Kosmiczna załoga (1999)

Wyobraźmy sobie sytuację, że na jakimś dużym konwencie fantasy DaeL, ubrany jak członek Nocnej Straży, wraz z grupą najwierniejszych akolitów podchodzi do Emilii Clarke, klęka przed nią, używa wszystkich możliwych tytułów, po czym śmiertelnie poważnie prosi Matkę Smoków, aby wraz ze swoimi pupilami i ekipą FSGK wyruszyła na ratunek Westeros. Następnie wszyscy pakują się na prawdziwy okręt flagowy Dany i płyną do Królewskiej Przystani (a nie do szpitala psychiatrycznego). Mniej więcej w podobnej koncepcji rozpoczyna się akcja filmu Kosmiczna załoga. Oto mamy przed sobą obsadę niezwykle popularnego w przeszłości serialu science-fiction (nawiązania do Star Treka całkowicie nieprzypadkowe), odcinającą kupony od lekko przykurzonej sławy na różnej maści imprezach i konwentach. W czasie jednej z nich, do ekranowego dowódcy kosmicznej załogi zgłasza się grupka dziwnie wyglądających i mówiących postaci, prosząc go o pomoc w ratowaniu świata. Okazuje się, że to żadni przebierańcy, tylko rasa kosmitów, która odebrała sygnał ziemskiej telewizji i uznała go za film dokumentalny, a następnie z sukcesami odtworzyła pokazaną tam technologię. Nie mija wiele czasu, a nasi bohaterowie muszą stawić czoła prawdziwym niebezpieczeństwom, jakie wcześniej znali tylko w formie ekranowej fikcji.

Na pokładzie statku obcych. Zdziwione miny to w tym filmie normalka.

Z założenia Kosmiczna załoga łączy w sobie parodię telewizyjnych seriali science-fiction z satyrą na fandom i ludzi przesadnie ekscytujących się dziełami popkultury. Punkt wyjścia fabuły jest całkiem interesujący, bo z jednej strony mamy ekipę zblazowanych i znudzonych aktorów jednej roli, odcinających kupony od sławy i w większości pogardzających swoimi fanami. Z drugiej zaś twist z serialową rzeczywistością okazującą się prawdą w odległych zakątkach wszechświata, prawdziwe statki kosmiczne i obce formy życia. Wszystko pokazane w bardzo luźnej i niepoważnej formie, niebezpiecznie balansującej na granicy kiczu i slapsticku. Nie są to z pewnością szczyty komediowego wyrafinowania, powiedziałbym wręcz, że co najwyżej stany średnie i chyba żaden gag nie spowodował u mnie przesadnej radości. Są momenty zabawne, więcej mało śmiesznych sucharów, a sama historia jest absolutnie pretekstowa i sztampowa.

Scena z teleporterem to jeden z jaśniejszych punktów programu.

Film ma jednak jeden niezaprzeczalny atut, który sprawia, że nie należy go w ciemno skreślać. Chodzi o naszpikowaną znakomitymi aktorami obsadę. Tim Allen, Sigourney Weaver, Alan Rickman, Tony Shalhoub i Sam Rockwell robią wszystko, żeby z bardzo przeciętnego scenariusza wycisnąć 101% potencjału. Błyszczą przede wszystkim Weaver i Rickman. Gwarantuję, że Ripley w blond włosach i epatująca seksapilem robi piorunujące wrażenie, a profesor Snape znudzony, marudny i pogardzający fanami serialu oraz samym sobą, a do tego zmuszony do noszenia idiotycznych wypustek na twarzy rozbawi każdego. Ta dwójka kradnie wszystkie swoje sceny niejednokrotnie puszczając oko do widza nawiązaniami do wcześniejszych filmów ze swoim udziałem. Szkoda przy tym, że ostateczna kinowa wersja Kosmicznej załogi została nieco okrojona i ugrzeczniona w stosunku do oryginalnie nakręconego materiału. W sieci można znaleźć między innymi ujęcia z przeklinającą Weaver, co na pewno dodałoby filmowi nieco animuszu. Oprócz wspomnianej dwójki jest jeszcze wiecznie upalony i wyluzowany Tony Shalhoub, znany z roli Detektywa Monka, który znakomicie odnajduje się w nowej sytuacji i jak zwykle zwariowany Sam Rockwell, za wszelką cenę próbujący ogrzać się w blasku sławy reszty członków załogi. Wszyscy ewidentnie znakomicie bawili się na planie i chociaż nie mam wątpliwości, że ktokolwiek traktował występ w Kosmicznej załodze poważnie, to entuzjazm aktorów jest widoczny w każdej scenie.

