Le Mans ’66 (2019)

Zawsze muszę się przyczepić do tytułu, jeśli mam okazję. No po prostu nie popuszczę. Wiem, że zmiana dotyczyła całej Europy i u nas niby “Le Mans ’66” jest bardziej chwytliwe niż “Ford v Ferrari”, ale czy na pewno? Forda i Ferrari jako globalne marki samochodowe znają nawet ludzie bez prawa jazdy. O wyścigu we Francji, który trwa 24 godziny… już nieporównywalnie mniej osób, a historię tego konkretnego wyścigu znają głównie pasjonaci sportów motorowych. Dlatego nie rozumiem zmiany, chyba że decyzję podjął jakiś Amerykanin myślący, że wie wszystko o Europie. Co więcej – czy ta dziwna maniera dawania “v” zamiast “vs” to moda zapoczątkowana przez “Batman v Superman”, czy tak bywało wcześniej, a tylko ja przespałem? To jednak detal. Najbardziej dziwi mnie w oryginalnym tytule niemal kompletny brak związku z… fabułą. Dziwne, nie? Więcej na temat za chwilę.

Kadr z filmu "Le Mans '66"
Wyścigi pokazano efektownie, ale bez cyrkowych sztuczek z montażem.

Rzecz dzieje się w latach 60. Sprzedaż Fordów spada, bo już nie są “cool”, więc pojawia się pomysł na poprawienie wizerunku marki: weźmy udział w wyścigach. Początkowo planem było nabycie podupadającego Ferrari, ale właściciel, słynny Enzo, pokazał Amerykanom środkowy palec (niemal dosłownie, obraził ich auta, fabryki i w najbardziej niewybredny sposób samego Henry’ego Forda II) i dał się podkupić Fiatowi, używając negocjacji z Jankesami do podbicia stawki. Tego oczywiście dzielni potomkowie kowbojów znieść nie mogli. Zatrudniają więc legendarnego Carrolla Schelby’ego (Matt Damon), by ten skonstruował w rekordowym czasie maszynę, która pokona Ferrari w 24-godzinnym wyścigu na torze Le Mans. Wyścigu kompletnie zdominowanym przez Włochów (sześć triumfów na sześć startów w latach 1960-1965). Schelby się zgadza, ale stawia warunki. Jednym z nich jest zatrudnienie kierowcy znanego z wybuchowego charakteru, Brytyjczyka, Kena Milesa (Christian Bale).

Kadr z filmu "Le Mans '66"
Jedna z zabawniejszych scen, Henry Ford II poznaje potęgę swojego auta.

Niby wszystko jest oczywiste. W lewym narożniku “fani pizzy”, w prawym “hamburgeiros” i zaczyna się wyścig z czasem. Tylko że niekoniecznie. Włosi pojawiają się na początku przy próbie wykupienia firmy i na koniec w finale. Cała reszta to – owszem, walka – ale na zupełnie innym poziomie. Dlatego najlepszym tytułem byłoby “Marzyciele vs korporacja” albo “Pasja vs wyrachowanie”, albo “Fachowcy kontra białe kołnierzyki”. Do tego sprowadza się bowiem akcja filmu. Ken i Carroll budują i testują auto. Jest między nimi trochę ognia, ale prawdziwy konflikt dzieje się na ciut wyższym poziomie. Schelby musi stale walczyć z bezlitosną polityką Forda, którego marketingowcy nie znają się na niczym związanym z wyścigami. Generalnie przedstawieni są tak, jakby nie znali się na niczym.

Kadr z filmu "Le Mans '66"
Christian Bale jak zwykle nie schodzi poniżej pewnego poziomu.

W ten sposób objawia się pierwszy problem: przejaskrawienie. Historia opowiadana jest trochę jak baśń, i jest bardzo wyraźny podział na dobrych i złych. Leo Beebe (w tej roli Josh Lucas), w Fordzie drugi po właścicielu firmy, jest pokazany tak groteskowo jako czarny charakter, że zabrakło mi sceny, w której rzucałby na tor skórki po bananach, żeby auto Milesa wpadło w poślizg. Gdyby choć minimalnie pogłębiono jego sylwetkę. Pokazano jakieś niuanse, nie wiem, strach przed zwolnieniem, topór wiszący nad głową w postaci niedowiezionych liczb w dziale sprzedaży. Cokolwiek. A tu niby na początku szef krzyczy, ale akurat Leo wydaje się nietykalny. Ba, wydaje się być szarą eminencją rządzącą wszystkim z tylnego fotela. Pozostałe postaci, choć dobrze zagrane, też są bardzo jednowymiarowe. Miles to narwaniec z pasją, ale kochający mąż i ojciec. Do rany przyłóż. Schelby podobnie, geniusz, przyjaciel, filantrop, próbuje pogodzić ogień z wodą w ramach wiary w swoje ideały. Bardzo to banalne, czarno-białe i płaskie. Po prostu nudne.

