Egzorcysta (1973)

Nazywano go najbardziej przerażającym filmem w historii. Do kin trafił 26 grudnia 1973 roku. A kolejki do nowojorskich kin czekały godzinami, mimo piętnastostopniowego mrozu. Choć mówiono, że to nie mróz jest największym zagrożeniem dla widzów, ale sam film. Podczas seansu ludzie tracili przytomność. Wielu opuszczało film w stanie histerii. Pod wieloma kinami stały karetki pogotowia wynajęte przez organizatorów seansów. Na wszelki wypadek. Choć pewnie można się doszukać w tym nieco zagrań PR-owych. Tak jak w legendach na temat niewyjaśnionych wypadków, które skutkowały kontuzjami ekipy filmowej. Naprawdę nie było w nich nic nadzwyczajnego czy niewyjaśnionego. Po prostu reżyser Egzorcysty – William Friedkin – nie patyczkował się z aktorami (mówiąc delikatnie), często dla nakręcenia interesującej sceny narażał ich na kontuzje. Aktorka Ellen Burstyn odtwarzająca rolę Chris MacNeil przypłaciła to urazem kręgosłupa, a Willaim O’Malley – nawiasem mówiąc “w cywilu” naprawdę ksiądz – w jednej z końcowych scen dostał od Friedkina “z liścia”, żeby lepiej zagrać roztrzęsienie.

Zatroskana matka.

Czy znaczy to jednak, że film nie był tak naprawdę straszny i mieliśmy do czynienia wyłącznie z marketingiem? Przeciwnie. Egzorcysta wzbudzał trwogę, jakiej widzowie wcześniej nie zaznali. Był dziełem przełomowym pod względem kinematograficznym i o ogromnym znaczeniu kulturotwórczym. Oczywiście wiele zawdzięczał fantastycznej książce. Pisałem o powieści Blatty’ego już wcześniej. A swoją recenzję skonkludowałem stwierdzeniem, że choć film jest wybitny, to książka jest jeszcze lepsza. Dziś, po kolejnym seansie filmu Friedkina i Blatty’ego (który był twórcą scenariusza oraz konsultantem), nie jestem pewien, czy aby na pewno lepsza. To prawda, że książce, dzięki większemu skupieniu na postaciach pobocznych, udało się przygotować dla czytelnika kilka ciosów przepotężnych. Na przykład kwestia matki ojca Karrasa – w filmie wątek poprowadzono ciekawie, ale w książce – fenomenalnie. Lecz i film ma swoje zalety, niedostępne książce. Więc wycofuję mój wcześniejszy sąd i oznajmiam, że oba dzieła są równie genialne.

A trzeba dodać, że film jest ekranizacją bardzo wierną, której wątek główny został przełożony niemal idealnie. Chris McNeill to popularna aktorka wychowująca samotnie córkę – dwunastoletnią Regan. Pewnego dnia dziewczynka zaczyna się dziwnie zachowywać. Lekarze podejrzewają u niej cały szereg przypadłości natury psychologicznej i neurologicznej – począwszy od histerii, aż po osobowość mnogą. Kolejne diagnozy upadają w toku badań, stan dziewczynki się pogarsza, a matka – choć jest ateistką – po jednej z horrendalnych scen manifestacji demonicznego zachowania, w akcie desperacji zwraca się w tej sprawie do księdza i psychiatry w jednej osobie – Damiena Karrasa. Ksiądz jest przez dłuższy czas niechętny koncepcji egzorcyzmu. Przeprowadza nawet swego rodzaju śledztwo, które pogłębia to rozdarcie. Wiele wskazuje na chorobę psychiczną. Gdy opętanie staje się jedynym możliwym wyjaśnieniem, młody ksiądz potrzebuje pomocy. Przychodzi z nią ojciec Merrin, kapłan i archeolog, który już w przeszłości miał do czynienia z demonicznym opętaniem.

Ojciec Merrin w trakcie egzorcyzmu.

Taki opis może wprawdzie zaintrygować, ale nie oddaje tego, co jest największą siłą filmu. Fantastycznych kreacji aktorskich, które sprawiły, że widzowi udziela się nie tylko przerażenie przed tym co nadnaturalne, ale matczyny lęk o dziecko. To nie przypadek, że wśród najstraszniejszych scen można wymienić nie tylko te, gdy mała Regan dokonuje samookaleczenia, ale również zimne, brutalne, ciągnące się w nieskończoność sceny badań w szpitalu. Muszę też powiedzieć wprost, że z trójki aktorów odtwarzających role głównych postaci – są to Ellen Burstyn jako Chris MacNeill, Linda Blair jako jej córka Regan MacNeil oraz Jason Miller jako ojciec Damien Karras – każde zasługiwało na Oscara za najlepszą rolę pierwszoplanową. A Max von Sydow, który gra ojca Merrina, spokojnie mógłby dostać statuetkę za rolę drugoplanową.

