Green Book (2018)

Tony “The Lip” Villalonga był Amerykaninem włoskiego pochodzenia. Mieszkał w Nowym Jorku i trudnił się pracą bramkarza w nieprzyjemnych miejscówkach gangsterskiego półświatka. Doktor Don Shirley był wykształconym artystą z trzema doktoratami na koncie, częścią bardzo wąskiej intelektualnej elity Stanów Zjednoczonych w latach 50.  i 60. ubiegłego wieku. Połączyła ich wspólna podróż po tzw. Głębokim Południu (Deep South) Ameryki – od Teksasu, przez Luizjanę, Arkansas i Alabamę, aż do Karoliny Północnej – wszystkie te regiony słynęły z uprawy bawełny. Z tego powodu nazywane były Bawełnianymi Stanami, a ich mieszkańcy mieli dość, ekhm, konserwatywne podejście do wszelkiej różnorodności kulturowej i etnicznej.

“Green Book” to z kolei poradnik dla motocyklistów, wydawany dla czarnoskórej mniejszości, zawierający lokalizację “przyjaznych” Afroamerykanom lokali i noclegowni, właśnie na Głębokim Południu. Fragment oryginalnej okładki takiego wydawnictwa z 1940 roku widzicie nad tekstem. Nie wspomniałem jeszcze, jak Don Shirley wyglądał, ale w tym przypadku łatwiej przywołać obraz – wart więcej niż tysiąc słów.

Prawdziwy Don Shirley.

Film opowiadający o wycieczce, jaką wielce utalentowany artysta zaplanował sobie po niebezpiecznym terenie rasistowskiej i ksenofobicznej Ameryki połowy XX wieku, został przed paroma dniami okrzyknięty przez Akademię Filmową najlepszą produkcją 2018 roku. Uczciwie przyznam, że całkiem słusznie. Jest to bowiem film spełniający wszelkie kryteria oscarowego hitu.

Po pierwsze, ma prostą i nieskomplikowaną historię, która w czytelny sposób niesie ze sobą nieco głębsze przesłanie. “Green Book” wykorzystuje stary jak świat topos kina drogi. Czterotygodniowa przejażdżka samochodem zmusza dwójkę głównych bohaterów do nawiązania relacji, która stanowić będzie klucz dla przemiany, jaką przejdą w czasie 130 minut seansu. Reżyser i współscenarzysta, odpowiedzialny dotychczas za niezbyt wyszukane komedie (jego największym dziełem był do tej pory “Głupi i głupszy”) Peter Farrelly umiejętnie wplótł odyseję głównych bohaterów w okoliczności budujące wspomniany, szerszy kontekst i głębszy przekaz filmu. Bohaterowie początkowo nie pałają do siebie sympatią, mają trudność w zaufaniu sobie nawzajem. Jednak sytuacja, w jakiej zdecydowali się znaleźć, wymusza na nich konieczność wypracowania w miarę efektywnych sposobów wzajemnej współpracy – jak się dalej ten wątek rozwija, łatwo się domyślić.

Po drugie, “Green Book” został kapitalnie zagrany przez odtwórców głównych ról. I nie dajcie się zwieść Akademii Filmowej, która Mahershalę Alego nagrodziła Oscarem za drugoplanową rolę męską. Duet Shirley – Tommy jest głównym kołem zamachowym całej historii, a oglądanie go na ekranie sprawia mnóstwo przyjemności. Ali gra tutaj swój wypracowany już wcześniej standard – introwertycznego i wrażliwego artystę, który ma problemy z własną tożsamością i światem, w którym przyszło mu odnosić pyrrusowe artystyczne zwycięstwa. Świetna kreacja, w której aktor – mimo oszczędności warsztatowej – zaprezentował szerokie spektrum narzędzi, którymi buduje swoją postać. Oczy, wyraz twarzy, tonacja głosu – wszystko to przywodzi na myśl naprawdę największe tuzy aktorstwa, z Denzelem Washingtonem, a nawet Danielem Day-Lewisem na czele.

Mahershala Ali w roli króla Wakandy.

