FilmyRecenzje Filmowe

Digger (2026)

Żyjemy w czasach, w których zwiastuny potrafią streścić cały film łącznie z finałem, a ostrzeżenia przed spoilerami pojawiają się w sieci zwykle dopiero wtedy, gdy spoiler zdążył już paść. Na tym tle prośba, z jaką Alejandro González Iñárritu zwraca się do widzów przed seansem Diggera, brzmi niemal staroświecko. Reżyser apeluje, by nie zdradzać pewnych istotnych faktów dotyczących konstrukcji filmu, a apel ten siłą rzeczy obejmuje także recenzentów. Takie gesty zwykle traktuję jak element kampanii promocyjnej i wzruszam ramionami, ale tym razem muszę przyznać reżyserowi rację. Ta tajemnica nie jest fanaberią, tylko warunkiem, żeby film zadziałał tak, jak został pomyślany. Zastosuję się więc do prośby i pewne elementy przemilczę, a o innych opowiem “na okrętkę”.

O fabule warto wiedzieć tyle, ile można wyczytać z zapowiedzi: najbogatszy człowiek świata musi ratować glob przed śmiertelnym zagrożeniem, które sam ściągnął na ludzkość. Brzmi to jak zarys katastroficznego widowiska albo publicystycznej satyry na miliarderów i przez pierwsze minuty można odnieść wrażenie, że właśnie to dostaniemy. To jednak tylko punkt wyjścia, z którego scenariusz bardzo szybko skręca w dużo mniej oczywiste rejony. Kolejne zwroty akcji nie służą tu wyłącznie zaskoczeniu widza, ale stopniowo zmieniają sens tego, co oglądaliśmy wcześniej, i właśnie dlatego lepiej wyruszyć w tę podróż z czystą głową.

Od pierwszej sceny Digger jest teatralny i ostentacyjnie przerysowany. Kadry są wykrzywione, dekoracje sprawiają wrażenie umownych, jakby ktoś przeniósł na ekran scenografię z awangardowego teatru, a aktorstwo wychyla się w stronę groteski tak daleko, że chwilami balansuje na granicy absurdu. Nie jest to jednak estetyczny kaprys, bo Iñárritu zrobił kinową wersję teatru epickiego Bertolta Brechta, a znajomość tego kontekstu bardzo ułatwia odbiór. Brecht chciał, żeby widz nie utożsamiał się z bohaterami i nie dawał się ponieść iluzji, tylko przez cały czas pamiętał, że ogląda przedstawienie. Służył temu tak zwany efekt obcości: umowna scenografia, aktorzy pokazujący postać, zamiast się w nią wcielać, zabiegi celowo rozbijające ciągłość akcji. Wszystko po to, by widz zachował dystans i zamiast przeżywać, zaczął myśleć i wyciągać wnioski. W Diggerze ta metoda tłumaczy niemal wszystko: dziwaczną stylistykę, sposób gry aktorów, wiele zdarzeń, które w zwykłym filmie wydawałyby się nielogiczne, i wreszcie całą konstrukcję fabularną, o której szczegółach muszę milczeć. Wiem, że dla wielu widzów będzie to nieznośnie pretensjonalne. Mnie ta forma przekonała od pierwszej do ostatniej minuty, bo ani razu nie odniosłem wrażenia, że dziwność jest tu celem samym w sobie.

Trudno byłoby osiągnąć ten efekt bez Emmanuela Lubezkiego, którego zdjęcia są w Diggerze po prostu obłędne. Kamera jest niezwykle dynamiczna, nieustannie krąży wokół postaci i wślizguje się między nie, a długie ujęcia, z których Lubezki słynie, dają aktorom przestrzeń do prowadzenia scen w ciągłości. Co istotne, mimo całej teatralności nikt tu nie gada do kamery. Aktorzy faktycznie grają ze sobą, reagują na siebie nawzajem i przerzucają się energią, dzięki czemu widz ma poczucie obcowania z żywym spektaklem, a nie ze zbiorem starannie poskładanych zbliżeń. Zdjęcia współgrają przy tym z mnóstwem praktycznych efektów specjalnych (których wielu widzów w ogóle nie dostrzeże, ale z czegoś ten gigantyczny budżet filmu musiał wynikać), przede wszystkim z pomysłową grą oświetleniem, dzięki której środkami praktycznymi udało się uzyskać bardzo odmienne efekty wizualne. Najlepszym przykładem jest scena przemówienia Diggera przed europejskimi politykami. Kolory są w niej wyblakłe, twarze pozbawione cieni, a ogromna głębia ostrości sprawia, że choć cała uwaga skupia się na postaci granej przez Cruise’a, to jednocześnie doskonale widać każdy szczegół tła. Wszyscy pozostali mają tę samą płaską, martwą karnację, co osiągnięto połączeniem bladej charakteryzacji, odbarwionych kostiumów i korekcji barwnej przygotowanej przez Petera Doyle’a, imitującej dawną technikę wywoływania taśmy (cały film kręcono w systemie VistaVision, co wymagało dostarczenia dużo światła). Otoczenie bohatera wygląda w efekcie jak zbiorowisko trupów, a moralny rozkład wokół jego korporacyjnego imperium dostaje wyrazisty, wizualny odpowiednik. Efekt jest rewelacyjny i najlepiej pokazuje, że to w pełni świadoma robota, w której każda zmiana światła czemuś służy.

