Zenek (2020)

Rzucili Zenka do internetu! Jako zadeklarowany miłośnik kina złego i jeszcze gorszego nie mogłem przegapić takiej okazji. Generalnie stronię od polskiej kinematografii, bo w przeważającej większości jest toporna i skażona taką lub inną manierą, w zależności od okresu, w którym film powstawał. Poza tym chyba nie było jeszcze takiego, który byłby dobrze udźwiękowiony. Po ostatniej przygodzie z “romansem erotycznym” miałem lekkie obawy, że kolejna dawka biało-czerwonej tandety, tym razem spod znaku disco polo, może mnie zabić, albo chociaż spowodować poważny uszczerbek na zdrowiu. Czego jednak nie robi się dla sławy i chwały? Nawet odblokowałem reklamy na stronie TVP, żeby seans mógł dojść do skutku.

I od razu muszę zaznaczyć coś bardzo ważnego. NIE OGLĄDAJCIE ZENKA NA STRONIE VOD.TVP.PL. Ktoś się pomylił przy konwertowaniu obrazu z formatu kinowego na telewizyjny i cały film ma kompletnie skopane kolory. Wszystko tonie w bladozielonej poświacie, barwy są wyprane, bure i ponure. Wystarczy porównać ze zwiastunami, żeby zobaczyć, że to kompletna katastrofa. Dopóki ktoś tego nie naprawi szkoda waszych 23 złotych, szukajcie gdzie indziej, może nie wszędzie trafił taki babol, w co śmiem wątpić.

 

Dzięki fachowcom za 2 miliardy, do sieci trafiła wersja filmu, gdzie wszyscy wyglądają jak żywe trupy. Brawo!

Sprawy techniczne sprawami technicznymi, ale co z tą polską cygańską rapsodią? Czy jest to pomnik godny króla? Przed premierą, jak pewnie wielu, byłem przygotowany na to, że Zenek będzie filmem tandetnym, tak jak tandetna jest muzyka Martyniuka. Ile by były prezes Kurski nie czarował i jakich figur retorycznych nie używał, disco polo dobrą muzyką nie było, nie jest i nie będzie, co oczywiście nie musi mieć absolutnie żadnego przełożenia na film o jednej z gwiazd tego nurtu. No i nie ma, bo w tym filmie nie ma disco polo. Naprawdę poza przerobionym tematem z linią melodyczną “Przez twe oczy zielone”, nie uświadczymy nawet fragmentu twórczości pana Zenona, ani żadnego z jego kolegów po fachu.

Tak rodził się kult.

Zenka poznajemy pod koniec lat osiemdziesiątych, jak zamiast zakuwać do klasówek, woli śpiewać w lokalnej kapeli na remizowych imprezach. Chłopaki nagrywają z radia przeboje i próbują odtworzyć ich teksty, na wiejskim targowisku przeglądają pirackie kasety magnetofonowe, a wieczorami razem z grupką lokalnych Cyganów wspólnie biesiadują przy ognisku i chleją na umór. Wynagrodzenie za swoje granie odbierają w butelkach wódki i tak się to życie toczy w zasadzie przez połowę filmu. Nie pojawia się oczywiście żaden ślad disco polo, nawet kiedy kariery nabierają jako-takiego rozpędu i z zapyziałych remiz i knajpek chłopaki przenoszą się do nieco mniej zapyziałych remiz i knajpek. Może przez ten brak robionej na jedno kopyto rąbanki, jest w tej pierwszej części sporo uroku. Młody Zenek to bardzo sympatyczny człowiek, który ponad wszystko kocha śpiewać dla ludzi, a ludzie kochają go za to, że śpiewa. Nawet kiedy fałszuje. Bardzo fajnie pokazano podlaską prowincję w początkach III RP. Jest biednie i skromnie, ale w żadnym razie nie smutno i ponuro. To pulsujący życiem tygiel kulturowy, gdzie współżyją ze sobą Polacy, Romowie i Białorusini, gdzie czasem się kradnie, kiedy indziej można zarobić w zęby, dużo się pije i jeszcze więcej bawi, tańczy i śpiewa. Widać głód zachodniej popkultury, kiedy jedni uczą się fonetycznie tekstów Limahla, a inni chcą puszczać z głośników “Acedece”. Straszna szkoda, że nie pociągnięto tego dalej, w lata dziewięćdziesiąte.

Podlasie sprzed lat to jeden z jaśniejszych punktów filmu.

