Filmołaz (odc. 4)

Nadszedł grudzień, choinki już gotowe do sprzedaży, a filmowcy szykują się na gorący okres świąteczny. Zapraszamy na ostatni w tym roku przegląd nadchodzących premier filmowych. Z pewnością będzie co oglądać oprócz Kevina w Polsacie.

 

Marriage Story (Historia małżeńska) – Wbrew tytułowi to historia rozwodu, a nie małżeństwa. A może jednego i drugiego?

 

 

Crowley: Mój czarny koń tego roku. Podobno para Johansson-Driver zagrała koncertowo, a sam film trzyma za gardło.

Razorblade: Pierwsze słyszę ale może to i dobrze. Kurde jeśli ktoś nie spierniczył scenariusza jakimś ckliwym zakończeniem/podsumowaniem a aktorzy podołali to biorę to w ciemno.

SithFrog: Bardzo czekam. Driver, Johansson i póki co naprawdę świetne opinie. Lubię takie kameralne dramaty. Bo wiadomo, jak w tytule jest małżeństwo to musi być dramatycznie. Życie.

Crowley: Podobno jest i straszno i śmieszno zarazem. Driver powinien tylko potwierdzić swoją klasę, a i Scarlett miło będzie w końcu zobaczyć bez kostiumu. Znaczy bez peleryny.

SithFrog: Podobno jest równie dobra w Jojo Rabbit, ale u nas grają dopiero w styczniu… czasem mam wrażenie, że wciąż jesteśmy kinowym trzecim światem.

Crowley: Na to wygląda. Lighthouse sprowadzono do Polski dopiero po internetowej petycji. Sam podpisywałem.

 


Richard Jewell – Kolejny biograficzny, zaangażowany film Clinta Eastwooda, tym razem o ochroniarzu, który uratował przed bombą zamachowca kibiców podczas Igrzysk Olimpijskich w Atlancie, a następnie został oskarżony o zorganizowanie zamachu.

 

 

Crowley: Clint ostatnio stracił trochę poczucie kierunku, ale to reżyser, który nie wiadomo, kiedy wypali z czymś niesamowitym. Historia Jewella jest dziś bardzo aktualna, a obsadzenie Paula Waltera Hausera wydaje się strzałem w dziesiątkę.

SithFrog: Ostatnie dwa filmy Clinta to moooooocno średnie dokonania. “Sully” był nudnawą laurką, a przez “Mule” ledwie przebrnąłem. Albo karta się odwróci, albo okaże się, że Eastwood trochę się zespielbergował.

Razorblade: Historię znamy, jej zakończenie też. Więc ciekaw jestem jak Clint podejdzie do tematu.

Crowley: Niestety jest w tych ostatnich filmach Clinta jakaś nachalna maniera i łopatologiczny przekaz, którego przecież wcześniej unikał. Przecież Za wszelką cenę też balansował na granicy manifestu ideologicznego, ale tak pięknie go unikał.

 


Uncut Gems  – Film o tym, że praca jubilera jest bardzo niebezpieczna. Przynajmniej w Stanach Zjednoczonych.

 

 

Crowley: Nie znoszę Sandlera, ale zagrał w dwóch dobrych filmach – Dużych dzieciach i fantastycznym Lewym sercowym. Podobno udało się po raz trzeci, ale nie wiem, czy to wystarczy, żebym zmienił o nim zdanie.

SithFrog: Dopiero co recenzowałem “Good time”, a już na horyzoncie kolejny film braci Safdie. Biorę w ciemno, nawet z Sandlerem!

Crowley: Swoją drogą odrobina dobrego makijażu wystarczyła, żeby Sandler przestał wyglądać jak ofiara losu. Dziwne, że  nikt do tej pory na to nie wpadł.

SithFrog: Pewnie dlatego, że sam był autorem swojego image’u 😉

 


The Two Popes (Dwóch papieży) – Wielki Wróbel kontra Hannibal Lecter AKA Imperator Palpatine, czyli papieży dwóch rozmowy po godzinach.

 

 

Crowley: Mam nadzieję, że udało się uniknąć powierzchownych banałów o wierze. Liczę na pokaz aktorskich mocy.

Razorblade: …a moce aktorskie do wykorzystania są zacne…

SithFrog: Wygląda bardzo tandetnie, w sensie technicznym, jak teatr telewizji w czasach słusznie minionych. Może to taka stylizacja na paradokument, ale będę Żabą-Tomaszem. Uwierzę jak zobaczę.

