Tremors (1990)

Szczęki na pustyni. Z większą ilością humoru. Właściwie w tym miejscu mógłbym zakończyć recenzję i odesłać wszystkich do oglądania, jednak zamiast tego wykorzystam okazję, by omówić wszystko to, co w – jak by nie patrzeć – filmie klasy B, zrealizowano z wielkim kunsztem, czyniąc produkcję lepszą od współczesnych, wysokobudżetowych blockbusterów. Ale najpierw kilka słów o fabule.

Val i Earl to para “złotych rączek” trudniących się przeróżnymi drobnymi pracami w maleńkiej mieścinie o humorystycznej nazwie Perfection (Doskonałość) w stanie Nevada. Zmęczeni brakiem perspektyw, mężczyźni postanawiają rzucić wszystko i poszukać pracy w najbliższym “prawdziwym miasteczku” – Bixby. Nie udaje im się jednak daleko odjechać, gdy odnajdują ciało jednego z mieszkańców Perfection – Edgara, zawieszone na słupie elektrycznym. Coś tak bardzo wystraszyło staruszka, że wlazł na słup i z niego nie schodził, umierając w końcu z odwodnienia. Ale to tylko początek tajemniczych śmierci. Wkrótce ginie (i zostaje zdekapitowany) jeden z pasterzy, a w końcu lawina zamyka jedyną drogę z miasta. Val i Earl przeczuwają ogromne niebezpieczeństwo. Ale nie spodziewają się nawet tego, co jest źródłem nieszczęść mieszkańców Perfection. Pod spaloną słońcem pustynią grasują przerażające monstra – graboidy, wyraźnie zainspirowane czerwiami z Diuny (choć na szczęście nie tak gargantuiczne – największe graboidy mają “zaledwie” ok. 10 metrów długości). Val, Earl, doktorantka Rhonda prowadząca w okolicy badania sejsmologiczne oraz reszta mieszkańców miasteczka będzie musiała podjąć nierówną walkę z czającymi się pod ziemią potworami.

Strzelaj pan, panie Boczku!

No dobrze, porozmawiajmy zatem o tym, co jest takiego we Wstrząsach, filmie zrealizowanym za 10 milionów dolarów, że stawiam go ponad współczesnymi mieszankami horroru, akcji i komedii. Zacznijmy od samych bohaterów. To nieskomplikowane, wiejskie chłopaki. Są niezadowoleni z życia, pragną opuścić Perfection, ale los rzuca im wyzwanie – mamy więc klasyczny schemat podróży bohatera (choć w tym wypadku podróż to powrót do domu, walka o niego i zdobywanie w jej toku nowych umiejętności). To prosta konstrukcja, która sprawia, że po prostu parze złotych rączek kibicujemy. Idąc dalej – Earl i Val nie są głupi. W Tremors nie ma scen w rodzaju “po okolicy grasuje seryjny morderca, lepiej zejdźmy do piwnicy bez broni, sprawdzić co to za hałasy”. Owszem, graboidy nieraz przeszkodzą bohaterom w ich planach, ale nigdy dlatego, że sam plan jest głupi. Po prostu okazuje się, że monstra też mają pewną inteligencję i uczą się na swoich błędach. To bardzo odświeżające podejście, bo choć wymaga od scenarzystów odrobiny pracy i pomyślunku, to sprawia, że inteligencja widza nie jest na każdym kroku obrażana. A skoro mowa o obrażaniu inteligencji – Tremors umiejętnie tworzy konflikty bez uciekania się do czarno-białych schematów i klisz. Earl kłóci się z Valem. Val i Earl kłócą się z Burtem Gummerem (lokalnym miłośnikiem broni i budowania schronów). Nie znaczy to jednak, że chwilowy antagonista bohatera musi być zły, brzydki, głupi i tchórzliwy. Na pozór postaci są dość płaskie, ale ostatecznie ich charaktery są ukazane z większą dozą subtelności niż we współczesnym kinie. To samo tyczy się “silnych ról kobiecych”. Rhonda pomaga Earlowi i Valowi, Heather ratuje swojego męża Burta. I to jest całkiem naturalne. Gdyby film realizowano wykorzystując współczesną “wrażliwość” reżyserską, to pewnie po każdej z tych sytuacji kamera zawieszałaby się na chwilę na heroicznej niewiaście, która pośród pyłu i dymu przeładowałaby broń, mówiąc w momencie zbliżenia coś w rodzaju: “Co wy byście beze mnie, kobiety, zrobili” (żeby była jasność – nie krytykuję tu obsadzania kobiet w roli bohaterek opowieści, tylko absolutnie idiotyczne, obrażające inteligencję widza środki wyrazu artystycznego, jakie temu towarzyszą).

Paskuda.

Skoro zaś scenariusz naprawdę okazuje się napisany zgrabnie, to i aktorzy – mimo że mają świadomość, w jakiej produkcji uczestniczą – wypadają bardzo przyzwoicie. Powiem więcej – wcielający się w role główne Kevin Bacon i Fred Ward robią tu naprawdę kawał dobrej roboty, umiejętnie balansując tonalnie pomiędzy horrorem, kinem akcji i komedią. Iluzji, że mamy do czynienia z czymś więcej niż niskobudżetową produkcją dopełnia fakt, że reżyser naprawdę – wzorując się na Szczękach – nie chce nam pokazywać podziemnych potworów. A jeśli już, to najwyżej ich kawałek. Graboidy w całej okazałości widzimy dopiero w drugiej połowie filmu, a wtedy jesteśmy już na tyle podekscytowani, że możemy przymknąć oko na efekty specjalne, które czasem wyglądają świetnie, a czasem nie bardzo.

