii. Nawet “REmake”, choć świetny, nie dostarcza tak wielu wrażeń. Jest to jedna z największych cegieł w moim przegranym życiu.

PLUSY:
– fabuła;
– muzyka;
– engrish, gra aktorska i kicz FMV.

MINUSY:
– dla wrażliwych – engrish i gra aktorska;
– wersja z PSN Store muli, brzydko wygląda i jeszcze raz muli!

-->

Kilka komentarzy do "Przegrałem życie: Resident Evil"

  • 1 kwietnia 2018 at 20:46
    Permalink

    Uwielbiam całą serię nawet te późniejsze chociaż moja przygoda zaczęła się późno bo od… RE 4. Jakkolwiek przeszedłem również poprzednie. Gra zdecydowanie lepiej prezentuje się od filmów chociaż to chyba przypadłość wszystkich ekranizacji na podstawie gier.

    Reply
    • 2 kwietnia 2018 at 07:04
      Permalink

      Co do filmów, to pierwsza ekranizacja trzymała poziom. Milla Jovovich nigdy nie była dobrą aktorką (z wyjątkiem gry w “Piątym elemencie “), fabuła też trochę za dużo odbiegała od pierwowzoru. Była za to świetna muzyka Mansona, która przez lata służyła mi za dzwonek do komórki.

      Od drugiej części traktuję tę serię, jak kolejne odcinki “Od zmierzchu do świtu” – przyjąłem, że są, ale nie akceptuję. A alfons ze złotymi pistoletami, to początek niekończącej się listy idiotyzmów ekranizacji.

      Reply
  • 2 kwietnia 2018 at 09:45
    Permalink

    Hej. Też miałem początkowo Resident evil 1996 wersję obciętą bez fllmików. To samo z Tomb Raider 1 i 2, gdzie brakowało między innymi muzyki. Ale już Resident evil 2 1998 miałem pełną wersję na 2cd.
    Moim zdaniem zdecydowanie najlepsze odsłony serii gier RE to Re 1, Re 2,
    Re remake wydany w 2002 na Gamecube, a później w 2015 na Pc w HD.
    Zwłaszcza Re 2 i Re remake. Dość dobra jest też 3,4,7, Revelations 2.
    W miarę udane CV, 0, Revelations 1.
    Najgorsza 5 i 6, które w niczym nie przypominają najlepszych odsłon.
    Obecnie powstaje Resident evil 2 remake.
    Pamiętam, że pierwsze przejście Re 1 i Re 2 zrobiło kapitalne wrażenie.
    Później wiele razy powracałem do tych gier. Zwłaszcza do Re 2.
    TR 1 znów początkowo grało się bez akceleracji (pikseloza), w rozdzielczości 640×480, bo taka była maksymalna w grze i bez muzyki. TR 2 bez akceleracji w 800×600, bez muzyki i bez filmików liczonych. Gdy dorwałem na lepszym kompie pełną wersję TR 2 to były lepsze doznania z akceleracją, rozdzielczością ekranu 1280×1024 i wyższymi, z muzyką i filmikami liczonymi.
    Z TR 1 był większy problem. Dopiero później powstały sposoby, by skonfigurować optymalnie grę, by wyglądała jak TR 2 i TR 3.
    To znaczy była akceleracja sprzętowa, wysokie rozdzielczości ekranu 1080p, 2K, 4K oraz cała muzyka w grze znana z wersji Psx.
    Trzeba zainstalować z pakietu UE. Wejść w zainstalowaną grę w katalog D, który jest w grze po zainstalowaniu i zobaczymy
    obraz bin., który zaznaczymy, by odpalił go wirtualny napęd.
    Kopiujemy katalogi Data i FMV z tego wirtualnego napędu i wklejamy je do nowego utworzonego katalogu np: tworzymy TR 1. Można teraz odinstalować grę, bo jest niepotrzebna. chodzimy na poniższą stronę
    http://www.youtube.com/watch?v=5i5eq4xY8Sk
    Klikamy pokaż więcej i z 1 linku ściągamy paczkę. Wklejamy ściągnięte i rozpakowane pliki Tomb1RetailFix do utworzonego wcześniej folderu, gdzie umieszczaliśmy katalogi data i Fmv.
    Tomb Raider I odpalamy z Tombati.exe. Gra wygląda teraz jak TR2/TR3.
    Można też spróbować wgrać tekstury o wyższych rozdzielczościach znane z iOS na Androida i skonfigurować je z instalkami nowszymi Tombati.exe ze strony Glidos. Są te tekstury na stronie http://www.glidos.net/tombati.html
    Trzeba mieć oryginalną płytę TR 1 od GOG w napędzie.
    Instrukcja na Youtube też jest do tego. Gra wtedy wygląda lepiej niż TR2/TR3.
    Są też jeszcze lepsze tekstury ze strony “Tomb Raider xtra” pod Glidos, a wtedy Tomb raider I wygląda znacznie lepiej niż TR4/5. Szczegółowość tekstur bliska jak w Tomb raider Anniversary.

    Reply
    • 2 kwietnia 2018 at 15:12
      Permalink

      Pomimo wielkiego uwielbienia RE1, to właśnie Re2 uważam za małe arcydzieło. Właśnie jestem w trakcie ogrywania czterech scenariuszy i jest to jedna z nielicznych kontynuacji, który tak mocno bije poprzednika. Re3, heh, po ponownym przejściu opiszę swoje wrażenia.

      Co do serii TR, to nie byłem jej wielkim fanem, ale tak samo, jak u Ciebie – miałem wersję bez filmów i muzyki. Co śmieszniejsze, w jednym z CDA też była dodana taka do ‘pełniaków’. I nie był to pirat, tylko wykastrowana wersja z edycji Sold Out chyba. Rabunek w biały dzień.

      A za zaangażowanie i chęci w odrestaurowanie starych tytułów – szacun!

      Reply
  • Pingback: Przegrałem życie: Resident Evil 2 – FSGK.PL

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 pozostało znaków