Crowley: Ja tam nie mam nic przeciwko teatrowi w telewizji. Sunset Limited, Sierpień w hrabstwie Osage, czy choćby Fail Safe w wersji z 2000 roku pokazały, że teatr może znakomicie istnieć na ekranie.

Razorblade: Zgadzam się z Crowleyem. Teatr telewizji nie musi być zły.

SithFrog: Ale ja nie mówię, że ma być zły, tylko niech zostanie w telewizji. Kino to kino.

 


The Good Liar (Kłamstwo doskonałe) – Gandalf próbuje uwieść i obrabować Królową Elżbietę w nowym filmie Billa Condona.

 

 

Crowley: Dobre aktorstwo gwarantowane, oby tylko fabuła nadążyła.

SithFrog: Aktorstwo na pewno będzie na poziomie, ale co z resztą? Zwiastun sugeruje dynamiczne sceny, a z całym szacunkiem do Iana McKellena, którego uwielbiam: nie widzę tego.

Razorblade: A ja wręcz przeciwnie. Wygląda mi na kawał ciekawej historii. A Gandalf o dziwo wpasował mi się w trailer doskonale.

Crowley: Wygląda na to, że 2019 będzie rokiem starych ramoli (z całym szacunkiem). Najpierw Irlandczyk, teraz jeszcze to. Niby trochę to sztuczne, ale ja tam mam sentyment do tych wszystkich pomarszczonych twarzy. Druga sprawa, jeżeli dobrze rozpoznaję mundur, który miga na chwilę w trailerze, to chyba ktoś tu zaserwował bardzo duży spoiler…

 


Bombshell (Gorący temat) – Oparta na faktach historia upublicznienia przez pracownice stacji telewizyjnej FOX przypadków molestowania seksualnego, którego dopuszczał się prezes stacji.

 

 

Crowley: Z jednej strony obsada marzeń. Z drugiej strony temat, który bardzo łatwo spartolić.

SithFrog: Plejada gwiazd, ale nazwiska reżysera i scenarzysty nie zwalają z nóg. Teledyskowy montaż nie zastąpi soczystych dialogów. Nie czekam z wypiekami na twarzy.

Crowley: Jak by nie patrzeć, historia niby nośna, ale molestowanie seksualne nie jest już chyba “na topie”, jeśli chodzi o skretyniałe media. Teraz w modzie jest walka rasowa i walka z tak zwanymi wykluczeniami. Nie wiem, czy autorzy przypadkiem nie przespali swojego czasu.

 


Cats (Koty) – Słynny musical, w którym ludzie przebrani za koty deklamują wiersze.

 

 

Crowley: Mówisz “musical” i w tym momencie przestaję cię słuchać.

SithFrog: Wygląda koszmarnie i bazuje na tandetnym broadwayowskim musicalu. Co może pójść nie tak? Spojler alert: wszystko.

Razorblade: Dostaniemy świetnych aktorów w towarzystwie śpiewaków którzy pomyśleli że teraz mogą zostać aktorami. Veto!

Crowley: Mnie w ogóle zastanawia, jak wpada się na pomysł, że taką ekranizację można zrobić dobrze. Jak dla mnie od pierwszego ujęcia wygląda to kuriozalnie. Nie znam musicalu, ale jak dla mnie takie coś mogłoby się udać jedynie w jakiejś animowanej, wypasionej wizualnie formie.

DaeL: Ciekawy dowód na to, że antropomorfizacja zwierząt nie zawsze daje uroczy efekt. Film wygląda paskudnie i nie wyobrażam sobie, aby – bez względu na jakość samego musicalu – szeroka widownia chciała obcować z takimi obrazkami dłużej niż przez 2-3 minuty. Ja już po trailerze miałem dość.

 


Star Wars: The Rise of Skywalker (Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie) – Finał (który to już?) największej sagi w historii kina. Czy Abramsowi wystarczy czasu, żeby zabić wszystkich pozostałych przy życiu bohaterów pierwszej trylogii? Czy Rey okaże się swoją własną babką? Czy Chewie znowu usmaży Porga?

 

 

Crowley: Coś czuję, że karuzeli śmiechu nie będzie końca. Nie da się ukryć, że chyba wszyscy w redakcji FSGK spodziewamy się katastrofy, więc jeśli cokolwiek pozytywnego z tego wyjdzie, będziemy zdziwieni.

