
Halloween już dziś, więc w dzisiejszych Wykopaliskach nie mogło zabraknąć stosownego znaleziska. Wracamy do recenzji Halloween Johna Carpentera z 1978 roku, filmu, który ustawił reguły slashera na dekady. Michael Myers nie potrzebuje wyjaśnień ani motywów, a mimo to wciąż straszy skuteczniej niż większość jego późniejszych naśladowców. Warto sprawdzić, jak ten prosty pomysł broni się po latach i czy muzyka Carpentera nadal siedzi w głowie tak samo uporczywie, jak opisywał to DaeL.
Jeśli czytaliście ten tekst przy premierze, zajrzyjcie do niego ponownie. Czy Laurie Strode to wciąż najlepsza „final girl” w historii horroru? Tradycyjnie zapraszamy do dyskusji pod tekstem.




Tak jak i ostatnim razem, z Lśnieniem tak teraz pierwszy raz w życiu widziałem Halloween, tak jak Lśnienie było nieco niepokojące tak tutaj nie odczuwałem żadnego napięcia, rozumiem, że to kwestia tego, że film ma swoje lata, i pewnie kiedyś nieźle straszył, nie mniej nie żałuje seansu skoro to kultowy film, a ja przynajmniej dowiedziałem się o co chodzi z tym Michaelem Majersem o którym słyszałem parę razy wcześniej i tą charakterystyczną muzyczką.