Nieprzypadkowo napisałem o ideałach. Dowiemy się o tym wielokrotnie z dialogów, które momentami są tak nolanowskie, że musiałem sprawdzić listę płac, czy Christopher się tam gdzieś nie wcisnął z długopisem, żeby wcisnąć parę frazesów o życiu, walce o marzenia i innych w tym stylu. Na szczęście nie jest to problem całego filmu. Bywają rozmowy dobre, zabawne i warte posłuchania, ale sporo jest też bardzo czerstwych “one-linerów” i nadętych kazań.

Kadr z filmu "Le Mans '66"
Widoki plus przepiękne auta – tego w filmie nie brakuje.

Sceny wyścigów robią wrażenie. Nie ma tam za dużo CGI (podobno z rzadka i tylko tła), co w dzisiejszych czasach jest godne pochwały. Dobrą decyzją było też kręcenie szerokimi kadrami, bez wariackiego montażu i setki krótkich cięć. Zawsze widać co się dzieje, kto się z kim ściga, czy kto kogo wyprzedza. Nie ma chaosu, można podziwiać jedne z najpiękniejszych maszyn w ruchu, w pełnej okazałości. Jeśli miałbym ponarzekać na ten element, to jedynie na fakt, że dali mi tego za mało. Szczególnie jeśli idzie o finał. Podbudowa dwóch pierwszych aktów była tak mozolna i rozwleczona, że kiedy zaczyna się tytułowy (dla Europejczyków) wyścig, ja czułem znużenie i zero emocji.

Kadr z filmu "Le Mans '66"
Damon i Bale na ekranie mają sporo pozytywnej chemii.

Aktorów mogę pochwalić, ale to najwyżej solidnie wykonana robota. Bale i Damon robią na ekranie co mogą, ale mogą niewiele, bo scenariusz wpycha ich w te płaskie, jednoznaczne postaci i niewiele pozostawia do interpretacji. Dodam też, że wszystko jest… za ładne. Nie tylko postaci. Wszystko. Nawet jak Ken Miles jest uwalony smarem, widać, że to smar speców od charakteryzacji, tak samo brud na autach, błoto. Ciężko to opisać, ale ten film jest zbyt ładny. Za mocno podbito paletę kolorów i wciąż miałem wrażenie, że oglądam coś sztucznego, odtworzenie prawdziwych wydarzeń, a nie prawdziwe wydarzenia. Trudno to wyrazić słowami i może nie każdemu będzie przeszkadzać. W genialnym “Wyścigu” Rona Howarda z 2013 roku realizacja była dużo lepsza.

Kadr z filmu "Le Mans '66"
Carroll Schelby, legenda motoryzacji, podobno w filmie trochę ugładzona wersja oryginału.

Nie zważajcie jednak na moje narzekania. “Le Mans ’66” nie jest złym, niedobrym czy koszmarnie zrobionym filmem. Nic z tych rzeczy. To jest poprawnie zrobiony film, który mnie kompletnie niczym nie zachwycił. Wszystko jest tu… poprawne, przewidywalne i płytkie. Stara szkoła się kłania. Dlaczego stara? Bo nie mam wątpliwości: gdyby produkcja pojawiła się na ekranach 25-30 lat temu, liczba nominacji do Oscara byłaby dwucyfrowa. Świat jednak poszedł do przodu i dziś trzeba czegoś więcej niż “duży budżet, znane twarze, wszystko ładne i poprawne”, żeby zrobić na widzach wrażenie. Mnie nie porwał kompletnie, ledwie wytrzymałem ponad dwie i pół godziny, a na finale byłem zbyt znudzony, żeby jeszcze odczuwać jakieś emocje. Od “Wyścigu” słabszy o co najmniej dwie klasy.

-->

Kilka komentarzy do "Le Mans ’66 (2019)"

  • 5 lutego 2020 at 12:49
    Permalink

    https://www.youtube.com/watch?v=sfHxPW45AK4
    https://www.youtube.com/watch?v=NEw2GD707mE

    W pierwszym linku pełna wersja ‘hamburgeiros’ Maleńczuka. Masz u mnie za to plusa 🙂 W drugim opening kapitalnego anime o wyścigach. Skojarzyło mi się.