Razorblade: Ciekawe czy te wszystkie wersje które ciągle dokręcali trzymają się chociaż fragmentami kupy… tak czy inaczej ktoś tam na pewno musiał powiedzieć “just fuck it”…

SithFrog: Po “Ostatnim Jedi” poziom moich emocji na myśl o epizodzie dziewiątym porównałbym z wyprawą na grzyby. Taką, gdzie pogoda jest fatalna, a grzybów nie ma. Tak było do niedawna. Poczytałem jednak o klęsce podczas pokazów zamkniętych, o tym, że robili dokrętki last minute i zapoznałem się przeciekami fabularnymi z w miarę wiarygodnych źródeł. Znów czekam z niecierpliwością. To może być najbardziej spektakularny strzał w stopę od prequeli.

Razorblade: No i przekonał. Może wybiorę się w “tani wtorek”.

Crowley: Podobno dokrętki były jeszcze w listopadzie. Czyli albo JJ to drugi Kubrick, który powtarza ujęcia do znudzenia, aby osiągnąć perfekcję, albo…

DaeL: …no właśnie chyba to będzie to drugie “albo”. Czyli powtórka z produkcji takich jak np. Suicide Squad albo Justice League. Moim zdaniem ta historia jest już nie do odczarowania. Jeśli po dwóch filmach nie lubisz bohaterów, a złoczyńcy nie wydają ci się straszni, to nawet najlepsze zakończenie trylogii tego nie odczaruje.

Crowley: Zadziwiające, jak bardzo nieudane są wszystkie nowe postacie, prawda? Nawet prequele były pod tym względem lepsze: Darth Maul, młody Obi-Wan, Mace Windou, Dopóki – przynajmniej dało się ich zapamiętać. W nowej trylogii mamy matkę wszystkich Mary Sue, jakiegoś super pilota i Murzyna, który zawsze jest zdyszany. Zgroza.

Razorblade: Tu nawet nie chodzi o to czy bohaterów się lubi czy nie… ich się nawet nie zapamiętuje co jest jeszcze bardziej przerażające.

SithFrog: Crow, Mace WINDU, nie WINDOU. Od dziś jesteśmy na “dzień dobry”.

Crowley: To i tak bliżej niż bohaterowie nowej trylogii.

 


The Witcher (Wiedźmin) – Najgorętsza serialowa premiera sezonu, czyli najbardziej słowiański superbohater od czasu Wilqa, marszczone zbroje i czarnoskórzy Polacy w świecie fantasy.

 

 

Crowley: Trailery do końca mnie nie przekonują, ale podejdę do tego bez uprzedzeń. Chciałbym tylko, żeby materiał źródłowy potraktowano z szacunkiem i zrozumieniem.

Razorblade: Bez przesady. Przeżyliśmy Złotego Smoka w polskiej wersji. Nic gorszego “Wiedźmina” nie spotka.

SithFrog: Zgadzam się z Razorem. Materiał źródłowy potraktują tak, żeby zarobić dobry pieniądz na całym świecie, a nie zadowolić piwniczaków z Polski, którym się wydaje, że Wiedźmin jest do bólu słowiański. Nie jest. Chyba, że ktoś nie czytał tylko grał, ale to jego/jej problem. Ja nie mogę się doczekać.

Crowley: Zauważcie, że ja nie pisałem o Słowianach ani Lechitach. Chodzi mi o złapanie tego, co w książkach było najlepsze, czyli: 1) fantastyczne, błyskotliwe, soczyste dialogi; 2) wszelkie odcienie szarości, jeśli chodzi o moralność. Mam nadzieję, że coś z tego zostało i nie zastąpiono ich komputerowymi straszydłami.

Razorblade: Domyśliłem się o co Ci chodziło ale nadal jestem spokojny. Nawet jak moralność będzie mocno jednoznaczna (a myślę że niestety będzie – obym się mylił) to ja zwyczajnie wierzę w ten projekt.

Crowley: Nawet pomimo marszczonych zbroi?

DaeL: Przewiduję kompletnego serialowego średniaka, który utrzyma się przez 2-3 sezony, ale świata nie zawojuje. Ucieszy się tylko Andrzej Sapkowski, bo ponoć tym razem nie sfrajerzył podpisując kontrakt.

