Event Horizon (1997)

W roku 2040 ludzkość była gotowa na podbój gwiazd. W ramach tajnego wojskowego projektu skonstruowano statek kosmiczny Event Horizon, zdolny do przemieszczania się przez most Einsteina-Rosena – tunel czasoprzestrzenny łączący dwa odległe miejsca. Eksperymentalny lot do oddalonego o cztery lata świetlne systemu Proxima Centauri zakończył się jednak fiaskiem. Statek zdołał wygenerować małą czarną dziurę zaginającą przestrzeń, ale zniknął bez śladu wewnątrz tunelu…

Siedem lat później Event Horizon wrócił. Pojawił się na opadającej orbicie wokół Neptuna. W jego stronę wyrusza Lewis and Clarke – jednostka ratunkowa dowodzona przez kapitana Millera (Laurence Fishburne), na pokładzie której znajduje się również dr William Weir (Sam Neill), jeden z oryginalnych konstruktorów Horyzontu Zdarzeń. Ich zadaniem będzie przechwycenie jednostki i – jeśli to możliwe – odnalezienie członków jej załogi. To ostatnie wydaje się mało prawdopodobne, ale nadzieja jest, bo Event Horizon nadał wiadomość zawierającą serię krzyków, a pokładowy lekarz z Lewis and Clarke – D.J. (Jason Isaacs) – wyraźnie słyszy powtarzającą się wśród jęków łacińską sentencję “liberate me”…

Nie dało się tego korytarza pomalować jakimiś jasnymi pastelami?

Gdzie był przez te lata Event Horizon? To tylko jedno z niewyjaśnionych pytań. Drugie jest o wiele bardziej istotne. Jakim cudem tak dobry horror wyszedł spod ręki Paula W.S. Andersona? W końcu to reżyser znany głównie z koszmarnego Obcy kontra Predator oraz szmirowatych ekranizacji Resident Evil, służących chyba tylko temu, aby jego żona (Mila Jovovich) miała coś do roboty (choć może jest na odwrót, może to Jovovich ratuje upadłą karierę Andersona?). Ale był taki czas, kiedy Paul W.S. Anderson kręcił interesujące wizualnie filmy, które nie pozostawiały wychodzącego z kina widza z poczuciem zmarnowanych dwóch godzin. No dobrze, może ten czas nie był taki długi, bo mowa o latach 1995-1997, ale powstały wówczas dwie produkcje, do których mam naprawdę spory sentyment. Pierwsza to Mortal Kombat – lekko kiczowaty, lecz zabawny remake Wejścia Smoka, który był przy okazji ekranizacją mojej ulubionej komputerowej bijatyki. Drugim tytułem jest właśnie Event Horizon.

Gwoli ścisłości – używam tu angielskiej wersji tytułu, bo wzorem SithFroga zeźliłem się na polskich dystrybutorów filmu i tłumaczenie, które wybrali. Filmowy statek generuje tunel czasoprzestrzenny przy pomocy czarnej dziury, więc aż się prosi, aby przetłumaczyć tytuł dosłownie, jako Horyzont Zdarzeń. Ale nie, widać polski widz za głupi, i nie pojmie, że to pojęcie z dziedziny fizyki, więc dostaliśmy Ukryty Wymiar.

Załoga Lewis and Clarke jeszcze w komplecie.

Ale mniejsza już o tytuł, porozmawiajmy o samym filmie. Tak jak wspomniałem, jest to dzieło w kinematografii Paula W.S. Andersona wyjątkowe, bo zaskakująco dobre. Na pewno na największe uznanie zasługują zdjęcia, które – nie bójmy się tego powiedzieć – momentami są wręcz ikoniczne. Mimo ponad 20 lat na karku film wizualnie w ogóle się nie zestarzał, w czym ogromna zasługa oszczędnego gospodarowania efektami komputerowymi. Twórcy filmu nie szaleli z nową technologią, koncentrując się raczej na zabawie tradycyjnymi efektami praktycznymi i modelami oraz dopracowaniu do perfekcji oświetlenia scen. Komputery używane były sporadycznie i z wyczuciem, a efekt jest naprawdę interesujący. Muszę tylko ostrzec osoby uczulone na produkcje typu gore – Event Horizon spływa krwią i daje nam się napatrzeć na rany wszelkiej maści, więc co bardziej wrażliwe osoby mogą mieć z tym problem.