Jeszcze ciekawszy, choć być może mniej skomplikowany, jest Tony “The Lip” Villalonga. Do tej roli Viggo Mortensen zobowiązał się przytyć 20 kilogramów, lecz tak naprawdę nie chodzi tutaj o fizyczną przemianę, która w Hollywood już nikomu raczej nie imponuje. Aktor, choć jest duńskiego pochodzenia, dosłownie obudował się kreacją prostolinijnego, włoskiego narwańca, którego znamy z największych klasyków kina gangsterskiego. Mimika twarzy na najwyższym poziomie, wzbogacona o niezbędne w tym przypadku tiki nerwowe i przygryzanie wargi (podobnie czynił pierwowzór). Akcent żywcem wyjęty ze scen “Ojca Chrzestnego II” – jak na mój gust omawianej kreacji najbliżej jest do komediowego mariażu Franka Pentangelli (nieodżałowany Michael V. Gazzo) z młodym Vito Corleone (Robert DeNiro). Chociaż podobieństw można poszukać i w kreacjach Joe Pesciego u Martina Scorsese (“Kasyno”, “Chłopcy z ferajny”). Tony “The Lip” to prawdziwa deus ex machina tego filmu: kiedy trzeba rozbawi szczerze i serdecznie, innym razem rzuci ponurą uwagą lub wywoła wzruszenie. Oglądając tę kreację byłem pełen podziwu, również dlatego, że Mortensen trafił idealnie w mój gust filmowy – uwielbiam słuchać włoskiego akcentu.

Kolejnym argumentem przemawiającym na korzyść “Green Book” jest autentyczna chemia pomiędzy wspomnianymi bohaterami. Dialogi między nimi są bezbłędnie absurdalne i komiczne, bywają też (na szczęście rzadko) poważne i do bólu bezpośrednie. Obaj panowie startują lata świetlne od siebie: jeden jest pełnym uprzedzeń prostakiem o dobrym sercu, drugi wyniosłym artystą z napompowaną dumą i odrazą do wszystkiego, co plebejskie. To świetna mikstura – tym bardziej, że w miarę rozwoju akcji, wzorem klasycznych produkcji spod znaku bro-movies, bohaterowie wiele się od siebie nauczą i odkryją ukrywane głęboko tajemnice i wady charakteru. “Green Book” jest filmem, który sprawia przyjemność swoją swobodną, komediowo-obyczajową powierzchownością, a jednocześnie zaprasza widza do kilku głębszych, i wcale nie tak oczywistych, refleksji na poważne tematy.

Jeden z najlepszych duetów kinowych ostatnich lat.

Przy okazji porusza problem potrzebny w dzisiejszych czasach, choć inni krytycy zarzucają mu wtórność w tym właśnie przedmiocie. Moim zdaniem jest to błąd. Porządnych, świetnie zagranych i inteligentnie moralizatorskich filmów nigdy za wiele. Nawet jeśli my sami widzieliśmy podobną historię i jej wariacje dziesiątki razy – z pewnością kolejna z nich przyda się przyszłym pokoleniom.

Jest więc “Green Book” pewnego rodzaju reprodukcją oczywistości, banalnym zamachem na stereotypy i ksenofobię – chociaż i tutaj nie jest do końca tak przewidywalny. Film potrafi poruszyć też nieco mniej oczywiste wątki, takie jak przełamywanie własnych ograniczeń i otwartość na odmienności. Jest jednak, przede wszystkim, niezwykle udaną produkcją o pasjonującej historii, okraszoną świetnym aktorstwem. Viggo mógł był, a być może nawet powinien, obejrzeć Oscara z bliska na niedawnej gali, zabrać go do domu – takie jest moje zdanie, mimo afektu czynionego w stronę Ramiego Maleka.

Sceny koncertowania czarnoskórego wirtuoza przed białą publicznością złożoną z ksenofobów mają w sobie coś bardzo absurdalnego. Na szczęście, film ucieka od łopatologicznej moralizatorki – jest przyjemny w odbiorze i trzyma widza po stronie rozrywki, a nie martyrologii.

Poza wymienionymi głównymi bohaterami, historię umilają widzowi kreacje drugoplanowe: Linda Cardellini jako małżonka Tony’ego, oraz dwójka współpracujących z Don Shirleyem muzyków: Johnny Venere (Sebastian Maniscalco) i Rosjanin Oleg (Dimitr Marinow). W stu procentach sprawdzają się jako użyteczne tło dla głównej historii, a jeśli dodamy do tego wesołą – bo włoską – familię Tony’ego, która występuje w roli bohatera zbiorowego – otrzymujemy wszystko, czego trzeba. Pod względem realizacyjnym również nie mam się do czego przyczepić: muzyka Dona Shirleya jest przepiękna, seans umilają również dźwięki klasyków jazzu takich jak King Cole, Frank Sinatra, czy Chubby Checker. Główną aranżację muzyczną przygotował z kolei bardzo utalentowany Kris Bowers – rocznik ’89, polecam mieć na uwadze nazwisko tego jegomościa – możliwości ma imponujące.