Niestety akcja w pewnym momencie zupełnie się urywa i nagle widzimy Zenka kilkanaście lat starszego, pokazanego jako polski Prince i Michael Jackson w jednej osobie. Jakby twórcy przestraszyli się, że będzie trzeba w końcu puścić to disco polo, wspomnieć o zespole Akcent i pokazać Martyniuka śpiewającego własny tekst. O jaka to mogła być piękna nostalgiczna podróż w świat kaset i płyt ze Stadionu Dziesięciolecia, Disco polo Live w Polsacie (w ogóle narodzin prywatnej telewizji) i szeleszczących dresów. Żałuję, że do tego nie doszło, bo początek filmu pokazał, że twórcy mieli dobry pomysł na powrót do przeszłości. Naprawdę nie wiem, co powodowało scenarzystką, że postanowiła obedrzeć muzyka ze wszystkiego, czym się muzyk zajmuje. Potencjał pokazania przemian ostatniej dekady XX wieku na tle eksplozji popularności disco polo był ogromny. Zakładam, że historia Martyniuka i jego kolegów po fachu też obfitowała w różne ciekawostki – zmiany personalne, wyjazdy za chlebem za granicę, na pewno jakieś niesnaski i konflikty, i wreszcie wielki sukces komercyjny, który powinien być jakąś kulminacją tego wszystkiego. Tymczasem wycięto cały ten najbardziej mięsisty kawałek, zastępując go Zenkiem-gwiazdorem. Mało tego. Ponieważ nie za bardzo było jak to pociągnąć, w fabułę wpleciono fikcyjny wątek sensacyjny, inspirowany historią rodzinną innego czołowego wokalisty wiadomego nurtu muzycznego. Wyszło to dość koślawo i w zasadzie obnażyło smutną prawdę: Zenek Martyniuk nie jest postacią z ciekawą historią.

Potańcówki raczej mało żwawe, ale przynajmniej jest wódka.

Sprawność w budowaniu wspomnień minionej epoki i ogólnie bardzo dobry poziom edytorski i wykonawczy Zenka nie przesłaniają ostatecznie faktu, że film się dłuży, żeby nie powiedzieć wlecze. Pierwszy akt wygląda trochę jak pilot serialu, drugi jak odcinek gdzieś z drugiej części sezonu, pomiędzy nimi białe plamy i niestety żadnej pointy, żadnego “czegoś”, co miałoby zaciekawić widza. Ot obrazki z życia tak zwanej gwiazdy. Słaby scenariusz kładzie się cieniem na bardzo profesjonalnej robocie, jaką wykonała cała ekipa pod wodzą Jana Hryniaka. To jest naprawdę dobrze nakręcony i zmontowany film, gdzie jedna scena wynika z drugiej, akcja płynie równym tempem, nie ma bezsensownych wypełniaczy i najzwyczajniej dobrze się go ogląda. Niezła jest też ambientowa muzyka Daniela Blooma, przeplatana różnymi szlagierami z potańcówek sprzed 30 i więcej lat. Mało tego, na duże brawa z pewnością zasłużyła obsada, zwłaszcza Jakub Zając w roli młodego Zenka i Klara Bielawka w roli wybranki jego serca. Obydwoje, mając w zasadzie niewiele do zagrania, wyrabiają 120% normy i kradną dla siebie ekran. Warto na tę parę zwrócić uwagę w przyszłości. Nie rozumiem za to, po co angażowano Krzysztofa Czeczota do roli współcześniejszego Martyniuka, skoro wystarczyło lekko postarzyć Zająca. Pozostali aktorzy się nie zmieniają, a akurat postać tytułowa tak i jest to zmiana na gorsze (chociaż Czeczot też trzyma poziom). Efekt jest tym bardziej konfundujący, że w drugim akcie Zenek przestaje brzmieć jak Zenek. Młodszy z aktorów całkiem nieźle naśladuje zarówno piskliwy głos, jak i specyficzną manierę Martyniuka, czego jego starszy kolega nie potrafi, albo nie chce robić.

Zenków trzech, za to kolorów brak.

Jestem rozdarty w kwestii oceny Zenka. Absolutnie nie jest to film zły. Zrobiono go w pełni profesjonalnie, zarówno od strony czysto technicznej, jak i rzemiosła aktorskiego. Udało się uniknąć tandety i przaśności, a pokazano fajny kawałek przeszłości. Niestety jednocześnie okazuje się, że to film strasznie nudny i o niczym. Postać “króla disco-polo” okazuje się być sympatycznym, ale kompletnie zwyczajnym człowiekiem z bardzo zwyczajną i nieciekawą historią, sztucznie ubarwioną. Ciężko mnie posądzać o jakiekolwiek ciepłe uczucia do tej muzyki, ale mimo wszystko w filmie o Zenonie Martyniuku wypadałoby chociaż wspomnieć o czymś takim jak disco polo. Zamiast tego mamy absolutnie żenujący występ Limahla kończący seans i to zaważyło ostatecznie, że nie będzie oceny o oczko wyższej. Niewiele brakowało, a Zenek mógł być dobrym filmem.

