FilmyRecenzje Filmowe

Szybkie recenzje #7 – (filmy 2026)

Siódmy odcinek szybkich recenzji chciałbym poświęcić kilku mniej oczywistym filmom z tego roku (choć będą też dwie głośniejsze i bardziej rozpoznawalne produkcje – niektóre nawet mają szansę doczekać się osobnej recenzji spod klawiatury któregoś z redakcyjnych kolegów). Będzie trochę streamingowych dobroci, kinowych niewypałów i zaskakująco dobrych komedii (w tym romantycznych). Zapraszam, częstujcie się, bo podejrzewam, że kilka pozycji może być dla Was zupełnie anonimowych.

Dlaczego tak ciężko jest widza rozśmieszyć? – Sprawiedliwość owiec

W ostatnich latach rzadko powstają od początku do końca dobre komedie, na których można się pośmiać częściej niż raz na pół godziny. Na tym tle Sprawiedliwość owiec z Hugh Jackmanem wypada wręcz rewelacyjnie. A przecież żarty są tutaj bardzo proste: nieskomplikowana gra słów, przerysowanie, odwracanie sensu i tak dalej. Nie zliczę, ile razy wybuchnąłem śmiechem podczas tego seansu. Sam film potrafi jednak także bardzo mocno wzruszyć czy zdenerwować tym, jak niesprawiedliwie niektórzy są traktowani. Nicholas Braun (Greg z Sukcesji) popisuje się swoimi komediowymi zdolnościami, ale główne role grają tytułowe owce. A jakby tego było mało, zagadka kryminalna także nie ma zbyt wielu luk i płynnie prowadzi nas w dość klasycznym stylu do satysfakcjonującego końca. Jedno z ciekawszych filmowych przeżyć tego roku. Produkcja jednocześnie ciepła i smutna – słodko-gorzki miszmasz wypełniony po brzegi przednim poczuciem humoru. Szkoda, że tak mało dzisiaj tego typu obrazów. Czyżby ludzie nie lubili się już śmiać albo nie potrzebowali takiej rozrywki, bo mają jej pod dostatkiem w innych miejscach? Nie wiem, ale ja uwielbiam dobre komedie i chcę ich jak najwięcej.

Sprawiedliwość owiec – ocena: 8/10

John Carney nadaj serwuje filmy muzyczne w staromodny sposób – Przebój na lata

Twórca Once i Zacznijmy od nowa po raz kolejny spróbował zaczarować swoich widzów muzyką. Tym razem jest to Przebój na lata, w którym Paul Rudd i Nick Jonas występują w rolach piosenkarzy reprezentujących zupełnie inne bajki. Ten film to idealne ukazanie świata, w którym artyzm schodzi na drugi plan i ustępuje miejsca celebrytyzacji muzyki. Jest to też obraz pokazujący, z czym często mierzą się mężczyźni – z niezrozumieniem, ogromną presją, niedocenieniem. Jest kilka scen, które dosłownie wyciskają z widza łzy. Jednak żeby nie było tak kolorowo: za dużo tutaj bylejakości, a kameralny styl Carneya nie działa już aż tak dobrze. Irlandzkie klimaty giną gdzieś po drodze i trudno traktować to wszystko jako spójną całość. Przesłanie filmu jest bardzo ważne, a główni bohaterowie są nakreśleni prawie idealnie, ich charaktery pasują do całej sytuacji. Szkoda tylko, że za dużo w tym wszystkim cięć, za mało rozbudowanych dialogów, za dużo chodzenia na skróty. Jeśli dołożymy do tego mocno przeciągnięty pierwszy akt, otrzymujemy film satysfakcjonujący, ale niewykorzystujący nawet w połowie swojego dużego potencjału. Solidna produkcja, którą warto znać, ale bez efektu super wow. Można się przejąć kilkoma pojedynczymi wątkami, można zirytować się na ludzi, którzy z taką lekkością wypowiadają okrutne zdania, można posłuchać kilku dobrych piosenek. To jeden z takich średniaków, po obejrzeniu których zwyczajnie nie czuje się, że straciło się czas. Nie wiem, czemu cała ta sprawa skojarzyła mi się z Edem Sheeranem (jednym z moich ulubionych piosenkarzy) – może z powodu perypetii, jakie miał przy okazji „swojego” przeboju „Photograph”.