Reasumując, już dawno chciałem Wam “Green Book” polecić. Nie zdążyłem – zrobiła to za mnie Akademia Filmowa. I chociaż często zupełnie się z nią nie zgadzam, tak w tym konkretnym przypadku należy przyznać jej słuszność.

-->

Kilka komentarzy do "Green Book (2018)"

  • 27 lutego 2019 at 12:20
    Permalink

    Uff! 🙂

    Z ocena sie zgadzam, a sam tekst wyjatkowo krotki jak na red. Pq 🙂

    Zdecydowanie popieram wsparcie dla Mortensena. Swietna rola i trafne porownanie z Ojcem Chrzestnym.

    Film nie wgniata w fotel, ale potrafi rozczulic. Jest moralizatorski, ale lekki w formie. Dwaj aktorzy daja popis, a fabula rozgrzewa serducho. Nic wiecej od Filmu Roku nie trzeba.

    Reply
  • 27 lutego 2019 at 12:24
    Permalink

    Btw: dobrze, ze wrocil Pq ze swoimi tekstami i jezykiem. Brakowalo mi Ciebie :*

    Chociaz przyznaje, ze ostatnio redaktor Crowley sie rozkrecil i trzyma naprawde niezly poziom. Tak trzymac!

    Reply
  • 27 lutego 2019 at 12:26
    Permalink

    od lat powtarzałem na forum, że Crowley powinien się szerzej udzielać. Tak samo Voo. Dzięki za dobre słowo, chociaż zdaję sobie sprawę z podszytej nią szyderki 😛

    Reply
    • 27 lutego 2019 at 13:35
      Permalink

      Tak sobie myślę, że chętnie bym się przekwalifikował na sprzedawcę tuszów, albo elektronicznych papierosów na jakimś stoisku w galerii handlowej. Zawsze mnie zastanawia, co robią ci ludzie przez cały dzień. W każdym razie czuję, że wtedy miałbym wystarczająco dużo czasu, żeby pisać tyle, ile bym chciał.

      Reply
  • 27 lutego 2019 at 20:05
    Permalink

    Warto dodać, ze Tony ‘Lip’ Vallelonga grał rólkę w “Ojcu Chrzestnym” (nikt istotny na weselu Connie Corleone i Carla Rizzo) a także w “Chłopcach z Ferajny” i kilku innych pomniejszych rolach, a jego opus magnum to Carmine Lupertazzi Sr – boss jednej z nowojorskich rodzin mafijnych z “The Sopranos”. A fakt, że Viggo nie nagrodzono tylko Maleka za odcinek specjalny “Twoja twarz brzmi znajomo” będzie dla mnie zagadką po wsze czasy.

    Reply
    • 28 lutego 2019 at 08:09
      Permalink

      “Warto dodać, ze Tony ‘Lip’ Vallelonga grał rólkę w “Ojcu Chrzestnym” (nikt istotny na weselu Connie Corleone i Carla Rizzo) a także w “Chłopcach z Ferajny” i kilku innych pomniejszych rolach, a jego opus magnum to Carmine Lupertazzi Sr – boss jednej z nowojorskich rodzin mafijnych z “The Sopranos”ę

      Dziękuje za uzupełnienie. Prawde mówiąc, wiedziałem tylko o Ojcu Chrzestnym i Goodfellas.

      Sporanos wciąż czekają na półce, odłożone “na wielkie nigdy”. 🙁

      Reply
  • 28 lutego 2019 at 00:06
    Permalink

    Dobry wybór Akademii, tylko powinno być na odwrót. Viggo z Oscarem, a Ali z nominacją (pokonany przez E.Granta). I byłoby oki 🙂

    Świetny film. Ktoś go porównywał do ‘Nietykalnych’ (tych francuskich). Jest od nich o wiele lepszy. Nie wiem, jak to wyglądało naprawdę, ale mam opory przed kojarzeniem Lipa gangsterem. Ten w wersji filmowej na pewno gangsterem nie jest. Kocham scenę, gdy Lip wyjaśnia Docowi na rozmowie kwalifikacyjnej, co wchodzi w zakres jego obowiązków. Cudnie po włosku zagrane 🙂

    Reply
    • 28 lutego 2019 at 08:04
      Permalink

      Pełna zgoda.

      a czy Lip był gangsterem? jeżeli już, to szeregowym. I raczej niedługo.

