KsiążkiPieśń Lodu i Ognia

Historia Lodu i Ognia: Cech Alchemików

Cech Alchemików to starożytne bractwo skupiające adeptów wiedzy tajemnej, jakkolwiek w czasach, w których toczy się akcja Pieśni lodu i ognia, żyje już tylko wspomnieniami dawnej świetności. Wciąż jest jednak w stanie odcisnąć swe piętno na historii Siedmiu Królestw, tym bardziej że jego członkowie gotowi są na bardzo wiele, byle tylko odzyskać przynajmniej część utraconych wpływów.

Alchemicy

Choć obecny dom cechowy alchemików wybudowano w Królewskiej Przystani, ich pierwsza siedziba, o której wiemy, znajdowała się na brzegach Miodowiny, gdzie razem z maesterami zakładali Cytadelę, a w każdym razie ośrodek, z którego ta później wyrosła.

Początki Cytadeli są niemal równie tajemnicze, jak początki samej Wysokiej Wieży. Większość przypisuje jej założenie drugiemu synowi Uthora z Wysokiej Wieży, księciu Peremore’owi Wypaczonemu. Był on chorowitym chłopcem, który przyszedł na świat z uschniętym ramieniem i krzywym kręgosłupem. Większość krótkiego żywota spędził w łożu, ale świat za oknem budził w nim niezmierzoną ciekawość. Dlatego zwrócił się do mędrców, nauczycieli, kapłanów, uzdrowicieli i minstreli, a także do grupy czarodziejów, alchemików oraz czarnoksiężników. Nic ponoć nie sprawiało księciu większej przyjemności niż słuchanie ich dyskusji. Po śmierci Peremore’a jego brat, król Urrigon, przyznał „pieszczoszkom Peremore’a” rozległe tereny położone nad Miodowiną, by mogli tam zbudować dla siebie domy i nadal nauczać, uczyć się i poszukiwać prawdy. Tak też zrobili.

– Świat Lodu i Ognia –

Już w tym opisie maestera Yandela widzimy intrygujące rozróżnienie na dwie grupy: jedną bardziej „solidną” reprezentującą mądrość, naukę, wiarę i sztukę oraz drugą – „magiczną” – wśród której wymieniono również specjalistów od transmutacji metali. Yandel, jak na kronikarza przystało, nie jest wolny od poprawności politycznej epoki, w której tworzy, jak i własnych sympatii, a tą wyraźnie alchemików nie darzy, czemu daje kilkukrotnie wyraz. Tym niemniej zarysowany przez niego podział jest dość znamienny w kontekście tego, że obecnie Cytadela jest wyłącznie siedzibą maesterów. Na jakimś etapie jej historii musiało dojść do podziału między zakonami, z których jeden stawiał bardziej na wiedzę naukową, drugi zaś tajemną. Granica ta jest niewyraźna o tyle, że również w Cytadeli studiuje się wyższe tajemnice, których znajomość symbolizuje ogniwo z valyriańskiej stali, zaś działalność alchemików wymaga wiedzy stricte technicznej, zatem znajomości podstaw fizyki czy chemii. Jednak do wytwarzania dzikiego ognia, z którego Cech obecnie jest najbardziej znany, potrzeba czegoś więcej – magii.

– Nie będzie wypadków, lordzie namiestniku. Wyszkoleni akolici przygotowują substancję w szeregu nagich, kamiennych cel. Gdy tylko dzban jest gotowy, uczeń natychmiast przynosi go tutaj. Nad każdą celą znajduje się pomieszczenie całkowicie wypełnione piaskiem. Na podłogi rzucono ochronne zaklęcie, które, hmmm, jest bardzo potężne. Gdy w celi zapłonie ogień, podłoga natychmiast się zapada i piasek likwiduje pożar. […] Tyrion przypuszczał, że mówiąc „zaklęcie”, Hallyne miał na myśli jedynie jakąś sprytną sztuczkę. Z chęcią zbadałby jedną z tych cel z fałszywym sufitem, żeby przekonać się, jak funkcjonuje to urządzenie.

