Kruk. Szepty słychać po zmroku

Jakiś czas temu opisałem na naszych łamach świetny pierwszy sezon “Belfra”, który określiłem jako przełomowy etap w polskiej produkcji telewizyjnej. Nie da się ukryć, że twórcy misternie utkanego kryminału z Maciejem Stuhrem w roli głównej zawiesili poprzeczkę swoim następcom bardzo wysoko. Dzisiaj chciałbym zaprezentować serial, który – w moim przekonaniu – sprostał tym wymaganiom. Co więcej, w pewnych elementach granice serialowej tajemniczości przesunął jeszcze dalej.

Mowa o tegorocznej produkcji, również firmowanej producenckim logiem Canal+. Serialu, do którego zabierałem się trochę “jak pies do jeża”, ze względów osobistych – jego akcja dzieje się bowiem w miejscach znanych mi więcej, niż dobrze. Ten serial to oczywiście “Kruk. Szepty słychać po zmroku”, sześcioodcinkowa opowieść o instytucjonalnej pedofilii i jej demonicznych konsekwencjach, której akcja rozgrywa się częściowo w “Białymstoku”, a częściowo w niedoprecyzowanych terenach podlaskiej głuszy.

Fabuła opowiada o temacie bardzo nośnym obecnie w przestrzeni mediów, chociaż “gryzie” go z nieco innej perspektywy. Głównym bohaterem jest Adam Kruk – policjant z Łodzi, który wraz ze swoim tajemniczym przyjacielem Sławkiem wracają do stolicy Podlasia, aby rozprawić się z działającą tam niemal 30 lat wcześniej siatką pedofilską związaną z Domem Dziecka, w którym obaj się wychowywali. I być może już ten akapit powinienem oznaczyć jako spoiler – bo “Kruk…” ma to do siebie, że nawet zawiązanie akcji następuje w nim w nieoczywisty i wymagający od widza uwagi sposób. Narracja jest urywana, a większość pierwszego odcinka widzowie spędzają na błądzeniu po tytułowym “zmroku”, próbując wychwycić najważniejsze informacje z dialogów toczonych przez bohaterów.

Dzięki poruszaniu trudnych i nieprzepracowanych jeszcze w rodzimej kinematografii wątków zinstytucjonalizowanej pedofilii, która połączona jest z problemami natury psychicznej, “Kruk…” potrafi poruszyć i wywołać skrajne emocje.

Tutaj należy się serialowi pierwsza szpila, tak częsta w przypadku polskich produkcji filmowych. Rzecz rozbija się o słynne udźwiękowienie dialogów, które skutecznie uniemożliwia zrozumienie wypowiadanych przez aktorów kwestii. “Kruk…” cierpi na tę przypadłość, chociaż w nieco innym charakterze: niektórzy bohaterowie mówią wyraźnie i nie ma z nimi problemu, ale już na przykład odgrywający główne rolę Maciej Żurawski i Cezary Łukaszewicz potrafią cedzić i paplać niezrozumiale przez połowę odcinka. Jest to zapewne spowodowane przesadnym podejściem do “naturalizmu” w rozmowach bohaterów, gdzie twórcy wyraźnie przeszarżowali z pomysłem nadania serialowym dialogom pozorów prawdziwej, życiowej normalności. Utrudnia to odbiór i wymusza niepotrzebne i męczące na dłuższą metę centralizowanie całej uwagi na padające z ekranu słowa – zwłaszcza w kontekście nieoczywistej i chaotycznej narracji, za którą już reżyserowi (Maciej Pieprzyca) należą się brawa.

Fabuła serialu wije się niczym żmija zygzakowata ukazując upadek duchowy, moralny i intelektualny niemal wszystkich pojawiających się na ekranie bohaterów. Znany z sympatycznej roli wiejskiego komendanta w trylogii Jacka Bromskiego “U Pana Boga…” Andrzej Beja-Zaborski pozornie gra tutaj identyczną postać. Z biegiem czasu okazuje się, że to tylko maska dla pozbawionego kręgosłupa moralnego samozwańczego pana i władcy regionu, ściśle współpracującego z organizacjami przestępczymi. Zaborski zaprezentował się znakomicie, ale jeszcze większe brawa należą się wspomnianym wyżej Żurawskiemu i Łukaszewiczowi, którzy tworzą na ekranie piorunujący i momentami wstrząsający duet.

