Błąd. Duży Błąd. (czyli kilka słów o Bondzie nowym, Bondach starych oraz o muzyce)

Korciło mnie od dłuższego czasu, by napisać felieton o zawirowaniach dotyczących nowego Bonda. Jestem fanem serii, widziałem każdy z filmów co najmniej trzy razy (w tym niekanoniczne, surrealistyczne Casino Royale z 1967 roku i Nigdy nie mów nigdy z 1983, czyli remake Thunderbolta, powstały dzięki zamieszaniu związanemu z prawami autorskimi). Na swój pierwszy kinowy film o agencie 007 – GoldenEye – wślizgnąłem się w trakcie ferii zimowych w 1996 roku. Musiałem wykorzystać szereg szpiegowskich trików, bo byłem grubo poniżej minimalnego dopuszczalnego wieku (jeśli dobrze pamiętam, to film był od 15 lat), który uprawniał do podziwiania Famke Jensen w roli cudownie drapieżnej Ksenii Nagórnej (w oryginale Onatop). No dobrze, tak naprawdę to nie musiałem się nigdzie przekradać, bo film widziałem w starym kinie, w którym nikt nie sprawdzał dokumentów, ani nawet nie spoglądał na wchodzące na salę dzieciaki – o ile tylko kupiły bilety.

Przez tę sympatię do filmów o Bondzie jakoś nieszczególnie przypadały mi do gustu zapowiadane od dłuższego czasu zmiany formuły filmu. Wielu krytyków zżymało się, że Bond to biały, heteroseksualny mężczyzna, który nie dość, że samym swym istnieniem utrwala patriarchat, neokolonializm i -tfu- kapitalizm, to jeszcze bardzo przedmiotowo traktuje kobiety, przez co nie pasuje do współczesności. Nie da się ukryć, że w zarzutach – szczególnie tych dotyczących kobiet – pobrzmiewało ziarno prawdy. Ale też Bond nigdy nie miał być wzorem do naśladowania, ale eskapistyczną bajką dla facetów. A kobiety o dwuznacznych nazwiskach, rzucające się na agenta 007, stanowiły element fantazji równie wiarygodny jak meloniki z piłami tarczowymi. No, ale czasy mamy nieubłagane, więc trzeba było Bonda zmienić. Nikt się wprawdzie jeszcze nie odważył zrobić go czarnoskórą kobietą (w najnowszym filmie też – mimo zabaw słownych sugerujących, że tak właśnie będzie), ale scenarzyści poczynili wielkie starania, by najsłynniejszy szpieg świata stał się postacią nieznośnie smutną i przygnębiającą. Ilość sercowych podbojów zmalała, przemoc pozostała na stałym poziomie, dramatycznie wzrosła ilość smętów i spożywanego alkoholu. To nie moje wrażenia, potwierdzają to filmowe statystyki.

Szkoda mi trochę Daniela Craiga, bo choć podobny zjazd jakości filmów przeżył również Pierce Brosnan (genialna pierwsza produkcja, coraz słabsze sequele, aż po żenujący ostatni finał), ale w przypadku obecnego aktora nie ma w tym zjeździe ani odrobiny gracji. Craig zagrał Bonda przez półtorej dobrego filmu – mam tu na myśli Casino Royale i połowę Skyfalla. Reszta była chaotyczna, słaba albo przynajmniej niebondowska. A najgorsze dopiero przed nami.

Tak przynajmniej wnioskuję z piosenki do najnowszego (i oby ostatniego) filmu z Danielem Craigiem w roli agenta 007. Nie jest to utwór najgorszy. Tu palmę pierwszeństwa oddajmy Madonnie i makabresce, którą przygotowała na okoliczność filmu Die Another Day. Ale jest to piosenka co najmniej równie nietrafiona jak Another Way To Die z Quantum of Solace – utwór Alicii Keys i Jacka White. Na dodatek jest to kawałek autentycznie depresyjny.  Zresztą posłuchajcie sami – oto Billie Eilish i No Time to Die.