    Brakło mi akapitu o dźwięku i montażu. Bo tu mogą być Oscary. Wymieniłbym go za akapit o dialogach Nolana. Jesteś pewien, że nie pomyliłeś Nolana ze Spielbergiem albo Bayem? Nolan to raczej stawiał na teksty egzystencjonalistyczne…

    Reply
    • 5 lutego 2020 at 12:57
      Permalink

      Nolan gdzieś tak od Mrocznego rycerza przestał pisać dialogi, a zaczął wzniosłe deklamacje. Tam to jeszcze nie przeszkadzało, ale już trzeci Batman, a zwłaszcza Interstellar (tfu!) i Dunkierka były nie do zniesienia. Nie wiem, czy o to Sithowi chodziło, ale podejrzewam, że tu mogło właśnie tak być.

      Reply
      • SithFrog
        5 lutego 2020 at 14:39
        Permalink

        Dokładnie o to mi chodziło. Obejrzałem niedawno wszystkie trzy Batmany ciurkiem i w trzecim są już tylko przemowy i tu było podobnie. Czasami bohater Ford v Ferrari chce coś powiedzieć koledze, ale tak naprawdę to kaznodziejskie kazanie do widzów o wartościach, poświęceniu i w ogóle!

        Reply
    • SithFrog
      5 lutego 2020 at 14:38
      Permalink

      “W pierwszym linku pełna wersja ‘hamburgeiros’ Maleńczuka.”

      <3 Ta piosenka to jest sztos. Słucham po każdej porażce kadry zamiast "nic się nie stało, Polacy, nic się nie stało" 🙂

      Reply
    • 6 lutego 2020 at 16:27
      Permalink

      Już myślałam, że ten opening będzie od “Mashin Hayabusa”, bo też o wyścigach i też z drapieżnym ptakiem☺. Samego anime nie znam, ale rockową wersję czołówki uwielbiam. Ale w internetach jej chyba nie ma.

      Reply
  • 5 lutego 2020 at 15:08
    Permalink

    Krótka piłka: Lepszy czy gorszy niż Le Mans z McQueenem? Pierwszy raz jak usłyszałem o recenzowanym filmie to pomyślałem że to jakiś remake, albo coś w tym stylu.

    Reply
  • 5 lutego 2020 at 23:06
    Permalink

    A mi się podobał. Co do tytułu to chyba w Europie tak już funkcjonuje. Mieszkam w IE i też Le Mama. Może i trochę przebarwiony. Jest fajny dokument o Schelbym jak to wyglądało z budowaniem aut i całą otoczką a w filmie chyba chcieli pokazać zapał i wiarę tych chłopaków oraz miłość i pasję do tego co robią. Co do ludzi z korporacji to chyba w społeczeństwie jest taki ich odbiór. Ludzie robiący wyniki i nakrecajacy korporacje często wielu nimi gardzi a jednocześnie zazdrości. Ja daję 7.5 bo jakoś tak fajnie mi się to oglądało, może za akcent Milesa którego czasami nie rozumiałem. 😉

    Reply
    • SithFrog
      6 lutego 2020 at 17:47
      Permalink

      Le Mama? 😉

      Reply
  • 5 lutego 2020 at 23:08
    Permalink

    Odnośnie tego v zamiast vs to gdzieś w okolicach premiery Batman v Superman, chyba na dawnym Hataku, czytałem, że vs oznacza walkę fizyczną, a v głębszy konflikt, np. sądowy. Tu by się musiał wypowiedzieć jakiś amerykanista.

    Reply
    • SithFrog
      6 lutego 2020 at 17:47
      Permalink

      A to jestem w szoku, myślałem, że v to po prostu jeszcze bardziej skrócone vs.

      Reply
  • 10 lutego 2020 at 18:53
    Permalink

    A mnie w tym filmie irytowało wykładanie wszystkiego na tacy. Trochę traktowanie widza jak debila. Nawet jak jakieś motywy były jasne to film musiał dla pewności jeszcze to wyjaśnić. Idealnie widać to po postaci syna Milesa. Shelby daje mu na koniec filmu klucz, on musi powiedzieć, że to ten sam klucz, który Miles wrzucił w niego na początku filmu, mam wrażenie, że jego postać była głownie po to, aby wyjaśniać coś czego nierozgarnięty widz mógł nie wyłapać…

    Reply
    • SithFrog
      11 lutego 2020 at 09:11
      Permalink

      TAK! Zapomniałem o tym. Jak zaczął się ten dialog to pomyślałem: nie no, chyba nie będzie teraz tego tłumaczyć… a tu siup, niespodzianka! Już lepsza byłaby retrospekcja z muzyczką.

      Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 pozostało znaków