Maciej Żurawski zagrał postać niepokojącą, udręczoną i wyczerpaną walką z własnymi demonami. Świetna kreacja.

Żurawski dostał od scenarzystów “Kruka…” rolę niezwykle wymagającą, a sposób w jaki się z tego aktorskiego zadania wywiązał wzbudził mój szczery podziw. Rewelacyjna kreacja, znacznie przewyższająca wszystko, w czym do tej pory widziałem aktora, łącznie z pitbullowym “Łapką”. Cezary Łukaszewicz i jego Sławek to z kolei postać dla aktora znacznie “łatwiejsza”, bo posiadająca jeden rys charakterologiczny. Wzbudza chaos, jest zainteresowany tylko i wyłącznie Jedną Jedyną Sprawą i wielokrotnie zachowuje się jak kompletny furiat, idiota i psychol za jednym zamachem. Łukaszewiczowi udało się jednak wpleść w tę rolę tak wiele poruszającej ekspresji, że skutkuje to skutecznym wgryzaniem się postaci w mentalny odbiór całego serialu – przez cały czas miałem wrażenie, że wszystko w Sławku jest celowo odwrócone do góry nogami.

Rozwiązanie tego wątku zbliża się do mistrzostwa świata, osiąganego przez największych gigantów kina – i piszę to z pełną świadomością i stojącym za mną doświadczeniem dziesiątek (setek?) tysięcy godzin spędzonych przed ekranem. Nie jest to rzecz, której jeszcze nie widzieliśmy, ale z każdej strony zasługuje na brawa i szacunek w sprawnej egzekucji.

Sławek (Cezary Łukaszewicz) – chyba najbardziej irytująca, a jednocześnie intrygująca i ostatecznie – najmocniej zaskakująca – postać w scenariuszu.

Nieco gorzej, chociaż wciąż bardzo przyzwoicie, ma się sprawa z głównym wątkiem fabularnym. Od pierwszych odcinków “Kruk…” uderza w widza mocnymi bodźcami, wwiercającymi się pod skórę i zostającymi w głowie na długo po seansie. Twórcom nie udało się utrzymać narzuconego w ten sposób tempa do końca opowieści, w pewnym sensie również dlatego, że króluje tutaj raczej forma, a nie treść narracji. Nie zmienia to jednak faktu, że “Kruk…” jest serialem porywającym i uderzającym z mocą obuchowego cepa. We mnie siedział jeszcze kilka dni po napisach końcowych ostatniego odcinka, nie pozwolił się łatwo zapomnieć.

Świat przedstawiony w “Kruku…” to świat wyblakłego modernizmu, malowany kolorami cienia i szarości, świat w którym nigdy nie widać promyków wschodzącego Słońca. Atmosfera jest gęsta i spowita podlaską mgła, zupełnie oderwana od rzeczywistego życia i codzienności. Kapitalne ujęcia pogrążonych w mroku ulic, ukrytych za mgłą lasów i pól, budują świetny fundament dla fantasmagorii. Pomaga w tym mocna, głównie smyczkowa ścieżka dźwiękowa Bartosza Chajdeckiego, która wzmacnia wizualne bodźce targające emocjami widza.

Z jednej strony jest to świetny zabieg, który pozwala zabrać widza w krainę przeklętej wyobraźni, gdzie mistycyzm czasem łączy się z pozbawioną realizmu rzeczywistością. Z drugiej – ze względu na miejsce akcji, przeciętnemu widzowi tego serialu Białystok i jego okolice mogą zacząć się kojarzyć z centrum wszelkiego zepsucia i wiary w szepczące nad ogniskiem wiedźmy. I to już wywołuje kontrowersje, bowiem nawet sceny przedstawiające domniemany komisariat policji w stolicy Podlasia, kręcone były w zupełnie innym mieście. Nie chciałbym zatem, żeby którykolwiek z naszych Czytelników potraktował portret Białegostoku i Podlasia odmalowany w serialu przez Pieprzycę, jako obraz choćby lekko zbliżony do rzeczywistości. Prawdę mówiąc, wolałbym, żeby miejsce akcji “Kruka…” z definicji oderwane było od jakiegokolwiek terytorium, bo w zaserwowanym wydaniu serial niestety przyczynia się do reprodukcji dawno nieaktualnych stereotypów o Polsce wschodniej.

