Książki

Pan Slaughter (Robert McCammon)

Pierwszy tom cyklu o przygodach Matthew Corbetta był kryminałem w todze powieści grozy. Drugi kryminałem, który stanowi fundament przyszłej serii, więc budowanie świata stawiał ponad rozwiązywanie zagadek. Trzeci to zupełnie inna bestia. Przy okazji Królowej Bedlam pisałem, że McCammon odchodzi od fantastycznych naleciałości Zewu nocnego ptaka na rzecz klasycznego kryminału historycznego. Po lekturze Pana Slaughtera muszę to zdanie zrewidować, bo autor znów zmienia kurs. Tym razem stawia na połączenie powieści przygodowej z bezwzględnym, momentami slasherowym horrorem, i robi to na tyle sprawnie, że jestem pod jeszcze większym wrażeniem niż przy poprzednich dwóch wizytach w amerykańskich koloniach przełomu XVII i XVIII wieku.

Pan Slaughter zaczyna się niedługo po Królowej Bedlam, więc McCammon nie traci czasu na przypominanie, kim są jego bohaterowie. Kto nie pamięta wydarzeń z poprzedniczki, ten może pogubić się już w pierwszych rozdziałach, zanim akcja przeniesie się w zupełnie nowe rejony Kolonii. Tymczasem sława po sprawie Maskera zdążyła trochę uderzyć Matthew do głowy. Bohater zapożycza się na nowe stroje, a podkolorowane relacje prasowe pióra Marmaduke’a, czyniące z niego prawdziwego herosa, wcale mu nie przeszkadzają. Ta odrobina próżności ma znaczenie, bo to właśnie ona, w parze z obietnicą sowitej zapłaty, popycha Matthew i Hudsona Greathouse’a do podjęcia decyzji, które okażą się brzemienne w skutkach.

Podejmują się na pozór prostego zadania: eskortować Tyranthusa Slaughtera, seryjnego mordercy o chirurgicznym zamiłowaniu do zabijania, z zakładu dla obłąkanych pod Filadelfią do nowojorskich doków, skąd ma zostać odesłany do Anglii, aby stanąć przed tamtejszym wymiarem sprawiedliwości i odpowiedzieć za popełnione zbrodnie. Nagroda jest kusząca, a nowi, oficjalni już agenci firmy Herrald traktują to zlecenie jako formalność. Slaughter myśli inaczej. Od pierwszej chwili rozgrywa swoich strażników ze spokojem kogoś, kto od dawna wie, że to nie oni będą decydować o przebiegu tej podróży. Chciwość, obok próżności, staje się drugim motywem przewodnim powieści i to ona prowadzi bohaterów prosto w pułapkę.

Właśnie dlatego konstrukcja Pana Slaughtera jest odważniejsza, niż zapowiada streszczenie na okładce. Zanim pułapka się zatrzaśnie, McCammon poświęca sporo miejsca na budowanie tła: nie wszystkie rozdziały służą bezpośrednio głównej fabule, a cała pierwsza część powieści z pozoru w ogóle się z nią nie łączy. To jednak tylko pozory, a fabuła bardzo sprytnie zamyka wszystkie wątki dopiero na ostatnich stronach powieści. Autor tradycyjnie dużo miejsca poświęca kreowaniu świata i rozrzucaniu tropów dla czytelnika, a dopiero potem osadza tam fabułę, dzięki czemu wydarzenia wydają się naturalne, a nie wymyślone na potrzeby akcji, nawet gdy po drodze nie brakuje wątków czysto filmowych. Pomagają w tym niezbyt długie rozdziały, dokładnie takie, które zachęcają, aby przeczytać jeszcze tylko jeden.

Greathouse przystanął, czekając na niego, podobnie jak Slaughter, któremu należało oddać, że jest przynajmniej dobrze wychowanym zabójcą.