Razorblade: Ludzie uwzięli się na marszczone zbroje a ja się zastanawiam czy serio w trakcie serialu ktokolwiek zwróci na to uwagę. Zresztą umówmy się – czepiamy się zbroi w świecie fantasy z przeróżnymi potworami, eliksirami i czarami…

SithFrog: Jestem w 100% po stronie Razora. Nikt na to nie zwróci uwagi jeśli serial będzie dobry. Jeśli zły – marszczone zbroje będą najmniejszym problemem. Tak jak w innym serialu miecze z valaryańskiej gumy (https://www.youtube.com/watch?v=zEz1z5Daxmo).

 


Jumanji: The Next Level (Jumanji: Następny poziom) – Zaskakujący sukces poprzedniej odsłony spowodował, że lada moment do kin trafi jej kontynuacja. Niestety znowu bez Robina Williamsa.

 

 

Crowley: Nadal nie obejrzałem jedynki. Znaczy dwójki. Nie wiem, czy to był reboot, remake, czy jeszcze coś innego.

Razorblade: Szczerze? To zwykły “kotleciarz” który z oryginałem ma nazwę i wspomnienie Alana Parrisha. Ale wbrew pozorom wcale nie taki fatalny “kotleciarz”. Tylko co oni tam chcą “kontynuować”? 🤔

SithFrog: Nie wierzyłem w Jumanji z The Rockiem i nie miałem racji. Czekam bez wielkiego napięcia, ale na pewno się wybiorę. Poprzednio bawiłem się przednio.

Crowley: swoją drogą to jest chyba ewenement na skalę światową, że nakręcona po tylu latach kontynuacja, z całkowicie nową obsadą i w zasadzie nie mająca poza tytułem nic wspólnego z oryginałem produkcja osiągnęła duży sukces. Trochę to szanuję.

SithFrog: To ja ci kolego polecę taki niskobudżetowy film indie: Mad Max Fury Road 😛

Crowley: $150 mln to nie do końca niski budżet, a i po osobie reżysera można było wnioskować, że jakiś sens ten film będzie miał. Chociaż przyznaję, że byłem nastawiony negatywnie.

-->

Kilka komentarzy do "Filmołaz (odc. 4)"

  • 1 grudnia 2019 at 15:07
    Permalink

    Oglądałem wczoraj Irlandczyka. Boże jaki to jest słaby, nudny film o niczym. Chaotyczny, zagmatwany, bez pomysłu i wykonania. Jak fatalnie wyglądał w tym filmie de Niro, a jego gra aktorska przez prawie cały film ociera się o groteskę. Stracone TRZY I PÓŁ godziny. Ze starych dziadków, nawet komputer nie zrobi młodych gniewnych, sprawnych trzydziestolatków. Cała historia jest naprawdę fatalnie fatalna. Naprawdę nie polecam tego filmu.

    Reply
    • 1 grudnia 2019 at 16:41
      Permalink

      Serio aż tak źle? miałem zamiar za niedługo kupić abo na miesiąc w netflixie ale jeżeli jest tak słabo, to poproszę kolegę aby użyczył mi konta na te kilka godzin w zamian za lepszego browara.

      Reply
    • 1 grudnia 2019 at 17:38
      Permalink

      Jutro albo pojutrze będzie moja recenzja i od razu mówię, że mam całkowicie odmienne zdanie.

      Reply
      • 1 grudnia 2019 at 17:49
        Permalink

        Tak podejrzewałem. Ja bardzo lubię de Niro, Capone uwielbiam i te klimaty ogólnie mi nie przeszkadzają, ale tu przeszkadzało mi prawie wszystko. To chyba żaden spojler, ale ta scena jak Robert bije sklepikarza jest tak maksymalnie słaba, widać, że to już mocno podstarzały dziadek z nowa twarzą. I mam takie pytanie, czemu jak komuś odmładzają komputerowo twarz, to muszą mu robić takie dziwne jasne oczy do niczego nie pasujące?

        Reply
    • 1 grudnia 2019 at 18:53
      Permalink

      A ja się nie zgadzam, według mnie Irlandczyk to świetny film w starym stylu. Powolne tempo, przemyślany scenariusz i dobra gra aktorska. Scorsese trzyma formę

      Reply
      • 1 grudnia 2019 at 19:04
        Permalink

        Powolne tempo, nieprzemyślany scenariusz skaczący po watkach, czasie i przestrzeni, ogromna ilość niedopowiedzeń i wrzutek, które absolutnie nic nie wnoszą, gra aktorska – sami aktorzy może i by się obronili, gdyby reżyser i cała masa ludzi tak bardzo nie utrudnili im zadania gównianymi (naprawdę gównianymi) efektami komputerowymi i dziwnymi historiami.