Atmosferę w serialu można parcelować tasakiem. Jednak trochę szkoda, że ten nieszczęsny świat został terytorialnie powiązany z urokliwym i pięknym Podlasiem.

Pewnie wiecie, co mam na myśli. Łyse watahy z bluzami Polski Walczącej i “śmierć wrogom ojczyzny” jako najczęściej spotykani przechodnie, architektoniczna brzydota i moralne zepsucie w sercach. Ten wizerunek egzystuje tylko w ciasnych głowach wielkomiejskich elit przeświadczonych o własnej wyższości, ewentualnie wśród internetowych półgłówków, niemających pomysłu na kreatywnego mema czy oryginalny trolling w komentarzach.

Reasumując, z “Krukiem…” mam kilka problemów nierozwiązywalnych, zupełnie jak te, z którymi borykają się bohaterowie tego świetnego serialu. Jest w nim kilka wad warsztatowych i decyzji reżyserskich, z którymi się nie zgadzam i które przeszkadzały mi w niemal masochistycznej przyjemności, jaką wywołał podczas sześciu seansów. Nie mogę jednak nie docenić faktu, że mijały one w atmosferze tak mrocznej, że z trudem jestem w stanie wymienić dzieło pod tym względem porównywalne. Opowieść, która mimo zawoalowanej formy narracji nie uderza pretensjonalnością, w której oprócz beznadziei i cierpienia znalazło się również miejsce na kilka świetnych zwrotów akcji, a nawet elementów komediowych – tak kontrastujących z resztą, że jeszcze mocniej wybrzmiewających – za które w głównej mierze odpowiedzialny jest Mariusz Jakus (serialowy Marek, przygłupi policjant z powiązaniami przestępczymi). Nade wszystko jednak “Kruk. Szepty słychać po zmroku” jest opowieścią, którą warto poznać. I być może wyrobić sobie zdanie odrębne. Ode mnie znak jakości.

 

-->

Kilka komentarzy do "Kruk. Szepty słychać po zmroku"

  • 26 września 2018 at 12:19
    Permalink

    Serial jest świetny, mimo oczywiście kilku słabszych i nielogicznych momentów, broni się atmosferą. Wiem, że podchodziłeś do umiejscowienia akcji trochę osobiście, ale nie mogę się zgodzić, żeby miało to powielać stereotypy. Z jednej strony niesamowicie buduje klimat, bowiem wschodnie tereny Polski mimo wszystko trochę się różnią od zachodnich czy centralnych (nie mówię czy na plus czy na minus, każdy region ma swoje zalety i wady) i czuć “powiew wschodu”, a z drugiej strony przez sporą część akcji nie można było odczuć, że tereny wschodnie takie zacofane i złe, bo praktycznie wszystkie miejsca, poza Łodzią, działy się na bliżej niesprecyzowanych terenach małego miasteczka i wsi jakich w Polsce pełno. Dlatego też nieraz miałem wrażenie, że akcja dzieje się tuż obok mnie, a nie daleko na wschodzie. Brawa należą się także za muzykę oraz pracę kamery. Zwłaszcza muzyka cechuje się podobną siłą oddziaływania co ta w niedawno omawianym Predatorze, mimo że oba filmy dzieli nie tylko gatunek i czas, ale także i motyw przewodni. W tożsamy sposób wpływa jednak na odbiór dzieła. Za plus uznaję również to, że nie wszystkie moje przewidywania spełniły się na koniec, co niestety często przy kryminałach się zdarza. Aktorstwo też najwyższa klasa, sporo zapadających w pamięć momentów. Oby więcej takich seriali jak Belfer (sezon 1) czy Kruk.

    Reply
  • 26 września 2018 at 12:33
    Permalink

    Aktualnie pracuje w NC+, musieliśmy każdego klienta informować o tym serialu 😉 przy premierze.