– Starcie królów –

Twardo stąpający po ziemi Karzeł uważa, że gadanie o zaklęciach to tylko kolejny przejaw specyficznej aury tajemniczości, którą lubią wokół siebie roztaczać alchemicy. Jest to założenie o tyle rozsądne, że w świecie Martina bardzo często widzimy przykłady różnych sztuczek, które szalbierze próbują przedstawiać jako magię. Uciekają się do nich nawet osoby faktycznie posiadające moc, jak choćby Melisandre. Ale w tym przypadku Tyrion Lannister się myli. Wskazuje na to niezrozumiała nawet dla uwielbiającego się przechwalać rzekomą potęgą alchemików Hallyne’a szybkość, z jaką jego bracia wytwarzają ostatnimi czasy dziki ogień.

– […] Rzecz w tym, hmmm, wprawiliśmy się w tym, a ponadto… – Alchemik przesunął się nerwowo. – … pewne zaklęcie, hmmm, starożytne tajemnice naszego zakonu, bardzo delikatne i kłopotliwe, ale konieczne, jeśli ma być, hmmm, taka, jak powinna… […] – Wydaje się, hmmm, że są skuteczniejsze niż przedtem. – Hallyne uśmiechał się blado. – Nie słyszałeś nic o tym, by gdzieś pojawiły się smoki?
– Nie, chyba że znaleźliście jakiegoś pod Smoczą Jamą. Dlaczego pytasz?
– Och, wybacz. Przypomniałem sobie coś, co powiedział mi stary mądrość Pollitor, gdy jeszcze byłem akolitą. Zapytałem go, dlaczego nasze zaklęcia tak często wydają się, hmmm, mniej skuteczne, niż chcą nas przekonać zwoje, a on mi odpowiedział, że dlatego, iż po śmierci ostatniego smoka magia zaczęła znikać ze świata.

– Starcie królów –

Gdy padają te słowa, na świecie żyją aż trzy smoki, o czym jednak Tyrion ani Hallyne nie wiedzą. Zbieżność powrotu skrzydlatych gadów ze zwiększeniem produktywności alchemików świadczy o tym, że opowieści o zaklęciach nie były tylko wykrętem wobec wścibiających nos w nie swoje sprawy ciekawskich. Członkowie Gildii naprawdę parają się magią, a więc czymś leżącym poza obszarem zainteresowań większości maesterów. Choć według najlepszego w Cytadeli specjalisty od wyższych tajemnic – arcymaestera Marwina – są one nie tyle przez nich lekceważone, lecz aktywnie zwalczane.

– W świecie, który chce zbudować Cytadela, nie będzie miejsca dla czarów, proroctw ani szklanych świec, nie wspominając już o smokach.

– Uczta dla wron –

Nie rozstrzygając, na ile oskarżenia Marwyna są uzasadnione, nie ma wątpliwości, że Cytadela jest co najmniej wobec magii sceptyczna, czego najlepszym chyba przykładem jest maester Luwin – jeden z nielicznych posiadaczy ogniwa z valyriańskiej stali – na etapie powieści od dawna w żadne tajemne moce już nie wierzący. Nie dziwi więc, że w pewnym momencie doszło do rozłamu między maesterami a alchemikami. Tym drugim nie wyszedł on na dobre.

Piromanci

Ich cech był ongiś bardzo potężny, lecz w ostatnich stuleciach maesterzy z Cytadeli wyparli alchemików niemal na każdym polu. Zostało tylko niewielu członków dawnego zakonu i nawet już nie udawali, że potrafią dokonać transmutacji metali… umieli jednak produkować dziki ogień.

– Starcie królów –

Magia w świecie Martina nazywana jest mieczem bez rękojeści, zatem paranie się nią to fach w najlepszym razie niepewny. Tym bardziej, gdy z biegiem czasu zaczyna zanikać. Nie dziwi zatem, że alchemicy skupili się na tym, co wciąż – choć z coraz większym trudem – najlepiej im wychodziło, to jest wytwarzaniu dzikiego ognia. Dlatego też w czasach, w których toczy się akcja powieści, członków cechu określa się piromantami, choć sami wolą zwać się mądrościami, zaś to, co stało się ich znakiem rozpoznawczym – substancją. Niezależnie od terminologii produkt alchemików jest skrzyżowaniem naszego greckiego ognia z napalmem. Chłodny posiada gęstość syropu, jednak wraz ze wzrostem temperatury zwiększa swą objętość, przypominając bardziej naftę do lamp, tyle że zieloną. Takim też płonie ogniem, nie dającym się ugasić wodą i trawiącym wszystko czego dotknie – od ciał po stal. Boleśnie przekonała się o tym flota Stannisa w czasie Bitwy nad Czarnym Nurtem.