        Reply
        • 1 grudnia 2019 at 19:34
          Permalink

          Po prostu się całkowicie nie zgadzam, nie przekonasz mnie że to jest zły film 😉
          Dla mnie powolne tempo to duży plus tego filmu, dzięki któremu można było skupić się na historii.
          Aktorsko to może nie był Taksówkarz czy Człowiek z blizną; ale na pewno jedne z lepszych ról w ostatnich latach dla całej trójki głównych bohaterów.
          A efekty specjalne, cóż mi nie przeszkadzały prawie w ogóle. Jedynie w dwóch scenach (jedną przywołałeś) było widać że aktorzy są jednak dziadkami 🙂

          Reply
          • 1 grudnia 2019 at 20:57
            Permalink

            Nie próbuje cię przekonywać. Co do wolnego tempa przyznaję ci rację. A co do sceny, o której napisałem to tak mnie ona raziła, tak samo jak większość co bardziej dynamicznych scen. Film miał swoje dobre strony, ale dla mnie był raczej dramatyczną stratą czasu, aczkolwiek rozumiem jeśli się komuś podobał, ja mam wiele takich filmów, które uważam za bardzo dobre, a niektórzy z mojego otoczenia nie wytrzymują nawet dziesięciu minut oglądania. Takim przykładem jest Locke z Tomem Hardym, Człowiek, który zabił Don Kichota, czy Professor i Szaleniec, który ostatnio włączyłem znajomym i zrezygnowali po pół godzinie a ja dooglądałem go z przyjemnością do końca.

            Reply
            • 1 grudnia 2019 at 22:00
              Permalink

              Ja Locke’a nie przetrwałem. 😉 Nagromadzenie sztucznie wydumanych problemów było dla mnie nie do zniesienia. Zwłaszcza, że jestem budowlańcem. 😉

              Scena ze sklepikarzem oczywiście była straszna i nie wiem, jak przeszła do ostatecznej wersji filmu. Po prostu nie wiem. A komputerowe odmładzanie było widoczne, ale to chyba pierwszy film, w którym mnie nie raziło. Po prostu było akceptowalne.
              Co do historii Irlandczyka to chociaż przeskoków czasowych było sporo, to jakoś tak wszystko układało mi się w całość i wszystko dążyło do momentu kulminacyjnego, czyli zniknięcia Hoffy. Można było za to znacznie skrócić to, co działo się potem, bo epilog jest mocno rozwleczony.
              Ale co ja tam będę się rozpisywał, skoro za moment to samo będzie w recenzji? I też doskonale rozumiem, że komuś może ten film nie podejść. Jest dość specyficzny. 😉

              Reply
  • 1 grudnia 2019 at 17:26
    Permalink

    Nie wiem co się tak wszyscy podniecacie tym Mad Maxem z 2015? Owszem, zły nie jest, trzyma klimat drugiej i trzeciej części i nawet brak Mela Gibsona specjalnie nie przeszkadza. Ale dla mnie prawdziwy Mad Max to tylko i wyłącznie jedynka. Tylko ten chwyta mnie za serce i tylko tę część miewam ochotę obejrzeć ponownie. To jedynka wypromowała reżysera, markę Mad Max i Gibsona. Dwójka i trójka to zaledwie filmy do obejrzenia. Fajne miejscami, ale w gruncie rzeczy szczerze wisi mi kto tam wygra i co się stanie z tymi bohaterami. A chyba nie o to chodzi w filmie? Jedynka miała świetnych bohaterów. Po jednej i po drugiej stronie konfliktu. Dwójka i trójka są płaskie i liniowe jak gry na peceta. Mad Max: Fury Road niestety nawiązuje do nich, nie do jedynki.

    Reply
    • SithFrog
      1 grudnia 2019 at 20:28
      Permalink

      “Nie wiem co się tak wszyscy podniecacie tym Mad Maxem z 2015? ”

      Audiowizualne arcydzieło, fantastyczne kreacje aktorskie i 90% prostej fabuły opowiedziane gestami i chrząknięciami, bez dialogów z toną ekspozycji. Tempo, napięcie, obłędne efekty specjalnie, genialny montaż dźwięku.