    Reply
    • 27 września 2018 at 10:00
      Permalink

      To był chyba najbardziej wartościowy spam, jaki klienci słyszeli 🙂

      Reply
      • 27 września 2018 at 15:15
        Permalink

        Całkiem możliwe 🙂

        Reply
  • 26 września 2018 at 14:01
    Permalink

    LOL, temat pedofilii i czyżby żadnego księdza? Nasze elity salonowe będą niepocieszone… Może choć jacyś antysemici kupieni za 500+? 🙂

    Wiem, wyzłośliwiam się. Tak naprawdę to ja – wzorem inżyniera Mamonia z “Rejsu” – “szczególnie nie chodzę na filmy polskie”. Właściwie cała obecna polska produkcja filmowa i telewizyjna to taki bałach, że powiedzieć o tym “beznadziejne g…” to tak jak dać jej Oscara. A polscy aktorzy to chodzące karykatury swoich amerykańskich kolegów. Jak nie jakieś durne i nieśmieszne komedyjki to odrealnione i napuszone do urzygu kryminały. No nie wiem, sięgam daleko w pamięć i jakoś nie mogę sobie przypomnieć co wartościowego (lub choćby tylko ciekawego) naszej produkcji ostatnio oglądałem. Może “Symetrię”? Wyłączam z tej klasyfikacji tematykę historyczną i wojenną, którą po prostu lubię z zasady, więc jestem dla niej wyrozumialszy. 🙂 Nie mówię, że Amerykanie nie kręcą g… Kręcą. Bywa, że nawet gorsze od naszego. Ale kręcą też dobre filmy. Takie, których u nas nie uświadczysz, biorąc nawet poprawkę na wielkość i możliwości obu kinematografii.

    Z ciekawości pewnie zerknę, gdy będzie w telewizji. Choć cudów się nie spodziewam. Z drugiej strony nasi recenzenci mają jednak dobry gust, o czym przekonałem się już parę razy, więc może nie będzie tak źle.

    Reply
    • 26 września 2018 at 14:55
      Permalink

      Zapewniam Cię, że – przy takim nastawieniu jakie opisałeś – możesz przeżyć duże zaskoczenie, lub nawet szok, oglądając Kruka, czy Belfra. Watahę podobno też, chociaż tutaj powtarzam zdanie innych, bo sam nie oglądałem.

      Z krytycznymi uwagami o polskiej kinematografii to bym Tobie jeszcze 5-6 lat temu przyklasnął wszystkimi kończynami. Ale od pewnego czasu autentycznie coś drgnęło – duża w tym zasługa Oscara dla Pawlikowskiego, którego “Zimną wojnę” również warto obejrzeć. Wyrywa się ze standardowego klimatu martyrologicznej i bogoojczyźnianej filmografii, którą uprawia np kompletnie ignorowany przeze mnie Smarzowski.

      jest dużo szukania taniej sensacji i to coraz bardziej na siłę (Vega, Szumowska, Wojtek S), ale mamy też Łukasza Palkowskiego – no obejrzyj sobie jego “Bogów” i powiedz mi, że to był denny film.
      Poza tym od dłuższego czasu w formie jest Władek Pasikowski, czyli IMO najlepszy z nadwiślańskich reżyserów. Jack Strong to co najmniej przyzwoite kino szpiegowskie na zachodnim poziomie, ostatni “Pitbull” również daje radę jako sensacyjniak. A już “Pokłosie” jest dla mnie filmem dekady. To chyba najlepszy film Pasikowskiego od pierwszej części “Psów”. I wcale nie dlatego, że porusza nasze krajowe demony z Jedwabnego, tylko to jest po prostu kapitalny thriller. Miejsce akcji i pochodzenie bohaterów mają w nim drugorzędne znaczenie.

      Tak więc uważam, że mocno przesadzasz, ale nie winię Cię za to – sam omijałem polskie tytuły szerokim łukiem przez dobrych kilka lat. Uważam, że teraz jest jednak moment, w którym warto naszym produkcjom dać szansę. Tylko ostrożnie.