Skojarzenia z innymi filmami nasuwają się same i nie wszystkie wypadają na korzyść porównywanych tytułów. Najbliżej Diggerowi do Birdmana, którego uwielbiam. Stamtąd przejęto wiele w kwestii realizacji: dynamikę ujęć, wspomnianego autora zdjęć, pełnych energii aktorów i intensywność, która nie odpuszcza ani na chwilę, przez co niektórych widzów może zwyczajnie zmęczyć. Pod względem symboliki bliżej mu natomiast do mother! Darrena Aronofsky’ego, który był dla mnie ogromnym zawodem, bo każdą metaforę podawał na tacy. Digger jest pod tym względem znacznie bardziej wymagający, nie tłumaczy wszystkiego i zostawia sporo miejsca na samodzielne odczytanie symboli. Oczywiste i bynajmniej nieprzypadkowe są też echa Doktora Strangelove’a. Kubrick zrobił jednak satyrę w czystej postaci, podczas gdy Iñárritu świadomie stawia na farsę, często bardzo prymitywną, i dopiero pod nią ukrywa właściwą, gorzką satyrę. Bez zdradzania szczegółów powiem tylko, że wiele zależy od tego, czy widz dostrzeże, że farsa i satyra działają tu na dwóch różnych piętrach opowieści, i czy zada sobie pytanie, kto i po co opowiada mu tę historię. Momentami przychodziło mi wreszcie na myśl Megalopolis Coppoli z jego nietypowymi rozwiązaniami. U Coppoli z podobnych pomysłów wyszedł jednak chaos, a tutaj wszystko jest przemyślane i spójne. Coppola powinien był oddać swój scenariusz komuś takiemu jak Iñárritu.

Film porusza trzy tematy. Dwa pierwsze widać niemal od razu i podano je bez ogródek. Pierwszym jest niszczenie środowiska przez człowieka, drugim wszechwładza elit, które kształtują świat wedle własnych upodobań. Pada przy tym wiele gorzkich i mocnych stwierdzeń o stanie naszego świata. Można filmowi zarzucić, że w tych partiach jest mało subtelny, i nie będzie to zarzut bezpodstawny. Myślę jednak, że ta dosłowność jest w dużej mierze zamierzona, bo w brechtowskiej konwencji teza ma wybrzmieć jasno, zamiast rozpływać się w niedomówieniach.

Najciekawsza jest jednak warstwa trzecia, której większość recenzentów zdaje się nie dostrzegać albo pomijać, a która według mnie jest najważniejsza i najbardziej gorzka. Chodzi w niej o nas samych i o to, jak chętnie dajemy się uwieść opowieściom o błaznujących politykach i różnych „ważnych ludziach”. Robimy z nich memy, śmiejemy się z wariatów u władzy, powtarzamy porzekadło o małpie z brzytwą i patrzymy na nich z góry, z pobłażaniem i poczuciem intelektualnej przewagi. Gardzimy nimi, ale w gruncie rzeczy traktujemy ich jak nieszkodliwych dziwaków. Tymczasem Digger przypomina, że to nie my piszemy tę historię. To oni i ich otoczenie tworzą narrację, w którą wierzymy, i to oni wyznaczają kierunek dyskusji, w której potem z takim zapałem uczestniczymy. Kontrola nad opowieścią okazuje się tu formą władzy równie skuteczną jak pieniądze. Ten, kto decyduje, o czym się mówi, w jakim tonie i z czego wolno się śmiać, może jednocześnie robić, co zechce, z dala od naszej uwagi. Śmiejąc się z błazna, przestajemy pytać, kto i po co nam go pokazał, a w tym czasie z planety i z nas samych wysysa się ostatnie soki. Film przenosi ten mechanizm również na poziom własnej konstrukcji i każe widzowi zastanowić się, na ile sam dał się poprowadzić. Ostatni akt pokazuje to wyjątkowo dobitnie i, mówiąc szczerze, jest bardzo poruszający, bo śmiech, który towarzyszył widowni przez większą część seansu, zaczyna w nim stawać w gardle.

Wszystko to podane jest w brawurowej, kipiącej energią formie, która nie pozwala złapać oddechu. Dialogi są porywające, choć mocno zaprawione wulgaryzmami. Nie jest to jednak wulgarność dla samej zasady. Przekleństwa wzmacniają wygłaszane tezy, nadają im rytm i ciężar, przez co niektóre kwestie uderzają w widza z siłą, jakiej grzeczniejszy język by nie udźwignął.