”Miecznik” i krypa zniknęły. Rzeką obok niego spływały poczerniałe ciała oraz dławiący się ludzie, uczepieni fragmentów dymiącego drewna. Na rzece tańczył demon z zielonych płomieni, wysoki na pięćdziesiąt stóp. Miał tuzin rąk i w każdej z nich trzymał bicz, a wszystko, czego dotknął, stawało w płomieniach.

– Starcie królów –

Potężna broń musi być wytwarzana przez potężną organizację, prawda? Cóż, Cech Alchemików mimo otaczającej go aury tajemniczości, wymyślnej tytulatury i imponującej siedziby w rzeczywistości najlepsze lata ma już za sobą.

– To od zimna, panie – odparł Hallyne, blady, uniżony mężczyzna o miękkich, spoconych dłoniach. Miał na sobie szaty w czerwono-szkarłatne pasy obszyte sobolowym futrem, które jednak wyglądało na wystrzępione i nadgryzione przez mole.

– Starcie królów –

Obecny Zakon jest cieniem tego, czym był jeszcze zaledwie kilkanaście lat wcześniej, gdy obłąkany i zakochany w dzikim ogniu Aerys wyniósł jednego z piromantów – Rossarta – do godności swego namiestnika. Upadek stolicy przyniósł śmierć większości mistrzów cechowych. Sam Rossart zginął z ręki Jaimego Lannistera, który kilka dni po zdobyciu przez swego ojca Królewskiej Przystani wytropił i zabił również Garigusa oraz Belisa – piromantów ściśle współpracujących z namiestnikiem. Niepohamowana ambicja w połączeniu z brakiem hamulców etycznych przy wykonywaniu nawet najbardziej szalonych i zbrodniczych rozkazów władcy, doprowadziła Cech na skraj upadku. Nie pierwszy zresztą raz zbyt bliskie kontakty Targaryenów i alchemików miały dramatyczne skutki.

Będzie król zadowolony!

Tak się jakoś dziwnie składa, że ilekroć piromanci realizują jakiś projekt targaryeńskich władców, prawie zawsze kończy się to katastrofą. Zdaje się, że przyczyną jest nie tyle partactwo, gdyż alchemicy w swych fachu są sprawni i kompetentni, co raczej bezrefleksyjne posłuszeństwo, być może motywowanego chęcią odzyskania dawnych wpływów. Stąd gdy któryś z Targaryenów wpadał na jakiś niezbyt mądry albo wręcz zbrodniczy pomysł, to właśnie piromanci ochoczo go w tym wspomagali. Tak było choćby w czasach Aegona IV, zwanego Niegodnym. Zmienny w nastrojach i folgujący sobie w spełnianiu wszelkich przyjemności król postanowił zapisać się w historii jako ten, który w końcu dołączy niepokorne Dorne do obejmującej większość Westeros dziedziny Targaryenów. Zadanie, jak pokazała wielokrotnie historia, było niezwykle trudne, on zaś nie dysponował smokami jak jego wielcy przodkowie. Postanowił więc, że je zbuduje oraz zatankuje dzikim ogniem i do tego właśnie zadania zatrudnił piromantów. Tym – co zadziwiające – udało się to nawet zrobić, ale ambitny plan rozbił się o to, o co rozbijają się wszystkie ambitne plany w historii czy to naszej czy Westeros: logistykę.

Pierwszy ze smoków stanął w płomieniach już w Królewskim Lesie, w wielkiej odległości od Dorne. Wkrótce płonęło już wszystkie siedem. Pożary pochłonęły setki ludzi, a także ćwierć Królewskiego Lasu. Król wyrzekł się potem swych ambicji i nigdy więcej nie wspominał o Dorne.

– Świat Lodu i Ognia –

Później było tylko gorzej. Nie wiemy co prawda, czy Aerion Jasny Płomień wyjawił piromantom, do jakiego celu potrzebuje dzikiego ognia, ale trudno sobie wyobrazić, by targaryeński książę miał go pozyskać skąd indziej niż od Cechu. Jego transmutacja w smoka okazała się równie nieskuteczna jak starania alchemików, by ołów zmienił się w bardziej szlachetny pierwiastek, dodatkowo skutkowała spektakularnym zgonem. Z pewnością jednak piromanci zostali wprowadzeni w plany jego młodszego brata – Aegona V – który wiele lat później postanowił wykluć pozostałe jeszcze Targaryenom smocze jaja i uznał, że do tego celu najlepszy okaże się właśnie dziki ogień.

