Detroit (2017)

Stany Zjednoczone mają bogatą tradycję jeśli chodzi o demolowanie miast i branie się za łby przy byle okazji. Podobnie w tej “ojczyźnie” wszelkich swobód przez dziesięciolecia różne swobody systemowo ograniczano i ostatnie wybuchy walk na tle rasowym nie były ani pierwszymi, ani z pewnością nie będą ostatnimi podobnymi. Kraina hamburgerów nigdy nie poradziła sobie z problemem rasizmu, który choć nie istnieje już w formie zinstytucjonalizowanej, to co i rusz wystawia swój paskudny łeb i wywołuje skrajnie wrogie reakcje to z jednej, to z drugiej strony (a to, jak ten podział przebiega wcale nie jest proste i zasługuje na oddzielny artykuł, a raczej całą rozprawę naukową). W lipcu gorącego 1967 roku w Detroit miały miejsce jedne z najtragiczniejszych w skutki zamieszki na tle rasowym, które doprowadziły do śmierci 43 osób. To właśnie w czasie jednego z tych pięciu koszmarnych dni dzieje się akcja filmu Detroit w reżyserii Kathryn Bigelow.

Zamieszki demolka to zaraz po koszykówce najpopularniejszy sport w USA.

Wszystko zaczęło się od policyjnego nalotu na nielegalny nocny klub w czarnej dzielnicy Detroit. Na skutek kilku fatalnych decyzji oraz niedoinformowania mundurowych wybuchają zamieszki, które wkrótce wymykają się całkowicie spod kontroli. Prezydent Johnson wysłał do pomocy policji i Gwardii Narodowej zawodowych żołnierzy, całe kwartały stanęły w ogniu, tłumy szabrowników grabiły sklepy i domy, policjanci brutalnie rozprawiali się z każdym, kto stawiał opór, a wszelki rozsądek został odwieszony na kołek. Drugiego dnia zamieszek poznajemy członków grupy muzycznej The Dramatics, którzy w drodze z odwołanego koncertu przypadkowo docierają do Motelu Algiers, gdzie chcą przeczekać noc. Tam poznają dwie białe dziewczyny oraz kilku typów spod ciemnej gwiazdy. Głupia zabawa pistoletem hukowym zwraca na mieszkańców motelu uwagę stacjonujących w pobliżu policjantów i gwardzistów, którzy wparowują na miejsce w poszukiwaniu snajperów. Rozpoczyna się kilkugodzinny dramat, w którym główne role grają brutalność, uprzedzenia i koszmarne decyzje.

Bigelow nakręciła swój film w formie niemal fabularyzowanego dokumentu, który przywodzi na myśl “Z zimną krwią” Trumana Capote. Scenariusz był konsultowany z tymi, którzy przeżyli tamte wydarzenia, aby odtworzyć ich przebieg z bardzo dużą dokładnością i muszę przyznać, że robi to świetne wrażenie. Nie ma tanich sztuczek, ani scen wymyślonych dla dodania sensacji. Incydent sam w sobie był na tyle dramatyczny, że nie trzeba go było dodatkowo ubarwiać. Kto pamięta dwa poprzednie filmy Bigelow, napisane, podobnie jak Detroit, przez Marka Boala – The Hurt Locker i Zero Dark Thirty – z pewnością poczuje się jak na starych śmieciach. To bardzo podobnie zrealizowane obrazy, surowe, brutalne, jakby wyprane z kolorów, a często i emocji. I chociaż doceniam wszystkie trzy za całokształt, to żaden z nich nie wywołał u mnie ciarek na plecach. Detroit opowiada o wydarzeniach wstrząsających i przerażających, powodujących odrazę i niesmak, a oglądając go poczułem co najwyżej lekki dyskomfort i tak naprawdę nie wiem, dlaczego. Może właśnie zabrakło trochę tego ubarwiania postaci, żeby poczuć większą więź z bohaterami, albo złość na ich oprawców?