-->

Kilka komentarzy do "Zenek (2020)"

  • 22 kwietnia 2020 at 14:22
    Permalink

    “Renesans” Martyniuka to żart, który zaszedł za daleko. “Orły Nawałki” dla beki zrobili sobie nieoficjalny hymn z “Przez Twe oczy zielone” a Zenek nagle trafił na pierwsze strony gazet. I pewnie równie szybko z nich zniknąłby, bo tak to już z viralami bywa, o Gangnam Style już nikt nie pamięta. No, ale niestety sprawą zainteresował się Kurski, który napompował Martyniuka do granic możliwości. Zaczęło się nazywanie Króle Disco Polo, organizowanie benefisów (na których strategicznie omijają “Pszczółkę Maję”) i nagrywanie pseudo-biografii. Jak tak dalej pójdzie to mu jeszcze pomnik postawią.

    I cała ta ruchawka wokół faceta, który przed 2016 nie miał ani jednej Złotej Płyty, lol. Pewnie sam Martyniuk nie wie co się tutaj odlechwałęsiło. Całe życie był muzykiem drugiej ligii, nawet w ramach gatunku, a tu na stare lata jego kariera wystrzeliła w kosmos i się do niego “Królu” zwracają 😀 Fuks level Apoloniusz Tajner.

    Reply
    • 22 kwietnia 2020 at 14:30
      Permalink

      Jedna rzecz, bo zapomniałem… to, że coś wygląda nie tak jak powinno to na TVP VOD norma. Oni mają tam skopany bitrate. Kiedyś, na samym początku, 1080p miało 12 mbps i jakoś to wyglądało, ale ścieli do 4 i teraz wszystko wygląda jak upscale z 480p…

      Reply
    • 22 kwietnia 2020 at 14:43
      Permalink

      No właśnie nie jestem znawcą gatunku, ale też wydaje mi się, że to całe królowanie zostało wymyślone dopiero niedawno. Kojarzę zespół Akcent, owszem, ale podobnych było sporo więcej i do czasu “Oczu zielonych” żaden był z Martyniuka król. Ale tak jak pisałem na wstępie, mogę się nie znać.

      Reply
  • 22 kwietnia 2020 at 15:22
    Permalink

    Martyniuk to mój rówieśnik, więc pamiętam dobrze jak się ta discopolowa zaraza zaczęła szerzyć. W latach 1988-1989 byłem akurat w wojsku i służyło ze mną kilku chłopaków z Podlasia. Wtedy po raz pierwszy zetknąłem się z tą klezmerką. Wyszedłem z wojska, a tu zaraz wybory, demokracja, wszędzie łóżka polowe i muzyka, która w wojsku przyprawiała mnie o sraczkę. Ja – który przed wojskiem byłem disc-jockeyem, promowałem Alphaville oraz italo-disco – kilkanaście miesięcy później trafiłem do świata “majteczki w kropeczki” i “łusiusiusiu”. To nie była dobra zmiana… :/
    Może to i nie najgorszy film, ale co z tego, skoro opowiada o autorze koszmarnej muzyczki, która wyrządziła niepowetowane szkody w rozwoju polskiej prawdziwej muzyki i w ogóle w umuzykalnieniu Polaków.

    Reply
    • 22 kwietnia 2020 at 16:02
      Permalink

      No ja niestety też jestem z zupełnie innej muzycznej bajki, a że miałem w życiu epizod, w czasie którego pracowałem przy weselach, to na dźwięk niektórych szlagierów po prostu mi się wywraca w środku. Jest wielu muzyków i zespołów, których biografię chętnie bym obejrzał, ale nie mieli szczęścia zostać pupilami państwowej telewizji.

      Reply
      • 22 kwietnia 2020 at 16:49
        Permalink

        No cóż, to nie wina prawicy ani lewicy, że prezes telewizji nie zna się na muzyce. Gdyby był np. fanem T-Love to “królem” byśmy dziś nazywali Muńka Staszczyka, co mnie akurat by pasowało. 🙂

        Reply
  • 22 kwietnia 2020 at 15:39
    Permalink

    Ja myślę, że te trupie kolory to nie koniecznie przypadek – po tej muzyce człowiek czuje się jak zombie. A więc niby muzyki w filmie nie ma, ale autorzy pokazali nam swój kunszt umieszczając takie Akcenty w inny sposób. Oj Crowley, nie doceniłeś odpowiednio autorów :P. Ale swoją drogą nie wiem co Ty tam popijasz, że jesteś w stanie dla nas wytrzymać takie seanse, ale zaczynam zazdrościć :).