Ot, i cały obraz Wstrząsów. To stosunkowo krótki (96 minut) obraz, który dostarczy trochę śmiechu, odrobinkę strachu i dużo akcji. Przede wszystkim zaś ani przez moment nie będzie sprawiał wrażenia, iż jego twórcy uważają swoją widownię za niezbyt rozgarniętą. I dlatego warto go zobaczyć.

 

PS Film nigdy nie wyjaśnia tajemnicy pochodzenia graboidów. Ale jeśli jesteście ciekawi mojej teorii, to są przybyszami z Kosmosu.

-->

Kilka komentarzy do "Tremors (1990)"

  • 13 kwietnia 2021 at 12:17
    Permalink

    Świetnie zrealizowane kino klasy B, umiejętnie budowane napięcie, szczypta humoru, nieźle dobrani aktorzy i zgrabnie opowiedziana historyjka, wszystko jest tu na miejscu i w proporcjach, nie udając czegoś czym nie jest. Dawno już nie wracałem do tej pozycji, ale może dzięki tej recenzji czas odświeżyć wspomnienia. Ewidentnie jest mi najbliżej, do gustu filmowego szanownego redaktora DaeLa, spośród wszystkich tu piszących. Ocena w pełni zasłużona.

    Reply
  • 13 kwietnia 2021 at 12:28
    Permalink

    Zgadzam się w pełni z recenzją. Świetny film. Nie ma tu praktycznie bohaterów, którzy by nam zwisali lub którym wręcz życzylibyśmy śmierci. Typowego w horrorach mięsa do efektownego rozszarpania przez potwora. Każda postać, choćby najbardziej drugoplanowa, ma swój charakter, wzbudza naszą sympatię i zawsze czujemy, że mamy do czynienia z prawdziwym człowiekiem, a nie ludzkim manekinem. A w dodatku Kevin Bacon, którego uwielbiam.

    Reply
  • 13 kwietnia 2021 at 12:37
    Permalink

    Aha. Gdybym ja miał zgadywać tajemnicę pochodzenia potworów to raczej obstawiałbym mutacje popromienne. W Nevadzie zdaje się przeprowadzano próbne wybuchy jądrowe.

    Reply
  • 13 kwietnia 2021 at 14:37
    Permalink

    Stosunkowo krótki? Przecież standard tamtych czasów to 90 minut, więc ten nawet trochę poza niego wybiega. Swoją drogą myślę, że w dużej części wiąże się to z innym Twoim spostrzeżeniem – dziś widzowi trzeba wszystko łopatologicznie wyjaśniać, a wtedy liczył się klimat i historia, więc nikomu nie było potrzebna wiedza skąd się wzięły graboidy. Osobiście tęsknie do takiego podejścia.

    Reply
  • 13 kwietnia 2021 at 18:29
    Permalink

    Świetny film, był chyba w tv pod tytułem “Robaki”.

    Reply
  • 13 kwietnia 2021 at 22:44
    Permalink

    Zgadzam się z autorem we wszystkim. Nic dodać nic ująć. Poza ocena tutaj dałbym 7. Ale to wynika z innego sposobu oceniania zapewne, a nie z odbioru filmu.
    Z horrorów klasy B do których mam sentyment polecam „zabójcze klowny z kosmosu”. Film jest o ( uwaga) zabójczych klownach z kosmosu które zabijają w sposób zwykle będący wariacja na temat najpopularniejszych klownixh sztuczek.

    O ile tutaj scenariusz ma sens, postacie maja charakter to w klownach wszystko jest do bólu sztampowe, do bólu schematyczne i przewidywalne, ale jednocześnie pełne klimatu tamtych lat. Klimat wylewa soe ekranu, jak piana z piwa nalewanego przez niedoświadczonego barmana( pamięta ktoś w ogole jak przyjemnie było na studiach wyjsc na 2 piwa mając 10zl w kieszeni) Jak wyobrażasz sobie nastolatka z klasy B ? No właśnie tak jak to jest pokazane w filmie, on niczym się nie wyróżnia, nawet teraz nie pamietam jak wyglada plus poziom aktorstwa jest tragiczny ALE te wszystkie beznadziejności cechujące filmy z tamtych lat w polacZeniu z wyjętym z czapy pomyślem ( klowny z kosmosu zabijają ludzi robiąc z nich watę cukrowa ) razem w jakiś magiczny sposób strasznie wciągają zgodnie z zasada tak głupie ze aż fajne. Aha i film pomimo kiczowatości potrafi wprowadzić element grozy / strachu. Twórcom udało się stworzyć kilka niesamowitych scen, takich które wchodzą głęboko w świadomość i za 10 lat Ci się potrafią przypomnieć znienacka, a to nie lada sztuka. Ścieżka dźwiękowa bardzo udana, trochę za mało cycków i nagości
    Jak na moj gust ale polecam.

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 pozostało znaków