      Reply
      • 26 września 2018 at 17:45
        Permalink

        czyli recenzji filmu “kler” nie bedzie? 🙁

        Reply
        • 26 września 2018 at 21:41
          Permalink

          Na swoich się nie donosi 😛 Zgaduję, że będzię, ale nie znam jeszcze jej autora.

          Reply
        • 27 września 2018 at 10:06
          Permalink

          mój stosunek do Smarzowskiego jest od lat niezmienny – omijam szerokim łukiem. Nawet parę lat temu “dałem się skusić” na Pod Mocnym Aniołem, poniżej recenzja z forum:

          http://fsgk.pl/recenzje/reviews/details/3035

          Na recenzje “Kleru” spod mojej ręki się zatem nie doczekacie. Wojtek był fajny za pierwszym razem – “Wesele” to jeden z najlepszych polskich filmów trzeciego tysiąclecia. Potem zagotował się we własnym sosie i to w każdym sensie: warsztatowym, aktorskim, narracyjnym, scenariuszowym.
          Jeżeli ktoś lubi oglądać odrealnione, męczące i irytujące filmy o cierpieniu Narodu Polskiego – rozumiem, ze można Smarzowskiego podziwiać. Uważam nawet, ze dla części wielkomiejskich elit taki reżyser jest wręcz potrzebny – żeby nie zatraciły, choćby symbolicznego kontaktu z szarą rzeczywistością. Ale Wojtek coraz mocniej skręca w stronę pornografii obyczajowej.

          Reply
  • 26 września 2018 at 18:36
    Permalink

    “Bogów” oglądałem. Na kolana mnie nie powalił, ale faktycznie zły nie jest. A jak już jesteśmy przy Kocie to podobał mi się też “Skazany na bluesa”. Natomiast Smarzowskiego znośny był “Dom zły”, ale ogólnie to cholernie przygnębiający reżyser, a ja do kina mam podejście takie samo jak Moryc Welt do kościoła protestanckiego. Pastor gada o piekle i innych nieprzyjemnych rzeczach, a ja nie potrzebuję się przygnębiać. 🙂 Z podobnych powodów nie lubię Pasikowskiego. Facet ma ewidentnie jakiś problem z kobietami i powinien się leczyć, a nie kręcić filmy. “Pokłosie” może i ma ciekawą intrygę, ale to film ewidentnie robiony pod określone oczekiwania polityczne, a przez to u mnie odpada. Taki współczesny produkcyjniak. Chcesz zabłysnąć na Zachodzie, chcesz mieć sławę, nagrody, to zrób coś o polskim antysemityzmie. Tak to teraz działa, a ja nie zamierzam tego wspierać. Zaś “Jacka Stronga” jeszcze nie oglądałem.
    No dobra, obejrzę tego “Kruka” jak będę miał okazję. Może faktycznie warto.

    Reply
    • 26 września 2018 at 19:33
      Permalink

      “Z podobnych powodów nie lubię Pasikowskiego. Facet ma ewidentnie jakiś problem z kobietami i powinien się leczyć, a nie kręcić filmy.”
      w jakim sensie ma problem? mozesz rozwinac temat? xD

      Reply
      • 26 września 2018 at 21:31
        Permalink

        Oglądałeś jego filmy? W żadnym nie ma ani jednej normalnej kobiety. Takiej przyjaciółki, współpracowniczki, po prostu człowieka. Albo jakieś zamroczone kury domowe, jak żona Nowego w Psach 2, albo pokręcone kurwy, najlepiej młodociane. Nie jestem zwolennikiem feminizmu, ale to jest według ciebie prawdziwy obraz kobiet?!

        Reply
        • 27 września 2018 at 08:59
          Permalink

          Pitbull: Ostatni pies i rola Dody.
          Serio, wiem jak to brzmi. Ale naprawde silna kobieca kreacja, obok niej byla jeszcze jedna pani, ktorej imienia nie pamietam.

          Reply
  • 26 września 2018 at 18:51
    Permalink

    Warto!
    Najlepszy serial jaki widzialem w tym roku 🙂 mocny i mroczny, az tak niewygodnie sie kolejne odcinki ogladalo. Ale przeprawa byla przednia, podpisuje sie jak zwykle pod recenzja 🙂

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 pozostało znaków