    Reply
    • 22 kwietnia 2020 at 15:56
      Permalink

      No właśnie z filmu można odnieść wrażenie, że disco polo to gitara, żywa perkusja i nawet jakiś bas, a nie podkład “z dyskietki” na keyboardzie.
      Z kolorami to na pewno błąd, bo wersja kinowa wyglądała inaczej. Zwiastun też. Fachowcy w necie pisali, że ktoś pomylił przestrzeń barwną, bo kina operują na innej niż telewizja i przy konwersji się rypło.
      Co do dziwnych filmów, to jeszcze nie powiedziałem ostatniego słowa. Mam na celowniku hity w stylu Flesh Gordon (nie mylić z Flashem), albo dokonania Tinto Brassa.

      Reply
  • 23 kwietnia 2020 at 10:34
    Permalink

    Może z innej beczki – gdzie się podziała recka “365 dni?” Wsiąkła jak Laura na Sycylii…

    Reply
    • 23 kwietnia 2020 at 14:22
      Permalink

      Już jest z powrotem. Problemy techniczne.

      Reply
      • 23 kwietnia 2020 at 15:25
        Permalink

        Jak widzę wróciła niestety z komentarzami. Jej, nadal mi się śnią po nocach…

        Reply
        • 23 kwietnia 2020 at 22:42
          Permalink

          Znak czasów. 😉 Ja się mimowolnie dowiedziałem paru ciekawych rzeczy, a Varysowi życzę uwolnienia się od mrocznych myśli. Myślę, że jest do uratowania.

          Reply
  • 23 kwietnia 2020 at 22:50
    Permalink

    Ale co ma wspólnego LIMALH z Zenkiem to ja nie wiem. Po prostu siedzi w Polsce garnie kasę za sylwestry i inne tego typu imprezy, występuje w jaka to melodia to i przy okazji w Zenku wystąpił. No chyba, ze w filmie jest do tego jakieś nawiązanie. Martyniuk słuchał Limalha, czy co???

    Reply
    • 24 kwietnia 2020 at 06:16
      Permalink

      Tak. Słuchał, uczył się tekstu, śpiewał. Motyw muzyczny Niekończącej się opowieści przewija się przez cały film. Zakładam, że to ulubiona piosenka Zenka z lat młodzieńczych, więc postanowili Limahla w roli cameo ściągnąć

      Reply
  • 24 kwietnia 2020 at 16:44
    Permalink

    Ta piosenka byłaby słaba gdyby nie to, że łączy się z kapitalnym filmem. Jednak bez tego filmu jest nijaka.

    Reply
    • 24 kwietnia 2020 at 21:59
      Permalink

      Nie zgodzę się. Był czas, że młodzi ludzie naprawdę szaleli na punkcie tej piosenki. A ilu z nich oglądało film? Garstka. Ja np. do dziś go nie widziałem. Choć stawianie Zenka w jednym rzędzie z Limahlem to jakieś nieporozumienie. To zupełnie inna muzyka. Jego można by porównywać z jakąś kapelą a la octoberfest.

      Reply
      • 25 kwietnia 2020 at 22:47
        Permalink

        O! Dla mnie to zawsze była jakaś piosenka z TEGO filmu. Oglądałem go na kasecie kilka razy. Polecam.
        Limahl w sumie był takim Zenkiem w Kajagoogoo. Podczas gdy reszta zespołu chciała grać całkiem ciekawe rzeczy, Limahla ciągnęło do tandetnego synthpopu.

        Reply
        • 25 kwietnia 2020 at 23:11
          Permalink

          Nie, nie. Nie “Zenkiem”. 🙂 Mimo iż niektórzy próbują tego porównania, to jednak synthpop – albo jak myśmy wtedy woleli mówić “new romantic” (ewentualnie “italo disco” choć właściwie to dwa różne gatunki bardzo podobnej w brzmieniu muzyki) – nawet w najbardziej tandetnym wydaniu jest jednak czymś zupełnie innym niż muzyka, którą uprawiają “Zenki”. Przede wszystkim nie zawiera elementów muzyki biesiadnej czy ludowej, a teksty są zupełnie z innej bajki. Jeżeli znasz teksty piosenek Kajagoogoo to musisz wiedzieć, że nie da się tego porównać z tekstami disco polo. Nasze pokolenie, które w latach 80 wychowało się na new romantic oraz italo disco, było i jest najbardziej nieprzejednanymi wrogami disco polo. Bardziej niż rapu i heavymetalu. Szlag nas trafia, gdy ktoś utożsamia i porównuje disco polo z italo disco. 🙂

          Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 pozostało znaków