Oczywiście równie ważne było pokazanie samego demonicznego opętania. Blatty, autor powieści i scenariusza, jest głęboko wierzącym katolikiem. Friedkin, a więc reżyser (a zarazem przyjaciel Blatty’ego) – ateistą. Gdzieś na starciu tych dwóch perspektyw powstało dzieło, które jednocześnie zapędzi trwożliwych katolików do kościoła, a niewierzących zamieni w strzępek nerwów. Egzorcysta nie posługuje się tanimi sztuczkami, w całym filmie jest tylko jeden chwyt typu “jump scare” (nie żebym akurat deprecjonował jump scares – niedługo opowiemy sobie o Egzorcyście III, który ma najlepszy jump scare w historii kina). Ale poczucie trwogi jest budowane z niebywałym kunsztem, na styku tego co naturalne (choroba dziecka), tego co ponadnaturalne oraz bluźnierstwa. Och, jakże ten film potrafi grać bluźnierstwem – nie dla samego bluźnierstwa, ale dla wzmożenia poczucia strachu. Doprawdy mistrzostwo.

Opętanie Regan sparodiowano już setki razy. A jednak nie przestaje przerażać.

Wiele dobrego można powiedzieć i o innych aspektach produkcji. Na przykład o charakteryzacji. Nie tylko charakteryzacji Regan, ale również ojca Merrina. Łatwo to przegapić, bo w końcu Max von Sydow wygląda w filmie dokładnie tak jak Max von Sydow w obrazach kręconych w ubiegłej dekadzie. Czyli jak facet po siedemdziesiątce. Tyle tylko, że na planie Egzorcysty aktor miał niewiele ponad 40 lat. Można dostać małego kręćka, gdy to sobie człowiek uświadomi. Ale po cóż te wywody przedłużać? Dość powiedzieć, że Egzorcysta to dzieło genialne. Moim prywatnym zdaniem jeden z czterech najlepszych horrorów w historii (obok Obcego, Lśnienia i Coś).

Więc dłużej się nie zastanawiajcie. Jeśli macie ochotę na sporo wstrząsów i przerażenia, jeśli chcecie obejrzeć film, który będziecie przeżywać jeszcze długo po seansie, to Egzorcysta jest dla Was. Polecam.

PS Film występuje w dwóch wersjach. Dłuższa zawiera jeden element, który nieco psuje odbiór dzieła (wstawione w kilku miejscach przebitki twarzy demona) i jeden, który nadaje filmowi głębi (rozmowa Merrina i Karrasa na schodach). Obie są więc równie dobre.

-->

Kilka komentarzy do "Egzorcysta (1973)"

  • 28 października 2020 at 13:06
    Permalink

    Pełna zgoda.

    Najlepszy horror w historii kina. Pierwszy w mainstreamie, chyba do dzisiaj najbardziej wpływowy i definiujący gatunek. Po prostu czysty klasyk.

    Co niezwykłe i rzadko spotykane, warto obejrzeć również jeden z sequeli. Dwójka to sprzedany za grosze i skazany na porażkę kaszalot. Natomaist w przypadku trzeciej części stało się coś niecodziennego. Hollywood postanowiło postawić serię na nogi, kręcąc pełnoprawną kontynuacją i ignorując nieudany sequel. Projekt ponownie dostał do realizacji autor ksiązkowego pierwowzoru William Blatty, tym razem zasiadł rónież na reżyserskim stołku. Film jest niezły, a jego ulepszona przez fanów, a ostatecznie wydana również w wersji kolekcjonerskiej w 2016 roku oznaczona jako “Legion” wersja reżyserska jeszcze dodają mu jakości. Niestety, wspomniana wersja rezyserska jest niezwykle trudno dostępna (tzn. jest na Amazonie 🙂 )

    Reply
  • 28 października 2020 at 14:14
    Permalink

    A Omena nie zaliczasz do najlepszych horrorów?? Moim zdaniem nawet lepszy ,choć Egzorcysta to też top topów

    Reply
    • 28 października 2020 at 18:47
      Permalink

      Omena zaliczam, zwłaszcza ze względu na ścieżkę dźwiękową, do ścisłej czołówki. Jednak uwazam, że “Egzorcysta” jest lepszy. Świetnie żongluje gatunkami, ma elementy klasycznego horroru i mojego ulubionego noir, do tego rewelacyjny i poruszający scenariusz.

      Reply
  • 28 października 2020 at 15:02
    Permalink

    strach sie przyznac, ale jeszcze nie ogladalem, trzeba nadrobic ;/

    Reply
  • 28 października 2020 at 15:04
    Permalink

    Obejrzałem stosunkowo niedawno, ze trzy lata temu. Zwykle teksty o ludziach mdlejących w trakcie seansu traktuję z przymrużeniem oka ale w tym przypadku jestem skłonny uwierzyć. Jeśli film broni się dziś to jakie wrażenie musiał robić prawie 50 lat temu? Biorąc dodatkowo pod uwagę że horrory raczej słabo znoszą próbę czasu.

    Reply
    • 28 października 2020 at 15:35
      Permalink

      Co powiesz w takim razie o Batmanie z 1989 gdzie ludzie chodzili na inne filmy do kina ,tylko i wyłącznie po to żeby zobaczyć trailer ,po czym wychodzili z kina 😀 .Inne czasy

      Reply
  • 28 października 2020 at 21:57
    Permalink

    Mam podobnie z Maxem von Sydowem. Patrzysz na faceta w Grze o Tron i nagle uświadamiasz sobie, że on już w pierwszym Conanie grał starego, zmęczonego życiem człowieka. 🙂

    Zgadzam się, że to najlepszy horror w historii. Zwłaszcza, że gdy oglądałem go pierwszy raz, był środek nocy i ciemny pokój, a ja byłem w domu zupełnie sam. Pouczające doświadczenie… 🙂

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 pozostało znaków