 

I właśnie publikacja tego utworu skłoniła mnie, bym porzucił pomysł felietonowego znęcania się nad nowym Bondem (bo też jakoś, mimo prób usilnych, jak na felieton, to był ten tekst ułomny), a zamiast tego zachęcił Was do dyskusji na temat muzyki w tym filmie. No i podzielił się kilkoma własnymi ulubionymi motywami muzycznymi. A zatem – to moja subiektywna lista siedmiu najlepszych piosenek z filmów o 007. Na parę świetnych kawałków (Thunderball Toma Jonesa, A View to a Kill od Duran Duran, License to Kill prześwietnej Gladys Knight, The World is Not Enough od Garbage czy Live and Let Die Paula McCartneya) brakło miejsca, choć też należy im się uznanie. No to zaczynajmy!

007 – Adele “Skyfall”

Film nierówny, piosenka dobra, głos niesamowity. Utwór chwilami subtelny.. a potem potężny. Jak sama Adele.

 

006 – Chris Cornell “You Know My Name” (z Casino Royale)

Powiadano, że rockowy kawałek nie pasuje do Bonda. Mylono się i nie pamiętano, że już wcześniej z powodzeniem znajdowały się w tej formule nawet utwory pop. A Cornell genialnie uzupełnił najlepszy film o Bondzie z epoki Craiga.

 

005 – Sheryl Crow “Tommorow Never Dies”

Zjawiskowa Sheryl w kawałku przywołującym pierwsze filmy o Bondzie. Film może być anachroniczny i śmieszny, a Wielki Wróbel niestraszny, ale utwór się nie zestarzeje.

 

004 – “On Her Majesty’s Secret Service”

To tak zwana “niespodziewajka”, czyli jedyny motyw instrumentalny z całej serii (wyjąwszy oczywiście klasyczny motyw bondowski, który otwierał Dr No). Ale tak jak film jest niesłusznie skreślany ze względu na zmianę aktora (George Lazenby był po prostu zbyt dramatycznie różny od Connery’ego), tak i o utworze zbyt łatwo się zapomina. A to jeden z najlepszych kawałków!

 

003 – Shirley Bassey “Goldfinger”

Jedyna, niezrównana. Próbowałem kiedyś zaśpiewać Goldfingera w barze karaoke. Na szczęście nie zachowało się żadne nagranie z tego wydarzenia. Osoba pragnąca rzecz uchwycić komórką dostała “kiss of death from mister… Gooooldfinger!”

 

002 – Nancy Sinatra “You Only Live Twice”

Dla równowagi utwór niesamowicie subtelny i delikatny, ale pociągający swą tajemniczością i orientalizmem. I posiadający autentyczne przesłanie. Piękna piosenka.

 

001 – Tina Turner “GoldenEye”

Może nie jestem w stanie ocenić rzeczy racjonalnie. Może przemawia przeze mnie nostalgia. Ale mam wrażenie, że pierwszy film z epoki Brosnana nie odniósłby takiego sukcesu i nie odrodził całego gatunku filmu szpiegowskiego, gdyby emocji nie rozgrzała wcześniej Tina Turner, tworząc idealny motyw przewodni filmu. Jest tu wszystko – niebezpieczeństwo, tajemnica, seksapil i przygoda. Ta piosenka jest tak dobra, że mógłby z niej korzystać każdy kolejny obraz o agencie 007. Cudo!

 

Ale oczywiście to tylko moje zdanie. Z chęcią poznałbym Wasze. Jakie utwory z filmów o Bondzie zrobiły na Was największe wrażenie? Podzielcie się wspomnieniami, opiniami i historią swych pierwszych Bondów!

-->

Kilka komentarzy do "Błąd. Duży Błąd. (czyli kilka słów o Bondzie nowym, Bondach starych oraz o muzyce)"

  • 18 lutego 2020 at 14:15
    Permalink

    a podono emo umarło śmiercią naturalną dekadę temu…

    Reply
  • 18 lutego 2020 at 14:21
    Permalink

    Ja piosenki z Bondów dzielę na te, które mogę katować na okrągło i te, których w ogóle nie chcę słuchać.
    Jedyna taką obojętną jest dla mnie Goldeneye.

    Na tym słabszym biegunie widzę przede wszystkim te pierwsze: właściwie wszystkie filmy z Connerym mają wg mnie słabe piosenki, do tego nie lubię tej z Casino Royale. Nie przypadły mi do gustu też kawałki do Żyj i pozwól umrzeć, Licencja na zabijanie oraz Zabójczy widok.

    Lubię te wszystkie spokojniejsze, melodyjne: wolrd is not enough, tommorow never die, for yours eyes only, piosenkę z quantum, spectre czy Skyfall. I też w to wpisuje się najnowsza, która bardzo mi się podoba.