Tak się pechowo składa, że pozostało bardzo niewielu świadków tragedii w Summerhall, a ci, którzy przeżyli, nie chcieli o niej opowiadać. Sugestywne stronica kroniki Gyldana – z pewnością jedna z ostatnich, które napisał przed śmiercią – insynuuje wiele, lecz rozlany przypadkiem inkaust zalał większą część tekstu:
…krew smoka skupiona w jednym…
…siedem jaj, dla uczczenia siedmiu bogów, mimo że królewski septon ostrzegał…
…piromanci…
… dziki ogień…
… płomienie wyrwały się spod kontroli… wzbiły wysoko… tak gorące, że …
… zginałby, gdyby nie odwaga lorda dow…

– Świat Lodu i Ognia –

Zdawać by się mogło, że tragedia, w której zginął jego dziadek i większość rodziny, nauczy Aerysa II pewnego zdrowego sceptycyzm wobec alchemików i ich wytworów, ale do tego musiałby mieć na miejscu wszystkie klepki, zaś jak wiemy, z tym było u niego nie najlepiej. Pośród wielu jego obsesji, największą miał właśnie na punkcie dzikiego ognia. Przy usłużnej pomocy piromantów żywcem palił nim ludzi, którzy czymś mu zawinili.

Namiestnika z rogiem obfitości i namiestnika z tańczącymi gryfami wygnano, a namiestnika z buzdyganem i sztyletem zanurzono w dzikim ogniu i spalono żywcem. Ostatni był lord Rossart, który miał w herbie płonącą pochodnie. Nie był to szczęśliwy wybór, biorąc pod uwagę los jego poprzednika, lecz alchemika wyniesiono tak wysoko głównie dlatego, że kochał ogień równie mocno jak król.

– Nawałnica mieczy –


Poprzednik Rossarta – lord Chelsted – odkrył, że Aerys wraz ze swymi piromantami zamierzają spalić Królewską Przystań, by wygrywający wojnę Robert Baratheon mógł władać co najwyżej zwęglonymi kośćmi i pieczonym mięsem. Mistrzowie alchemików w tajemnicy nawet przed własnymi akolitami rozmieścili w całym mieście skrytki z glinianymi naczyniami wypełnionymi dzikim ogniem. Chelsted, gdy nie zdołał odwieźć od zbrodniczego planu Aerysa, cisnął mu pod nogi łańcuch namiestnika, co kosztowało go życie. Jego następca nie miał oporów przed wykonaniem rozkazu, który miał zamienić zamieszkałą przez pół miliona ludzi Królewską Przystań w zielone piekło. Więcej: on chciał to zrobić.

[…] Dlatego słyszałem wszystko. – Przypomniał sobie, jak lśniły oczy Rossarta, gdy piromanta rozwijał swe mapy, by pokazać, gdzie trzeba umieścić „substancję”. Garigus i Belis byli tacy sami.

– Nawałnica mieczy –

Jaime Lannister zabił namiestnika w chwili, gdy ten przebrany za zbrojnego usiłował opuścić Czerwoną Twierdzę, by wykonać ostatni rozkaz Szalonego Króla. Miasto ocalało. Przynajmniej wtedy.

Przejrzałe owoce Aerysa

Oczywiście przesadą jest przypisywanie Cechowi Alchemików działalności wyłącznie szkodliwej. W czasie Wielkiej Zarazy Wiosennej dziki ogień wykorzystywano do palenia stosów ofiar epidemii, chociaż wtedy po raz kolejny pokazał, jak niebezpiecznym jest narzędziem.

Najbardziej ucierpiała Królewska Przystań. Zmarł Wielki Septon, głos Siedmiu na Ziemi, a wraz z nim jedna trzecia Najpobożniejszych i niemal wszystkie milczące siostry w mieście. Trupy ciskano do Smoczej Jamy, aż ich stos osiągnął wysokość dziesięciu stóp. Wreszcie Bloodraven rozkazał piromantom palić ciała. Ćwierć miasta spłonęła razem z nimi, nie było jednak innego wyjścia.