Finn po krótkim romansie z rebeliantami powrócił do sił porządkowych.

Problematyczna jest też trochę struktura scenariusza, który dzieli film na wyraźne trzy części. Pierwsza to wstęp, pokazujący zamieszki i dotarcie bohaterów do motelu, najbardziej przypominająca dokument. Druga, ta najważniejsza, to zapis dramatu przetrzymywanych podejrzanych oraz znęcania się nad nimi. Wreszcie na koniec dostajemy jeszcze fragment dramatu sądowego, bo nie mniej ważne od samego incydentu, było jego pokłosie. W zasadzie wszystkie trzy części można byłoby rozbudować do pełnego metrażu i zrobić trzy ciekawe filmy. Zebrane do kupy sprawiają trochę wrażenie grochu z kapustą i rozwlekają Detroit do niemal dwóch i pół godziny. Spokojnie można było z tego urwać jakieś trzydzieści minut, zyskując na spójności.

Mocną stroną za to jest z pewnością obsada. John Boyega i Will Poulter znakomicie sprawdzili się z rolach, które na pozór niezbyt do nich pasują. Boyega po Gwiezdnych wojnach raczej nie kojarzy się ze spokojnym i opanowanym ochroniarzem z warzywniaka, a Poulter, ze swoją fizjonomią wiecznie wkurzonego pryszczatego dzieciaka, raczej nie przypomina brutalnego policjanta. A jednak to zadziałało, za co brawa należą się ekipie od castingów. Trzeba też przyznać, że po prostu mieli co zagrać, a ich postacie to ludzie z krwi i kości a nie kartki papieru. Również przetrzymywani muzycy i motelowi goście stanęli na wysokości zadania, świetnie pokazując strach i bezsilność.

Jeśli zastanawiacie się, jak policja zasłużyła sobie na aktualną sytuację, ten film da wam odpowiedź.

Jak więc finalnie ocenić Detroit? Nie jest to takie proste. Z jednej strony bardzo profesjonalne wykonanie, wierność historii, bezstronność i brak nachalnego komentarza. Z drugiej kompletny brak “pazura” i pewna rozwlekłość powodująca lekkie znużenie u widza. Kathryn Bigelow praktycznie od początku kariery kręci konsekwentnie w swoim stylu, poruszając drażliwe tematy, pokazując je w surowy sposób i nie stroniąc od brutalności. Żaden z jej filmów nie wzbudził we mnie wielkich emocji, chociaż niejednokrotnie dotyczył rzeczy ważnych (nawet pod płaszczykiem komercyjnej sensacji). Nie inaczej jest z Detroit. To bardzo solidny film, którego klapy finansowej nie jestem w stanie wyjaśnić. Temat nośny (w tym roku na pewno walczyłby o Oscary), wykonanie co najmniej poprawne, w obsadzie znane nazwiska, za kamerą uznana reżyserka, niby wszystko na swoim miejscu, a mało kto w ogóle o filmie słyszał. Warto nadrobić, żeby uzmysłowić sobie, jak głębokie korzenie mają napięcia, powodujące aktualne zamieszanie za oceanem i że można o tym mówić bez wdawania się w jałowe spory ideologiczne.

-->

Kilka komentarzy do "Detroit (2017)"

  • 19 czerwca 2020 at 12:50
    Permalink

    Tak offtopując, koszykówka nie jest najpopularniejszym sportem w USA. Tu przegrywa nawet z piłką nożną, natomiast mierząc oglądalność ma słabszą od futbolu amerykańskiego 😉

    Co do meritum, jak zagrał Anthony Mackie?

    Reply
    • 19 czerwca 2020 at 15:05
      Permalink

      Koszykówka nie przegrywa z piłką nożną to znaczy MLS bo ostatnio CL ma ogromną oglądalność, choć ta na przykład ma lepsze wyniki w NY czy ostatnio nad Wielkimi Jeziorami. Najbardziej popularny sport poza Futbolem Amerykańskim jest Bejsbol. Gdzie najmniejsze stadiony zaczynają się od 70 tys a w Tv są bardzo popularne, aczkolwiek liczba meczów w tych dwóch najpopularniejszych dyscyplinach w sezonie jest nieporównywalnie mniejsza niż w koszykówce czy piłce nożnej.