Weaver i Rickman jakich nie znaliśmy.

Bardzo podobało mi się, że chociaż scenarzyści ewidentnie nabijają się z całej tej fandomowej otoczki i dorabiania ideologii do prostych historyjek, to ostatecznie świat ratuje właśnie jeden z takich ześwirowanych fanów serialu. To piękny gest w stronę ludzi, dla których życie dzieła filmowego, książkowego, komiksowego nie kończy się wraz z wyłączeniem telewizora, opuszczeniem sali kinowej, czy odłożeniem na półkę. I że chociaż tacy fani potrafią być dziwni i upierdliwi, to bez nich popkultura, jaką dziś znamy, nie istniałaby. Odniosłem zresztą wrażenie, że część żartów i humoru sytuacyjnego została napisana specjalnie ku uciesze aktorów. Niekoniecznie samej obsady Kosmicznej załogi, ale aktorów w ogóle. Zdają się to potwierdzać komentarze chociażby tych, którzy występowali w różnych iteracjach Star Treka i bawili się znakomicie, odkrywając różne mniej lub bardziej poukrywane smaczki.

Ciekawe, co też ciekawego wypatrzył Sam Rockwell.

Koniec końców Kosmiczna załoga to film lekki i przyjemny, który braki w warstwie komediowej nadrabia świetną obsadą i fajnym pomysłem. Co prawda patrząc na listę płac, można by się spodziewać większej petardy, ale niestety pewnych niedociągnięć scenariusza nie da się zakamuflować nawet najwybitniejszymi kreacjami. Rozrywka w sam raz na leniwe popołudnie, a dla kinomanów świetna okazja do zobaczenia kilku znanych twarzy w zupełnie nietypowych rolach.

-->

Kilka komentarzy do "Kosmiczna załoga (1999)"

  • 15 lipca 2020 at 13:28
    Permalink

    Odswiezalem ostatnio i takie meh, 6 to uczciwa ocena. Przy dobrym nastroju mógłby się nawet podobać, ale jak dla mnie zbyt cukierkowo-kiczowaty.

    Trochę nie rozumiem czemu, ale w USA jest znacznie bardziej popularny i otoczony kultem.

    Reply
    • 15 lipca 2020 at 14:20
      Permalink

      “Trochę nie rozumiem czemu, ale w USA jest znacznie bardziej popularny i otoczony kultem.”
      To oczywiste. W Polsce, gdy porównać ją z USA, ruch fanowski praktycznie nie istnieje, więc większość widzów po prostu nie rozumie o czym jest jest ten film, do jakiego zjawiska społecznego nawiązuje. Polacy nie potrafią się bawić i nie jest to żaden stereotyp. Czterokrotnie mniejsze pod względem ludności Czechy mają o niebo więcej fanów i fanklubów, wszelka działalność fanowska kwitnie, organizuje się bez porównania więcej imprez i konwentów, a popularni aktorzy przyjeżdżają do Czech, nie do Polski. Działałem kiedyś w fandomie pewnego serialu i pamiętam jak zazdrościliśmy Czechom, którzy kręcili nawet fanowskie wersje tego serialu, podczas gdy nam trudno było znaleźć pięciu chętnych, żeby zorganizować jakiś najprostszy zlot.