Bardzo dobre wrażenie robi też gra aktorska. Oprócz wspomnianej wcześniej świetnej trójki aktorów (Neill, Fishburne, Isaacs) zobaczymy tu udane role Joely Richardson, Kathleen Quinlan, Seana Pertwee i Richarda T. Jonesa. Nie twierdzę, że mamy do czynienia z jakimiś wielkimi kreacjami. Mimo wszystko ten film to dość prosty horror o nawiedzonym domu (tyle że w kosmosie), a portrety psychologiczne naszych bohaterów nie są jakoś nad wyraz skomplikowane. Ale to co było w filmie do zagrania, zostało zagrane przyzwoicie, co nie zawsze jest w filmach grozy regułą.

Nie wiem jak wy, ale ja mam złe przeczucia.

Oczywiście największe brawa należą się za sam pomysł. Podobno w oryginalnej wersji scenariusza za niedolę naszych bohaterów mieli odpowiadać jacyś nikczemni kosmici, ale twórcy z tego pomysłu zrezygnowali, bo film za bardzo przypominał budżetową wersję Obcego. I bardzo dobrze. Formuła nawiedzonego domu sprawdza się znakomicie, a wyjaśnienie zagadki Horyzontu Zdarzeń jest po prostu interesujące. Niejako przypadkiem film został entuzjastycznie przyjęty przez miłośników świata Warhammer 40k, albowiem stawia identyczne pytanie.

Spoiler! Pokaż

Dobra gra aktorska, świetny pomysł i wyśmienita sfera wizualna sprawiają, że momentami film ociera się o doskonałość. Niestety tylko ociera, po czym bardzo brutalnie sprowadza nas na ziemię, sięgając po horrorową sztampę. Znajdziemy więc w filmie kompletnie niepotrzebne sceny akcji, a jump scares kilka razy popsują fantastycznie budowaną atmosferę grozy. Między innymi z tego powodu Event Horizon nie spotkał się z ciepłym przyjęciem ze strony krytyków. A film aż się prosił o to, aby pogłębić wątek wykorzystywania przez statek poczucia winy członków załogi. Ale cóż, Paul W.S. Anderson nie jest Kubrickiem ani Tarkowskim i powinniśmy być raczej zadowoleni, że zdołał w swojej karierze udźwignąć film naprawdę przyzwoity. Może się to jeszcze kiedyś powtórzy?

Na zachętę dałem ósemkę (chociaż pewnie film zasługuje raczej na ocenę o oczko niżej).

 

-->

Kilka komentarzy do "Event Horizon (1997)"

  • 7 sierpnia 2018 at 12:35
    Permalink

    Solidny rozrywkowy sajfaj. Tak go pamiętam. Czasem miesza mi się w pamięci z ‘Kulą’ / ‘Sphere’.

    Pisanie, że genialny ‘Mortal kombat’ to remake ‘Wejścia smoka’ jest nie do przyjęcia nawet w żartach. To wciąż jedna z najwybitniejszych ekranizacji gry. Odtworzyli i fabułę i bohaterów i klimat i grową specyfikę. Równie świetną adaptacją gry jest pierwszy ‘Silent Hill’. Z zaznaczeniem, że w gry nie grałem 🙂

    Reply
    • DaeL
      7 sierpnia 2018 at 12:38
      Permalink

      No, trochę z tym Wejściem Smoka żartowałem… Ale tylko trochę. Już gra się filmem Bruce’a Lee lekko inspirowała, a MK filmowy to czerpie z niego pełnymi garściami.

      Reply
  • 7 sierpnia 2018 at 12:35
    Permalink

    AUGUST EVERYWHERE 20 letnie sci-fi z tradycyjnymi efektami specjalnymi i niezłą obsadą? Pewnie obejrzę dziś wieczorem.

    Reply
  • 7 sierpnia 2018 at 12:40
    Permalink

    Warto. Odwiedziłem sobie film pół roku temu i naprawdę daje radę.

    Reply
  • 7 sierpnia 2018 at 13:22
    Permalink

    Do listy dobrych filmów Andersona dodałbym jeszcze Solider-Galaktyczny wojownik.