      Reply
    • 19 czerwca 2020 at 17:58
      Permalink

      Istnieją 4 główne dyscypliny sportów drużynowych oglądanych w USA – koszykówka, bejsbol, futbol amerykański i hokej. Inne są na zdecydowanie słabszych pozycjach. A największa oglądalność? Tu zależy. Jeżeli chodzi o finały to chyba SuperBowl przebija wszystkich, bo w innych dyscyplinach zależy zwykle od tego, kto gra w finałach.

      Reply
      • 20 czerwca 2020 at 00:09
        Permalink

        SuperBowl miało 115 mln oglądających w 2015 roku w samej telewizji, niektórzy podawali wtedy 160 mln, którzy obejrzeli mecz na żywo w samych tylko Stanach. Gdzie liczba ludności chyba była trochę ponad 300 mln, teraz jest 326(?) w 2010 roku ostatni mecz finału NBA miał oglądalność na poziomie 26 mln na żywo w USA. W futbolu amerykański każda drużyna gra 17 meczów w NBA 82. A co do hokeya to tak bardzo kanadyjski sport, oni kochają tą dyscyplinę, a jednak ostatni mistrz z kanady to rok 1993 a ostatnia drużyna kanadyjska w finale 2011 a przecież Montreal ma aż 24 razy wygrany Puchar Stanleya, co się stało z Kanadyjskimi drużynami.

        Reply
  • 19 czerwca 2020 at 17:51
    Permalink

    > Na skutek kilku fatalnych decyzji oraz niedoinformowania mundurowych wybuchają zamieszki
    Wiem, że obecnie modne jest usprawiedliwianie bandytyzmu, jeśli bandyta ma właściwy kolor skóry, ale zamieszki wybuchły z powodu tego, że w skutek interwencji w nielegalnym barze wszczęli je mieszkańcy i okoliczni gangsterzy. Jeśli będziemy tak relatywizować przestępstwa to w końcu okaże się, że do Holocaustu doprowadzili… Żydzi.

    Reply
    • 19 czerwca 2020 at 18:58
      Permalink

      Chodziło mi bardziej o to, że policja niedoszacowała liczby ludzi w klubie i nie była przygotowana na zapanowanie nad takim tłumem. Wiadomo, że nielegalnego klubu nie prowadzili grzeczni i spokojni obywatele.
      W filmie fajnie jest pokazane, że bezsensowna przemoc rodzi bezsensowną przemoc. Zadymiarze wykorzystali pretekst do zrobienia strefy wojny, policja strzelała do bezbronnych ludzi i, co gorsza, kryła potem sprawców. Tam nie było pozytywnych bohaterów, najwyżej niewinne ofiary.

      Reply
  • 20 czerwca 2020 at 00:41
    Permalink

    Myślę że problem to nie podejście policji bo one też jest na podstawie czegoś. Prosty przykład co mają protesty do kradzieży i dewastacji? Żyjemy w kraju gdzie były milionowe wręcz protesty jednak nie odnotowano dewastacji sklepów, domów itp podobnie w Europie, jednak w USA czy Afryce to powszechne. Wiem że zostanę nazwany rasistą tylko problem polega na tym że afroamerykanie i afrykanczycy są rasistami bo kto inny wobec siebie używa określenia “czarnuch” tylko oni mają problem z policja ponieważ chcieliby działać na zasadzie że oni mogą wszystko. Azjaci jakoś nie mają problemu z rasizmem. Przyjęli postawę poszkodowanych a przecież w historii świata handlowano niewolnikami przez 7 tys lat i to dotykało każdy kolor skóry no jednak oni tylko są poszkodowani.

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 pozostało znaków