      Reply
      • 16 lipca 2020 at 09:31
        Permalink

        “To oczywiste. W Polsce, gdy porównać ją z USA, ruch fanowski praktycznie nie istnieje, więc większość widzów po prostu nie rozumie o czym jest jest ten film, do jakiego zjawiska społecznego nawiązuje. Polacy nie potrafią się bawić i nie jest to żaden stereotyp”.
        Z drugiej strony Polacy mają przez to zdrowsze podejście do popkultury, jako wyłącznie rozrywki, nie religii. Jak serial się kończy, to kończy się zainteresowanie nim. Można żałować, że nie ma ogromnego fandomu, ale takie podejście jest nawet racjonalne. Większość konsumentów popkultury w Polsce omijają “wojny” toczone przez fandomy. Kto chce, ten jednak znajdzie możliwość większego zaangażowania się.
        Większym problemem jest to, że duża grupa Polaków w ogóle nie ma zainteresowań. To jest przykre

        Reply
        • 16 lipca 2020 at 14:21
          Permalink

          Ja bym się zbytnio z tego naszego “racjonalizmu” nie cieszył, bo objawia się on głównie żłopaniem piwska pod blokiem i słuchaniem bluzgów raperów. Młodzież powinna mieć zainteresowania i pasje. Na przyziemność mają jeszcze czas.

          Reply
      • 16 lipca 2020 at 13:09
        Permalink

        “W Polsce, gdy porównać ją z USA, ruch fanowski praktycznie nie istnieje, więc większość widzów po prostu nie rozumie o czym jest jest ten film”

        To prawda, jak oglądałem ten film w czasach gdy powstał to nie do końca rozumiałem fenomen fandomu i z czego właściwie ten film nabijał się. Oczywiście przez te 20 lat było dość okazji, żeby się doedukować i myślę, że teraz nikt nie miałby podczas seansu problemu z tym. Co do tego czy umiemy się bawić, czy nie – nie przesadzałbym w surowych ocenach. Mi taka zabawa zawsze kojarzyła się z wydawaniem dużych pieniędzy na niepotrzebne gadżety, słabe książki i uczestniczeniem w zażartych dyskusjach o nieistniejących problemach. Z drugiej strony – może faktycznie świadczy to właśnie o tym, że nie umiem się bawić? 🙂
        Jestem natomiast ciekaw jak takie ruchy fanowskie mają się obecnie – gdy filmów i seriali zatrzęsienie, gdy wszystko jest w Internecie itd.

        Reply
        • 18 lipca 2020 at 14:12
          Permalink

          Również oglądałem ten film na przełomie wieków i wtedy wydawał się całkiem świeży i zabawny. Warto pamiętać, że przez następne 20 lat popkultura przemieliła te wątki po milion razy i powstały kolejne komedie, parodie i pastisze karmiące się nimi. Przez co dziś już tej “nowości” (a dla polskiego widza także takiej fandomowej “egzotyki” się nie odczuwa. Za wrażenia przed 20 laty podniósłbym GQ nieco ocenę. Dzisiaj to raczej sympatyczna ale jednak ramotka.

          Reply
  • 15 lipca 2020 at 13:30
    Permalink

    Dla mnie trochę za długi zacząłem się męczyć gdzieś tak w trzech czwartych, ale kilka ciekawych scen było. Nic nadzwyczajnego, ale da się obejrzeć co nie zawsze można powiedzieć o komediach (parodiach) science fiction jak i o samym science fiction, którego po prostu nie trawię i tak jak kocham Władcę Pierścieni i różne inne filmy fantasy tak nie rozumiem zachwytu Star Trekami i innymi podobnymi.

    Reply
  • DaeL
    19 lipca 2020 at 11:25
    Permalink

    “Wyobraźmy sobie sytuację, że na jakimś dużym konwencie fantasy DaeL, ubrany jak członek Nocnej Straży, wraz z grupą najwierniejszych akolitów podchodzi do Emilii Clarke, klęka przed nią, używa wszystkich możliwych tytułów, po czym śmiertelnie poważnie prosi Matkę Smoków, aby wraz ze swoimi pupilami i ekipą FSGK wyruszyła na ratunek Westeros. Następnie wszyscy pakują się na prawdziwy okręt flagowy Dany i płyną do Królewskiej Przystani (a nie do szpitala psychiatrycznego).”
    Tak, wyobraźmy sobie. Bo wbrew paskudnym plotkom, taka sytuacja nie miała nigdy miejsca!

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 pozostało znaków