– Pan Slaughter –

Kiedy pułapka wreszcie się zatrzaskuje, na pierwszy plan wysuwa się sam Slaughter, najlepszy antagonista serii jak dotąd, a może i jeden z lepszych, jakich w ogóle spotkałem w literaturze. Jest w nim coś z Hannibala Lectera: własna, pokrętna logika, według której zabija niemal z litości nad ofiarami, inteligencja balansująca na granicy osobistego uroku oraz żądza krwi i obłęd, które czają się w nim przez cały czas. McCammon nie spieszy się z odsłanianiem jego prawdziwej twarzy. Przez dobrą część powieści Slaughter czaruje, zarówno czytelnika, jak i bohaterów, zanim pokaże, czym naprawdę jest. Kiedy w końcu to następuje, robi to bez znieczulenia. Pierwszy opis jego zbrodni jest brutalny i przytłaczający, drugi jeszcze gorszy, a efekt końcowy to najbardziej odrażający, a przy tym fascynujący złoczyńca, jakiego ostatnio spotkałem na papierze. Uczciwie ostrzegam, że to nie jest lektura dla osób wrażliwych na opisy przemocy, i na pewno nie książka dla dzieci.

Ta brutalność ma jednak swoje uzasadnienie zarówno fabularne, jak i konstrukcyjne, bo dzięki temu Pan Slaughter to majstersztyk budowania napięcia iście filmowymi metodami, bliższymi Tarantino niż klasycznemu kryminałowi retro. Uśpienie czujności bohaterów idzie w parze z narastającym niepokojem czytelnika, który wie więcej niż postacie, ale wciąż za mało, by wszystko przewidzieć. Pomaga w tym charakterystyczny zabieg narracyjny: rozdział zaczyna się skokiem w bliską przyszłość, po czym wraca do teraźniejszości i dopiero po chwili tłumaczy, co się właściwie stało, a bywa, że przez kilka akapitów nie do końca wiadomo, kto jest bohaterem danej sceny, co ma fundamentalne znaczenie dla bezpieczeństwa bohaterów. To zabieg ocierający się czasem o tanią sensację, ale w większości przypadków działający znakomicie. Skoro cała powieść jest w gruncie rzeczy opowieścią drogi, nie dziwi też, że McCammon stawia tym razem bardziej na tempo niż na malarstwo słowem, którym zachwycałem się przy poprzednich tomach. Barokowe, gęste od detali opisy ustępują miejsca akcji, bo droga nie znosi przystanków na kontemplację krajobrazu. I tu znowu pochylę czoła przed autorem, bo jak mało kto potrafi opisywać gwałtowne wydarzenia w sposób klarowny i jasny. Ani przez moment nie gubiłem się w czasie i przestrzeni, nawet podczas nocnej strzelaniny prowadzonej niemal po omacku. To umiejętność, której wielu pisarzy powinno McCammonowi zazdrościć. Kiedy jednak autor zwalnia, wciąż potrafi budować przestrzeń tak, że się ją czuje, choćby w kontraście między rodzącym się Nowym Jorkiem, już wtedy przyczółkiem europejskiej cywilizacji na kontynencie, a dziką, pierwotną prowincją, gdzie kolonizacja dopiero raczkuje, wydzierając kolejne połacie ziemi dzikiej przyrodzie i pierwotnym mieszkańcom.

W trakcie tej podróży pojawia się też najciekawsza nowa postać książki: szalony Indianin zwany Chodzącym w Dwóch Światach, nawiedzony przez własne demony dosłownie i w przenośni. Staje się on swoistym łącznikiem między ucieleśnionym złem Slaughtera a próbującym odkupić swoje winy Matthew, bo to, co dla bohatera wychowanego w europejskim kręgu kulturowym jest oczywistością, dla Chodzącego bywa niezrozumiałe, i na odwrót. Tłumacząc mu podstawy chrześcijańskiej moralności, Matthew sam musi po raz pierwszy zdefiniować pojęcia, które dotąd przyjmował za pewnik.

Wszystko to prowadzi do finału, którego szczegółów oczywiście nie zdradzę, bo to jedna wielka układanka, której elementy, rozsiane po całej pierwszej części powieści, trafiają na swoje miejsce w satysfakcjonujący sposób. Powiem tylko, że nie przestaje być makabrycznie, że McCammon nigdy nie naciska na hamulec, i że nad całym tym uniwersum Corbetta cały czas unosi się złowrogi cień profesora Fella, o którym autor nie daje zapomnieć. Ale żeby nie było zbyt poważnie, w powieści jest też miejsce na bardziej pogodne momenty, a nawet żarty: no bo jak inaczej nazwać scenę, w której niejaki Tom Bond wsiada na statek o nazwie Golden Eye? Subtelne to nie jest, ale bawi.