      Porównanie do ‘Nietykalnych’ mocno naciągane. Bo obaj panowie różnią się kolorem skóry i dużo czasu spędzają w samochodzie?
      To tak jakby powiedzieć, że słoń jest podobny do psa, bo ma cztery nogi. Świadczy o powierzchownym usposobieniu i niezdolności do głębszej analizy dzieła.

      Reply
      • 28 lutego 2019 at 14:40
        Permalink

        Nietykalni byli spoko za pierwszym razem. Ale przez ilosc powtorek w tv zupelnie obrzydl mi ten film.
        Do Green Booka chetnie za to bede wracal, ze wzgledu na Aragorna 🙂

        Reply
  • 2 marca 2019 at 22:32
    Permalink

    Solidne 8/10, zgadzam się. Ale jeśli to był najlepszy film roku to oznacza to, że to był słaby rok 😉

    Reply
  • SithFrog
    4 marca 2019 at 12:41
    Permalink

    W końcu obejrzałem, dla mnie raczej 7 niż 8 i dowód na to (Faworyty jeszcze nie widziałem), że w tym roku napradę nie było z czego wybierać.

    Film był… fajny. I tyle. Nie było tu nic wybitnego. Kreacja Viggo dobra, ale momentami trochę wyglądał na parodię włosko-amerykańskich stereotypów, a nie postać z krwi i kości. Ali spoko, ale też jakoś niezbyt wybitnie.

    Miałem też trochę zagwozdkę z tonem. Było tak lekko i zabawnie, że w sumie ten rasizm to taki bardziej zabawny niż groźny i zły. Wiem, że sporo widzów dostrzeże, że jest tu obecny prawdziwy dramat pod komediowym płaszczykiem, ale jednak kilka razy mogli dać bardziej do pieca. Zabrakło mi czegoś mocniejszego.

    “nawet Danielem Day-Lewisem na czele”

    Tutaj to bracie pojechałeś już nie po bandzie tylko wypadłeś na pole i zacząłeś koziołkować 😛

    Generalnie film ma identyczny styl jak francuscy “Nietykalni” z tym, że produkcja żabojadów była o klasę lepsza. Jako zdobywca Oscara – jeden ze słabszych filmów ostatnich lat… chociaż nie. Mnie “Shape of water” też nie uwiódł 😉

    P.S. No i zabrakło mi dość istotnej informacji, że syn prawdziwego Villalongi pomagał przy pisaniu, a rodzina Dona Shirleya uważa produkcję za kompletne wypaczenie prawdziwej historii i stek bzdur.

    Reply
  • 6 marca 2019 at 09:23
    Permalink

    “Tutaj to bracie pojechałeś już nie po bandzie tylko wypadłeś na pole i zacząłeś koziołkować 😛”

    Naprawdę nie zauważasz podobieństw w stylu gry? Estyma, wyważone gesty, hiperpoprawność wymowy? Czas pokaże ,czy się mylę, ale na ten moment uważam, że Ali wybiera sobie takie kreacje i przygotowuje się nich podobnie jak Day-Lewis. Sprawia wrażenie takiego, co – cytując Roberta Downey’a Jra z “Trpic Thunder”: “wychodzi z roli dopiero po nagraniu komentarza na DVD” 😉

    O kontrowersjach byłbym napisał, gdybym chciał wchodzić w publicystykę okrogłofilmową, co zresztą często robiłem w przeszłości. Tym razem zdecydowałem się pominąć ten wątek(liczą po cichu na poruszenie tematu w komentarzach) na rzecz krótszego i bardziej skondensowanego tekstu. Wszystkim nie dogodzisz 🙂

    Rola Mortensena również dla mnie, zwłaszcza na początku seansu wydała mi się ‘delikatnie przeszarżowana’, ale tutaj z kolei wziął górę mój subiektywizm – uwielbiam taki warsztat, więc nie chciałem się czepiać tego, że aktor sprawił mi ogromną przyjemność.

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 pozostało znaków