Przebój na lata – ocena: 7/10

Amazon zaskoczył świetną adaptacją – The Love Hypothesis

The Love Hypothesis teoretycznie wyglądało jak jedna z wielu takich samych produkcji okołoromantycznych. A jednak, choć nie miałem żadnych wielkich oczekiwań, ten film mnie po prostu urzekł. Urzekł, bo jest płynny, bo jest ciepły, bo jest idealnym połączeniem luzu i klasycznego podejścia do tematu. Urzekł, bo jak mało który film w tym gatunku w ostatnich latach ma idealny, pozbawiony luk łańcuch przyczynowo-skutkowy, a także potrafi w odpowiednim momencie uderzyć poważną treścią. To adaptacja książki Ali Hazelwood – nie wiem, czy włoska pisarka jest aż tak sprawną twórczynią, ale patrząc na ekranizację, wydaje się, że musi tak być. Amazon poszedł ostatnio w bardzo ciekawym kierunku. Ten film przypomina mi pod kilkoma względami naprawdę bardzo dobry serial Off-Campus. Świetnie radzi sobie z poważnym problemem i w bardzo dobry sposób ukazuje skomplikowanego antagonistę. Para głównych bohaterów jest uroczo nieporadna, ale czuć też między nimi ogromną chemię. W kategorii „jak być dobrą komedią romantyczną” ten film praktycznie nie ma wad. W takich ramach, jakie zaprezentowano, nie brakuje mi absolutnie niczego.

The Love Hipothesis – ocena: 8/10

Streamingowy film roku – Niezwykle szlachetne stworzenia

Niezwykle szlachetne stworzenia to taki film, który wymyka się wszelkim próbom zdefiniowania, z czego wynika jego siła. Całość opiera się tak naprawdę na dwóch rzeczach: na tym, jak wspaniałą osobą jest Sally Field, i na nieprawdopodobnej mimice Lewisa Pullmana. Gdyby nie te kwestie, nic by z tego nie było. Scena występu artystycznego w barze to absolutna topka tego roku, wzruszająca, przepełniona autentycznym bólem. Zresztą cały film jest właśnie taki, uzupełniony o niezwykle intrygującego, niespotykanego narratora – ośmiornicę obserwującą, jak bardzo skomplikowane potrafią być ludzkie losy. Szkoda, że Netflix tak rzadko dostarcza tego typu treści. Ten film działa na zasadach sprzecznych z teorią tego, jak powinno się prowadzić historię. Gdyby ktoś streścił mi pomysł na Niezwykle szlachetne stworzenia, powiedziałbym, że to będzie musiało być nudne, pretensjonalne i nienadające się do telewizji. A jednak ostatecznie ten film ma magiczną aurę i od samego początku do samego końca nie da się oderwać od niego wzroku. Zwierzęcy bohater także spełnia swoją rolę – to przez niego przechodzą wszystkie emocje związane z poszczególnymi wydarzeniami. Kino subtelne, kameralne, ale przy tym niezwykle pożyteczne i wartościowe. Bardzo cieszą mnie dwie statuetki Emmy dla tej produkcji. A Lewisa Pullmana chciałbym oglądać częściej w produkcjach, w których może pokazać, jak wrażliwym jest człowiekiem. Oby nie zasiedział się w Marvelu, choć nawet tam, jako Bob, bardzo szybko stał się jednym z moich ulubieńców w tym uniwersum.

Niezwykle szlachetne stworzenia – ocena: 9/10

Sequel bez charyzmy – Diabeł ubiera się u Prady 2

Bardzo lubię pierwszą część filmu Diabeł ubiera się u Prady. To jedna z tych klasycznych produkcji, które spokojnie mogłyby robić za afisz w „Zakochanej Jedynce”. Wielkie kreacje aktorskie, wielka historia stojąca za całą opowieścią, przesłanie, które dość szybko się zmaterializowało, i przede wszystkim takie nienamacalne uchwycenie, jaką dziedziną życia tak naprawdę jest moda. Kiedy usłyszałem, że po dwudziestu latach postanowiono wrócić do tego świata, byłem nastawiony pozytywnie. Tym większe było moje rozczarowanie, kiedy okazało się, że druga część jest kompletnie bezpłciowa, pozbawiona niemalże wszystkich walorów. Na dodatek już na początku dowiadujemy się, że właściwie spalono wszystkie mosty łączące ją z pierwowzorem. Główna bohaterka musi zaczynać wszystko od nowa i tylko niezawodny Stanley Tucci trzyma poziom i nawiązuje do swojej roli sprzed dwóch dekad. Minusy tego wątpliwego widowiska można by mnożyć i mnożyć. Scenariusz jest banalny, a bohaterowie ogromnie przerysowani. Relacja Andrei (Anne Hathaway) z nowym chłopakiem jest dopisana na odwal się, jej początek jest komiczny, a dalsze budowanie to najbardziej leniwe scenopisarstwo, jakie można sobie wyobrazić. Ten film obraża inteligencję widza, a także fanów pierwszej części. Nazwałbym to profanacją, ale… Właściwie czemu nie? To jest profanacja. Dwa oczka w górę za Tucciego, naprawdę.