Ogromna w tym zasługa obsady. Tom Cruise zagrał tak, że powinien walczyć o Oscara, choć z powodu finansowej klapy filmu pewnie nic z tego nie będzie. Na pierwszy rzut oka jego kreacja wydaje się przeszarżowana, ale to tylko pozór. W pewnym momencie film sam zatrzymuje się nad tą karykaturą i każe spojrzeć na nią z dystansu, a wtedy wszystko, co wcześniej wyglądało na przesadę, nabiera zupełnie innego sensu. To jedna z najlepszych ról w jego karierze. Rewelacyjny jest też drugi plan. Najwięcej do zagrania ma Riz Ahmed, którego bohater jest zarazem najbardziej „normalną” postacią filmu. Ahmed doskonale gra zaszczutego naukowca, który ostatecznie daje się wodzić za nos ważniejszym od siebie. To postać bliska tej, którą DiCaprio zagrał w Nie patrz w górę, ale znacznie bardziej stonowana i, mimo brechtowskiej konwencji, bardziej realistyczna. Na przeciwnym biegunie stoi John Goodman, który głównie pajacuje, ale jego błazenada ma sens w kontekście wspomnianej trzeciej warstwy. Goodman gra parodię Trumpa i warto zastanowić się, dlaczego pokazano go aż tak śmiesznie i żenująco. Kto sportretował go w ten sposób i komu służy obraz władzy, z której można się wyłącznie śmiać? Sandra Hüller i Jesse Plemons dostali równie charakterystyczne role, a cała obsada płynnie dostosowuje się do zmian, jakie zachodzą w trakcie filmu, co świadczy o tym, że reżyser potrafił jasno przekazać, czego oczekuje.

Nie twierdzę, że to dzieło bez wad. Zdarzają się uproszczenia nazbyt oczywiste, a niektóre fragmenty przekazu podano tak wprost, że kłócą się z subtelnością pozostałych warstw. Epilog nie trzyma tempa i na tle reszty wypada wyraźnie słabiej, jakby po kulminacji zabrakło pomysłu na wyhamowanie. To jednak drobne zastrzeżenia wobec całości, która wciągnęła mnie od pierwszej minuty. Przez cały seans nie mogłem się doczekać, co wydarzy się za moment i czym film jeszcze mnie zaskoczy, a nuda ani razu nie zajrzała mi przez ramię.

Czy to film dla każdego? Absolutnie nie i rozumiem, dlaczego może się nie podobać. Jest dziwny, miejscami pretensjonalny, nie wszystkich przekonają jego metafory i komentarze, a sporo widzów wyjdzie z sali skołowanych i zmieszanych. To kino, które wymaga dużej uwagi i pewnego zaufania do reżysera, ale odwdzięcza się ogromem wrażeń i stanowi niemałe intelektualne wyzwanie. Nawet jeśli fabuła komuś nie podejdzie, sama realizacja powinna kinomanom w zupełności usprawiedliwić seans, bo zdjęcia, praktyczne efekty, inscenizacja i aktorstwo bronią się bez względu na to, czy kupimy przesłanie.

Szkoda tylko, że Digger najpewniej okaże się gigantyczną finansową wtopą, a przez to ominą go nagrody. Cruise zagrał oscarowo, zdjęcia są oscarowe, a scenariusz i reżyseria również zasługują na uznanie. Mimo to zachęcam, by wyrobić sobie o tym filmie własne zdanie, zanim zrobi to za nas cudza narracja, a najlepiej również zanim ktoś zepsuje niespodziankę, o której zachowanie tak uprzejmie prosił reżyser. Będzie ciężko, bo po tygodniu w multipleksach praktycznie przestali go grać. To film „jakiś”, w najlepszym znaczeniu tego słowa. Taki, o którym się myśli, i to jeszcze długo po wyjściu z kina.

Digger (2026)
  • 8.5/10
    Ocena Crowleya - 8.5/10
To mi się podoba 7
To mi się nie podoba 2

Crowley

Maruda międzypokoleniowa i mistrz w robieniu wszystkiego na ostatnią chwilę. Straszliwy łasuch pożerający wszystko, co związane z popkulturą. Miłośnik Pratchetta i Clancy'ego, kiedyś nawet Gwiezdnych wojen, a przede wszystkim muzyki starszej niż on sam.

 

Postaw kawę dla Crowley_FSGK na buycoffee.to

Polecamy także

Zanim napiszesz komentarz zapoznaj się z naszymi zasadami zamieszczania komentarzy:

Regulamin zamieszczania komentarzy


Użyj tagu [spoiler] aby ukryć część treści komentarza:

[spoiler]Treść spoilera[/spoiler]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back to top button