Birdman, czyli nieoczekiwane korzyści z niewiedzy (2014)

Nieczęsto się zdarza, żebym czuł potrzebę ochłonięcia po filmie. Nie po każdym seansie potrzeba dnia lub dwóch na ułożenie myśli i uporządkowanie tego, co się zobaczyło. Mało jest dzieł, które nie chcą wyjść z głowy przez kilka dni. Bałem się pisać recenzję Birdmana, bo nie chcę zrobić tego źle. Jest w nim scena, podczas której główny bohater wyrzuca pewnej wpływowej pani krytyk, że jej recenzja to zbiór sloganów i etykiet, pustych haseł niepopartych żadną analizą ani przemyśleniami. Nie chciałbym zrobić tego samego.

Birdman skupiony jest wokół postaci Riggana Thomsona, aktora, który w latach dziewięćdziesiątych wcielił się w rolę tytułowego superbohatera w trzech niezwykle popularnych filmach. Wielki sukces komercyjny przyniósł chwilową sławę, a później wypalenie. Po latach Thomson próbuje swoich sił w roli poważnego aktora i reżysera, planując wystawienie na Broadwayu sztuki na podstawie opowiadania Raymonda Carvera. Przedpremierowa gorączka daje się wszystkim we znaki, a główny bohater prowadzi wewnętrzny dialog (a może walkę) z… Birdmanem, czyli tą częścią swojej psychiki, która każe mu wątpić w słuszność podejmowanych działań. Bo może by tak zamiast wypruwać sobie żyły przy tworzeniu sztuki wyższej, zgodzić się na udział w czwartej części Człowieka-Ptaka? Może w rzeczywistości to jest prawdziwe oblicze Riggana Thomsona, a niespełnione ambicje są jedynie pretensją?

Z kina superbohaterskiego na deski teatru. Czy taka droga ma sens?

Przez dwie godziny na ekranie dzieje się tak dużo, że nie sposób tego zapamiętać, ani tym bardziej opisać. Birdman jest tak intensywny, że przez cały czas wymaga od widza skupienia i dostrzegania szczegółów, ukrytych znaczeń, symboli. Z jednej strony jest filmem bardzo kameralnym – akcja dzieje się głównie na zapleczu i scenie teatru, a fabuła opiera się w zasadzie tylko na dialogach. Z drugiej strony wcale nie czuje się, że to “mały” film bez rozmachu. Bolączką, typową dla adaptacji sztuk teatralnych, jest charakterystyczna kameralność. Chociaż czarują świetnym aktorstwem i dobrymi dialogami, brakuje im filmowości i przestrzeni. Wyglądają jak spektakl w oku kamery. Birdman, chociaż to w gruncie rzeczy dosłownie teatr w telewizji, jest jednocześnie teatralny, kameralny i hollywoodzki w jakiś dziwny sposób.

Dwoistość i symetria jest bardzo charakterystyczna dla filmu Inarritu. Główny bohater miota się pomiędzy rzeczywistością a światem w swojej głowie. Rozmawia sam ze sobą, ze swoim wewnętrznym Birdmanem, kłóci się z nim i walczy. Raz jest celebrytą, kiedy indziej stara się być artystą. Z jednej strony próbuje się odciąć od popkulturowej, miałkiej papki, którą pogardza jako aktor, z drugiej tęskni za utraconym blichtrem i popularnością. Chce stworzyć wartościową sztukę, pokazać, że jest pełnokrwistym twórcą, a jednocześnie gardzi nowojorskim aktorskim światkiem.

Is this the real life is this just fantasy?

Keaton odwalił tu kawał znakomitej roboty i stworzył świetną, złożoną postać, która przypomina nieco Adasia Miauczyńskiego z filmów Koterskiego. Jest i zabawny, i żałosny, i sympatyczny, i czasami nawet odrażający. Budzi współczucie, ale można powiedzieć, że dostaje to, na co zasłużył. Nie sposób zresztą nie docenić, jak idealnie Michael Keaton pasuje do tej roli. Przecież nie kto inny jak właśnie Keaton jest tym prawdziwym, ikonicznym Batmanem z filmów Burtona, który potem nigdy już nawet nie zbliżył się do porównywalnego poziomu sławy. Na ile Keaton jest Thomsonem? To pewnie wie tylko sam aktor, ale nie sposób oprzeć się wrażeniu, że mamy tu do czynienia ze sporą dozą ekshibicjonizmu z jego strony. Towarzyszący mu Edward Norton w roli świetnego aktora, który, jak sam przyznaje, tylko na scenie nie gra kogoś, kim nie jest i pyskata córka, świeżo po odwyku narkotykowym, doprowadzają Riggana Thompsona do szału, ale też prowokują do działania. Scena, w której Norton zmienia tekst sztuki i razem z Keatonem improwizują na próbie, wygląda tak, jakbyśmy oglądali prawdziwą, nierozpisaną w scenariuszu wariację. Spektakl przenika film, film przenika spektakl.

Oczy Emmy Stone zasługują na oddzielną kategorię festiwalową.

Birdman to również doskonały przykład, że wielkie role to zasługa do spółki aktora i scenarzysty. Dialogi w tym filmie są tak soczyste, błyskotliwe i tak znakomicie napisane, że aktorzy, których pewnie niektórzy by nawet nie podejrzewali o zdolności aktorskie, dają popis godny najwyższych laurów. Nominacje oscarowe dla Nortona i Stone w pełni zasłużone i trochę szkoda, że ten pierwszy trafił akurat na J.K. Simmonsa w życiowej roli. Mnie osobiście Norton zaimponował jeszcze bardziej niż surowy pan od muzyki. Jedynym zgrzytem była dla mnie gra Naomi Watts. Na tle pozostałych wypadła fatalnie, na siłę starając się być melodramatyczna. Cała reszta to jednak ekstraklasa (nie mylić z piłkarską Ekstraklapą). Widzowie lubiący naturalną grę i interakcje między aktorami, bez cięć i szatkowania dialogów, będą wniebowzięci.