Starcie z Tyranthusem Slaughterem zmienia Matthew mocniej niż cokolwiek wcześniej w serii. Bohater, który na początku książki trochę pławił się w lokalnej sławie i poznał nieoczekiwanie smak pieniędzy, wychodzi z niej odmieniony: odrzuca próżność i zyskuje pokorę, jakiej wcześniej mu brakowało, a starcie z czystym złem kosztuje go coś więcej niż siniaki, bo ma też swój kryzys wiary. Szkoda tylko, że w tym rozwoju wciąż nie posuwa się wątek uczuciowy z Berry Grigsby, wciąż ledwie zarysowany, choć seria ma już wystarczająco dużo miejsca, żeby dać mu wreszcie ruszyć do przodu.

– Istnieje postęp – zgodził się z nim Chodzący – i istnieje ślepy pęd ku iluzji. Pierwsze wymaga mądrości i planu, drugie może realizować każdy pijany głupiec.

– Pan Slaughter –

Na koniec ciekawostka, którą McCammon sam zdradza w posłowiu: realia jego powieści są celowo quasi-historyczne, uproszczone i dostosowane pod współczesnego czytelnika, co nie znaczy, że autor wszystko zmyśla. Chwaliłem niejednokrotnie tę kreację, bo to doskonały przykład twórczego podejścia do historii. Okazuje się choćby, że Lord Cornbury, być może najdziwniejsza postać książki, gubernator paradujący w kobiecych strojach, istniał naprawdę. Podobnie zresztą jak pierwowzór samego Slaughtera: aktor grający filmowych morderców pod pseudonimem Tod Slaughter. Mnóstwo jest takich drobnych smaczków i detali, które potwierdzają, że McCammon poświęcił wiele uwagi swojemu wyimaginowanemu światu.

Trzeci tom, trzeci styl i, moim zdaniem, jak dotąd najlepszy tom cyklu, taki jest właśnie Pan Slaughter. Bardziej brutalny niż poprzednicy, miejscami wręcz nie do zniesienia dla osób o słabszych nerwach, ale za to jeszcze bardziej wciągający, bardziej filmowy i, paradoksalnie, bardziej ludzki w tym, co robi z głównym bohaterem. Ponadto McCammon zarzucił wędkę z przynętą tuż przed napisami końcowymi i zdążył już mocno zaostrzyć mi apetyt na tom czwarty. Poprzeczka jest teraz zawieszona bardzo wysoko.

Pan Slaughter (Robert McCammon)
  • 9/10
    Ocena Crowleya - 9/10

Książka zakupiona we własnym zakresie.

To mi się podoba 4
To mi się nie podoba 0

Crowley

Maruda międzypokoleniowa i mistrz w robieniu wszystkiego na ostatnią chwilę. Straszliwy łasuch pożerający wszystko, co związane z popkulturą. Miłośnik Pratchetta i Clancy'ego, kiedyś nawet Gwiezdnych wojen, a przede wszystkim muzyki starszej niż on sam.

 

Postaw kawę dla Crowley_FSGK na buycoffee.to

Polecamy także

Jeden komentarz

  1. Dodam jeszcze w uzupełnieniu, że o ile wczesniejsze tomy są dobre same w sobie, o czym pisałem, to w razie wątpliwości – warto je przeczytać nawet tylko po to, żeby dotrzeć do trzeciej części. To jest naprawdę mistrzowska książka.

    To mi się podoba 1
    To mi się nie podoba 0

Zanim napiszesz komentarz zapoznaj się z naszymi zasadami zamieszczania komentarzy:

Regulamin zamieszczania komentarzy


Użyj tagu [spoiler] aby ukryć część treści komentarza:

[spoiler]Treść spoilera[/spoiler]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back to top button