    Reply
  • 7 sierpnia 2018 at 16:53
    Permalink

    Potwierdzam i również z całego serca polecam – jeden z moich ulubionych horrorów SF. Genialny klimat i Sam Neill.
    Gdyby nie zrobił tego DaeL, z pewnością sam bym go opisał 🙂

    Reply
    • 8 sierpnia 2018 at 00:11
      Permalink

      masz więc więcej czasu na sprawdzenie, czy strefa no-go nie przelewa się już ze sztokholmu do gdańska. na twojej wachcie?! to byłby dopiero cios w nos i etos. Hej hej, mars napada, biada biada,biada, biada.

      a film świetny, muszę sobie przypomnieć o co chodziło z tą koślawą łaciną

      Reply
      • 8 sierpnia 2018 at 01:03
        Permalink

        Panie wawrzyn, skończyłem z Tobą polemikę od kiedy wjechałeś do “no-go zone”, która w kulturalnej dyskusji zawiera się w argumentacji ad hominem. Także tego… idź sobie popłakać na onecie.

        Reply
  • 7 sierpnia 2018 at 18:57
    Permalink

    Film widziałem i jak najbardziej polecam. Recenzja też ok, ale zdanie “Co by było, gdyby podróż między gwiazdami była łatwa i szybka, ale odbywała się przez piekło?” radziłbym usunąć, żeby nie psuć przyjemności tym, którzy zachęceni tekstem zechcą obejrzeć film po raz pierwszy 😉

    Reply
    • DaeL
      7 sierpnia 2018 at 18:59
      Permalink

      E, tyle to i trailer w sumie zdradza. Poza tym nie da się bez tej informacji nawiązać do Warhammera 40K 😉

      Reply
      • 7 sierpnia 2018 at 19:05
        Permalink

        Trailery mają to do siebie, że często zdradzają większość (jeśli nie całą) fabuły, więc bardzo dużo osób specjalnie ich nie ogląda, by nie psuć sobie zabawy 😉 Z tego co pamiętam to strasznie robi się gdzieś w połowie filmu, a że to faktycznie piekło to dowiadujemy się gdzieś pod koniec filmu. Jak już chcesz koniecznie walić tak dużym spoilerem i nadal traktować tekst jako recenzję to przynajmniej ukryj to zdanie “spoilerem” z nawiązaniem do W40K. No i stawianie chęci pochwalenia się jakimś porównaniem ponad brak spoilerowania to już bez komentarza 😀

        Reply
        • 8 sierpnia 2018 at 00:21
          Permalink

          film jest tak samo warty obejrzenia ze spoilerem i bez. strasznie smieszne jest ocenianie wartosci dziela jedynie przez pryzmat dosc prymitywnego w sumie uczucia zaskoczenia

          Reply
    • 8 sierpnia 2018 at 00:44
      Permalink

      Kaktus a wiesz że swoim komentarzem spoilerujesz co Dael ukrył jako spoiler? 😀

      Reply
      • 8 sierpnia 2018 at 16:32
        Permalink

        No faktycznie, trzeba te komentarze pokasować, ale szary użytkownik takiej mocy nie ma 😛

        Reply
  • 7 sierpnia 2018 at 20:49
    Permalink

    odwołując się do Twojego najnowszego komentarza pod HLiO, wzywam do zaprzestania obrażania wszystkich użytkowników fsgk i używania wulgarnych wyrażeń.

    Reply
  • 8 sierpnia 2018 at 08:59
    Permalink

    Gdy oglądałem pierwszy raz ten film, to w głowie miałem recenzję, że to “Obcy bez Obcych”. Nie rozczarowałem się. Trzyma w napięciu, ma kilka świetnych scen i dobre zakończenie. Razi mnie tylko niepotrzebna krwista dosłowność.
    W każdym razie po EH długo nie było równie dobrych kosmicznych filmów, dopiero “W stronę Słońca” i “Pandorum” trochę ten temat podtrzymały.

    Reply
  • 14 sierpnia 2018 at 07:58
    Permalink

    Dziękuję za tę recenzję. Nie wiem jak mi ten film umknął, dlatego z przyjemnością go obejrzałem.
    Zdjęcia od pierwszej minuty mnie urzekły, obsada i warsztat aktorów dał dużo wartości a pierwsza godzina jest naprawdę niezła.
    Jak na konwencję- świetny tytuł, który daje mocnego klapsa nowszym produkcjom nawet z topu pod względem “głębokiej płycizny”. To znaczy, “Event Horizon” jest prosty, ma kilka irytujących “jump scares” Tak, jest płytki w swej konstrukcji ale nie żenuje seryjnym mordowaniem zagubionych na statku ludzi, brakiem oczywistych technologii (Prometeusz! Gdzie kamery, radary i komunikacja! Obcy Przymierze!) czy tępej młućki (Paradoks Cloverfield)

    Duży plus i nostagia za latami 90′!

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 pozostało znaków