Diabeł ubiera się u Prady 2 – ocena: 3/10

Jak zrobić film o wydumanym problemie – Drama

Ze względu na tych, którzy jeszcze Dramy nie widzieli, nie będę zdradzał, czego owa tytułowa drama dotyczy. Powiem natomiast, że problem tego filmu nie leży w tym, o co właściwie chodzi, tylko w tym, jak zostaje to podane. A zostaje to podane tak, że aż się prosi zbagatelizować całą sprawę, a całość problemu wynika po trosze z zawiści przyjaciółki, zachowującej się, moim zdaniem, skandalicznie, i pewnego rozchwiania głównego bohatera, który jest zbudowany kompletnie irracjonalnie. Ten film przez większość czasu na zmianę nudzi i męczy. Pattinson nie jest przekonujący, Zendaya wyjątkowo gra… Zendayę (rzadko, bo rzadko, ale czasem udaje jej się to ukryć – to nie jest jednak ten przypadek). Żadna scena nie wywołuje efektu wow, żadna kłótnia nie jest na odpowiednim poziomie emocjonalnym. Od początku do końca ani technicznie, ani fabularnie nie jest to dobry film. To zlepek oderwanych od siebie scen, dziejących się po kolei, ale niewynikających jedna z drugiej. Okropne są motywacje poszczególnych bohaterów, okropne jest to, że wszystko sprowadza się do zwykłego chaosu komunikacyjnego i tego, że jedni nie chcą słuchać drugich. Czy tak to miało wyglądać? Pewnie tak, ale ja nie nazwę tego zabiegu atutem Dramy. Nie kupuję przekazu i nie kupuję realizacji.

Drama – ocena: 3/10

(Bardzo) Mały Bonus – Punisher: One Last Kill

Uważam, że zdecydowana większość seriali spod szyldu MCU jest totalną porażką, a powrót Daredevila w Born Again jest tego najlepszym przykładem. A jednak kiedy pojawił się solowy minifilm o Punisherze, byłem ciekaw, co też tam Kevin Feige ugotuje, zwłaszcza że wydawało mi się, iż będzie to podprowadzenie do nowego Spider-Mana, bo przecież Frank Castle został tam zapowiedziany. Nic bardziej mylnego. Ostatnie starcie to po prostu czterdzieści minut podzielone na dwa segmenty: najpierw absurdalna delirka tytułowego Punishera, niewpisująca się w żadną definicję ładu i składu, a potem gruba kreska, jeszcze bardziej absurdalna antagonistka i akcja jak z najgorszej klasy filmu z pogranicza soft horroru i science fiction, w którym całe miasto oszalało i zdecydowało, że nie ma żadnych zasad krępujących zachowanie. No więc zaczyna się pozbawiona sensu rozpierducha, która trwa, trwa, trwa i trwa. Zgubiono całkowicie sens samego Punishera. Uwielbiałem tę postać za to, że nie jest tylko czołgiem zbierającym krwawe żniwo, ale żołnierzem zbierającym cięgi i zawsze się podnoszącym. Determinacja była podstawową cechą charakteryzującą Franka, nie brutalność i chęć zadawania bólu. Tutaj zrobiono z niego wycinek z Johna Wicka, i to w najbardziej głupi i prostacki sposób. To było jedno z największych rozczarowań nie tylko w tym roku, ale od zdecydowanie dłuższego czasu, i nie chodzi o to, że oczekiwania miałem jakoś bardzo napompowane – po prostu oczekiwałem czegokolwiek spójnego i popychającego bohatera do przodu, a dostałem nic. Film (odcinek specjalny) bez jakiegokolwiek scenariusza. Równie dobrze można było napisać: Punisher walczy z kolejnymi falami wrogów. Za napisanie tego epizodu ponoć odpowiadał sam Jon Bernthal – po tym „popisie” powinien trzymać się jak najdalej od takiego zajęcia.

Punisher: One Last Kill – ocena: 2/10

Filmy 2026
  • 8/10
    Sprawiedliwość owiec - 8/10
  • 7/10
    Przebój na lata - 7/10
  • 8/10
    The Love Hipothesis - 8/10
  • 9/10
    Niezwykle szlachetne stworzenia - 9/10
  • 3/10
    Diabeł ubiera się u Prady 2 - 3/10
  • 3/10
    Drama - 3/10
  • 2/10
    Punisher: One Last Kill - 2/10
To mi się podoba 0
To mi się nie podoba 0

Polecamy także

Zanim napiszesz komentarz zapoznaj się z naszymi zasadami zamieszczania komentarzy:

Regulamin zamieszczania komentarzy


Użyj tagu [spoiler] aby ukryć część treści komentarza:

[spoiler]Treść spoilera[/spoiler]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back to top button