      Reply
      • 1 grudnia 2019 at 21:02
        Permalink

        Na pewno nie jest to film ambitny i taki, przy którym włączają się wszystkie zmysły, jak to mówi moja mama dość prostacko, taki żeby się pogapić, ale za to z tej najwyższej półki w swojej kategorii. Jeśli chodzi o aktorstwo to Hardy nie ma ról, w których nie dał by popisu, a tutaj prześciga się z Theron kto ma grac pierwsze skrzypce. Kolory, muzyka, wybuchy, akcja z niczym nie jest przesadzone.

        Reply
        • SithFrog
          1 grudnia 2019 at 21:34
          Permalink

          No pewnie, że to nie jest Ojciec chrzestny czy coś w ten deseń, ale w swojej kategorii mistrzostwo świata.

          Reply
      • 2 grudnia 2019 at 06:11
        Permalink

        To wszystko prawda (może poza tymi “fantastycznymi kreacjami aktorskimi”, które moim zdaniem były raczej zwyczajnie przyzwoite). Jednak na chwilę pofantazjujmy i zabierzmy te wszystkie grube miliony dolarów wpompowane w Fury Road. Co wtedy zostanie? Pies z kulawą nogą nie chciałby tego oglądać. Ja nie mówię, że nie powinno być i takich filmów – robionych wyłącznie dla zmysłów. Ale nie przesadzajmy za bardzo z wychwalaniem ich pod niebiosa, bo tak naprawdę chwalimy po prostu kasę. Sama kasa w sztuce nie jest jeszcze niczym złym, ale też i nie może być wyznacznikiem, że coś jest wspaniałe a coś mierne. To co istotne da się przekazać i za pomocą skromnych środków. Moim zdaniem Fury Road nie przekazuje niczego istotnego.

        Reply
        • 2 grudnia 2019 at 10:16
          Permalink

          Fury Road to kwintesencja przerostu formy nad treścią i to doprowadzona do ekstermum. Sztuka dla sztuki, arcydzieło kaskaderki, sztuki operatorskiej i wizualnych wodotrysków. Coś jak dziesięciominutowa solówka na pianinie wiszącym na sznurkach ponad sceną (pozdrawiam fanów Keitha Emersona). Oczywiście, że ten film nie niesie ze sobą nic istotnego i jedyną jego funkcją jest dostarczenie wrażeń audiowizualnych na najwyższym poziomie. I robi to tak, że lepiej się nie da.
          Druga rzecz, że kasa owszem była duża, ale same pieniądze nie robią dobrych/ładnych filmów. Jest pierdylion przykładów na to, że nawet z niemal nieograniczonym budżetem można zrobić paskudnego kaszalota. I wcale nie chodzi o fabułę, lecz o wygląd właśnie.

          Reply
        • SithFrog
          4 grudnia 2019 at 09:04
          Permalink

          “tak naprawdę chwalimy po prostu kasę”

          Nie, nadal chwalimy kunszt ludzi, którzy swoją ciężką pracą i talentem zgotowali nam doskonałe widowisko. Jakbyśmy chwalili kasę to pod niebiosa wynieślibyśmy Justice League, Solo, Avatara, BvS i inne takie, które kosztowały więcej niż Mad Max.

          Zresztą, Fury Road kosztowało 150 mln $. Przy Marvelach, Star Warsach, Myszon Impossyblach czy innych Szybkich i wściekłych to jest budżet raczej mało imponujący, a efekt piorunujący 🙂

          Reply
  • 1 grudnia 2019 at 19:26
    Permalink

    Poziom komentarzy na filmwebie. Czytać się tego nie da! Maksymalnie nieprofesjonalny format.

    Crowley prawie się ucieszyłem, że ktoś pamięta o ‘Fail safe’. A potem zobaczyłem 2000 i mi przeszło. Tylko oryginał!

    Reply
    • 1 grudnia 2019 at 22:02
      Permalink

      Mi się ta wersja z 2000 roku bardzo podobała. To chyba było nagrywane w czasie rzeczywistym na kilku scenach.

      Reply
      • 3 grudnia 2019 at 02:54
        Permalink

        A oglądałeś oryginał Lumeta?

        Reply
        • 3 grudnia 2019 at 07:54
          Permalink

          Kiedyś dawno temu tak, ale przyznam bez bicia, że niewiele pamiętam. To jest znakomity scenariusz, więc nie mogło się nie udać. Poluję teraz na książkę, może przy okazji sobie odświeżę.

          Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 pozostało znaków