– Świat Lodu i Ognia –

Rozsądny Tyrion Lannister dzięki substancji, którą nakazała ponownie produkować jego znacznie mniej rozsądna siostra, zdołał obronić Królewską Przystań na dostatecznie długi czas, by stolicy na ratunek przybyły wojska Zachodu i Reach. Miasto ocalało, choć kosztem kluczowego dla jego zaopatrzenia portu, strawionego przez zielone płomienie wraz z flotą Stannisa. Widzimy więc, że nawet w rękach ludzi odpowiedzialnych jak Bloodraven czy Karzeł dziki ogień okazał się bronią obosieczną. Wraz ze śmiercią Kevana Lannistera takich ludzi w stolicy zabrakło. Niewykluczone, że chaos wywołany zamordowaniem regenta wykorzysta odsunięta od władzy Cersei, by znów uchwycić stery państwowej nawy. Królowa w przeciwieństwie do stryja nie słynie z rozwagi, wydaje się też coraz bardziej niestabilna emocjonalnie, podzielając przy okazji fascynację Aerysa dzikim ogniem. Zaś na czele Cechu Alchemików po raz kolejny stoi niezwykle ambitny człowiek, który sam opisuje się jako ktoś, kogo serce i żyły wypełnia substancja. Gotowy jest też spełnić każdy, najbardziej nawet absurdalny rozkaz Królowej.

– Czy nadal masz zamiar spalić Wieżę Namiestnika? […] Jeśli pożar rozniesie się poza wieżę, możesz w rezultacie spalić cały zamek, czy tego chcesz czy nie.
– Lord Hallyne zapewnił mnie, że jego piromanci potrafią zapanować nad płomieniami. – Cech Alchemików już od dwóch tygodni warzył nową porcję dzikiego ognia. – Niech ten pożar zobaczą w całej Królewskiej Przystani. To będzie nauczką dla naszych wrogów.
– Mówisz jak Aerys.

– Uczta dla wron –

Przekonanie piromantów o tym, że potrafią zapanować nad zielonym żywiołem, już kilkukrotnie doprowadziło do tragedii. Jednak usłużność i nieodpowiedzialność alchemików, choć niebezpieczna, nie jest warunkiem koniecznym, by doszło do katastrofy. Stolica mimo upływu lat nadal nie uwolniła się całkowicie od pułapki, którą zastawił na nią Szalony Król.

Pochodzą jeszcze z czasów króla Aerysa. Przyszedł mu do głowy pomysł, by produkować dzbany w kształcie owoców. To bardzo niebezpieczne owoce, lordzie namiestniku, a teraz dojrzalsze niż kiedykolwiek, jeśli rozumiesz, co mam na myśli. Zapieczętowaliśmy je lakiem i zalaliśmy dolną kryptę wodą, ale i tak… w zasadzie powinno się je zniszczyć, lecz podczas plądrowania Królewskiej Przystani zamordowano bardzo wielu mistrzów naszego cechu i nieliczni akolici, którzy ocaleli, nie potrafili sobie poradzić z tym zadaniem. Ponadto większość dzbanów, które wyprodukowaliśmy dla Aerysa, zaginęła. Nie dalej jak w zeszłym roku odkryto dwieście sztuk w magazynie pod Wielkim Septem Baelora. Nikt nie pamięta, jak się tam znalazły, ale z pewnością nie muszę ci mówić, że wielki septon ogromnie się przeraził.

– Starcie królów –

Gdzie jeszcze znajdują się zapomniane składy wypełnione przejrzałymi owocami Aerysa? Ten sam Jaime Lannister, który ocalił miasto, mordując Garigusa i Belisa, zabił prawdopodobnie ostatnie osoby, które znały ich rozmieszczenie. Jeśli dojdzie do szturmu, szczególnie prowadzonego ze smoczego grzbietu, może się okazać, że jedynie udało mu się odwlec katastrofę.

To mi się podoba 3
To mi się nie podoba 0

Dżądżen

Fan twórczości Martina i dobrego wina. Lubię historię i suchary. Wolny czas spędzam w ogrodzie przeklinając Matkę Naturę za jej hojność.

Polecamy także

Zanim napiszesz komentarz zapoznaj się z naszymi zasadami zamieszczania komentarzy:

Regulamin zamieszczania komentarzy


Użyj tagu [spoiler] aby ukryć część treści komentarza:

[spoiler]Treść spoilera[/spoiler]

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back to top button