Siła argumentów w dyskusji czasami musi być poparta argumentem siłowym.

O sposobie kręcenia Birdmana napisano wiele, więc pewnie wiecie, że prawie cały obraz nagrano i zmontowano tak, jakby był jedną sceną. Efekt jest kapitalny, kamera tańczy między postaciami, lata po korytarzach i cały ten balet zapiera dech w piersiach. Co bardzo ważne, nie jest to tylko sztuka dla sztuki i popisywanie się. Taki zabieg ma swoje uzasadnienie, bo wiąże się z tym, że historia nieodmiennie kręci się wokół postaci Keatona, jest jakby jego potokiem myśli. Skoro on jest nerwowy i miota się pod wpływem emocji, to tak samo wariuje kamera i wszystko pięknie ze sobą współgra. Wrażenie potęguje jeszcze dziwaczna muzyka, grana tylko na perkusji. Im bardziej sytuacja na ekranie jest napięta, tym większą kakofonię słyszymy. Ba, perkusista dwa razy pojawia się nawet we własnej osobie na ekranie. Czy to jeszcze kino komercyjne, czy arthouse i performance? Moim zdaniem Inarritu ani razu nie przekracza tej granicy i pomimo wielu niejednoznacznych, często onirycznych i fantastycznych momentów, Birdman pozostaje filmem przyziemnym i skoncentrowanym. Inna sprawa, że nie daje widzowi żadnych odpowiedzi, a jedynie tropy do interpretacji i wiele pytań. Jeśli ktoś po seansie poczuje się skonfundowany i zafrapowany, to znaczy, że oglądał uważnie. Ten film ma się wkręcać w głowę i pobudzać do refleksji.

Emma Stone jeszcze raz, bo ją lubię.

Uśmiałem się na tym filmie, dialogi są kapitalne i często bardzo zabawne, chociaż to raczej dramat, niż czarna komedia. Nie ma w nim zawiłej intrygi, a mimo to z niecierpliwością czekałem na rozwój wypadków. Dwie godziny minęły momentalnie, a ja czułem, że oglądam coś fascynującego, coś co zapamiętam na długo. Cieszy mnie, że Akademia doceniła twórców Birdmana i jeszcze większą, że widzowie zagłosowali portfelami za takim kinem (ponad $100 mln przy kosztach produkcji na poziomie $17 mln). Chodźmy do kina na takie produkcje, dorzućmy te kilkanaście złotych, żeby dystrybutorzy i producenci wiedzieli, że warto takie filmy pokazywać.

-->

Kilka komentarzy do "Birdman, czyli nieoczekiwane korzyści z niewiedzy (2014)"

  • 30 września 2020 at 16:46
    Permalink

    Genialny film. Pierwszy raz zobaczyłem go, kiedy odwiedziłem kolegę w Poznaniu parę lat temu.
    Dzień przed seansem wypiliśmy powitalne 4 flaszki na dwóch i nic nam nie było (czyt. jedną 0,7 na dwóch i byliśmy pijani jak szpaki). Następnego dnia, kolega poszedł na kilka wykładów na uczelnie i jako że zostałem sam na mieszkaniu postanowiłem obejrzec jakiś film. Akurat birdman był nominowany do Oscara więc wybór szybki. Brak kaca + nowe miejsce + bardzo intensywny film =wrażenia nieziemskie. Pierwszy raz oglądałem tak nakręcony film i zrobił na mnie ogromne wrażenie i miałeś rację w swojej recenzji, oglądałem go w oelnym bezkacowym skupieniu i czułem się skonfundowany, musiałem przez chwilę ochłonąć.
    P.S pierwszy raz widzę film oceniony tutaj 10/10.

    Reply
    • 30 września 2020 at 18:56
      Permalink

      Niedawno Kontakt też dostał dychę. 😉

      Reply
      • 30 września 2020 at 20:29
        Permalink

        co też było skandaliczne. czasami ocieracie się o śmieszność.

        Reply
        • 30 września 2020 at 21:54
          Permalink

          Jaki kraj, tacy skandaliści. Co poradzić?

          Reply
  • 30 września 2020 at 17:42
    Permalink

    A dla mnie nudny, przegadany, średnio interesujący i strasznie słaba końcówka. Autoerotyzm holiłódu do kwardatu!

    Reply
  • 30 września 2020 at 20:28
    Permalink

    Całej recenzji nie czytałem bo a nuż kiedyś się do tego filmu przekonam i go obejrzę, jakoś się nie składa z różnych powodów. Do jednej rzeczy jednak się odniosę – jak, naprawdę jakim cudem można lubić Emmę Stone tego nie rozumiem.

    Reply
    • 30 września 2020 at 21:54
      Permalink

      Dobre pytanie. Sam zachodzę w głowę.
      Fajna jest, a w Birdmanie, Faworycie, czy Służących pokazała, że umie grać.

      Reply
      • 30 września 2020 at 23:39
        Permalink

        Dla mnie jest bardzo irytująca. Wygląd kwestia gustu, ale dla mnie to jest naprawdę końcówka listy aktorek Hollywood w tej kategorii. Sztuczna, okropny uśmiech i śmiech. No nie naprawdę nie.

        Reply
        • 1 października 2020 at 00:19
          Permalink

          Nawet w Faworycie? Tam moim zdaniem nie ustępowała znakomitym Coleman i Weisz, a obie role były wyborne.

          Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 pozostało znaków