    Natomiast najlepszą piosenką dla mnie jest Nobody does it better z filmu “Szpieg, który mnie kochał” który uważam za najlepszego Bonda ever 😉

    Reply
  • 18 lutego 2020 at 14:48
    Permalink

    Dużo fajnej muzyki stworzono na potrzeby Bonda, chociaż nie o wszystkich się pamięta.
    Ja wolę te mniej tradycyjne.
    Live and Let Die, A View to a Kill i The Living Daylights, chociaż Tina Turner też oczywiście wymiata. Goldeneye to chyba mój pierwszy Bond i pamiętam jak cały czas puszczali to w radiu i telewizji.
    A z klasycznej ery to chyba Diamonds are Forever i wspomniane You Only Live Twice.

    Niestety ostatnio poza Adele jest z tymi piosenkami bardzo biednie. Kompletnie nie pamiętam tych utworów i najnowszego też nie zapamiętam. Filmu również się obawiam.

    Reply
  • 18 lutego 2020 at 14:58
    Permalink

    Lol, zacząłem czytać z coraz większą ciekawością, bo spodziewałem się interesującego felietonu o tym dlaczego Bond schodzi na psy i dlaczego nowy Bond będzie słaby. I po świetnym początku dostałem przegląd piosenek xD Dael, oszukałeś mnie

    Reply
  • 18 lutego 2020 at 15:35
    Permalink

    No ale że na “live and let die” zabrakło miejsca w tym zestawieniu to gruby nietakt 😉

    Reply
    • DaeL
      18 lutego 2020 at 21:54
      Permalink

      Dostał “honorable mention” przed wyliczanką.

      Reply
  • 18 lutego 2020 at 16:27
    Permalink

    Podobno do roli Bonda był rozważany Richard Madden. Osobiście chciałbym go zobaczyć w tej roli.

    Reply
    • 18 lutego 2020 at 16:55
      Permalink

      Madden, to czemu nie od razu Kit Harington? Patrzyłby smętnie przez okno, pił herbatę ze swojego ukochanego kubka, a na widok seksownej agentki przysłanej przez złowrogą organizację ukryłby się pod łóżkiem. W następnej części musieliby przysłać agentkę-matkę, w swetrze, z rozstępami i porozciąganym staniku, ale o czułym kojącym głosie, jak nikt inny na świecie smażącej naleśniki z powidłami.

      Reply
      • DaeL
        18 lutego 2020 at 16:59
        Permalink

        Nie przesadzajmy. Naleśniki je się z dżemem, nie powidłami.

        Reply
        • 18 lutego 2020 at 17:10
          Permalink

          Ok, przepraszam, poniosło mnie.

          Reply
    • 19 lutego 2020 at 08:35
      Permalink

      #teamcavill (chociaż patrząc na to co robią z Jakubem Więzadłem to nie wiem czy chcę tego)

      Reply
  • 18 lutego 2020 at 17:15
    Permalink

    Jestem konserwatystą i znanym piewcą opresyjnego systemu patriarchalnego, więc dla mnie Bond to tylko Connery i Moore i nie ma żadnej dyskusji w tym przedmiocie. To nawet nie to, żeby wszystkie późniejsze filmy były do luftu, o nie. Trafiały się wśród nich całkiem udane produkcje. Ale one już nie były prawdziwymi “bondami”, z bondowskim klimatem i pazurem, ot zwyczajne kino sensacyjne, jakiego trzaska się bez liku. W dodatku Daniela Craiga po prostu organicznie nie trawię, więc powołanie go na Bonda ostatecznie pogrzebało dla mnie tę serię.

    Reply
  • 18 lutego 2020 at 18:29
    Permalink

    Jeśli chodzi o “GoldenEye” to zgadzam się w stu procentach. Tym bardziej, że debiut Brosnana w roli Bonda jest zarazem tym Bondem, którego jeśli wierzyć mojej pamięci, widziałem jako pierwszego. Całe intro świetnie podbija klimat, który trzyma w napięciu do ostatniego pojedynku Bonda z przyszłym królewskim namiestnikiem. Do dużych plusów tego filmu możemy wpisać Izabelę Scorupco

    Reply
  • 18 lutego 2020 at 18:35
    Permalink

    “On Her Majesty’s Secret Service” – jeden z najmniej znanych “Bondów”, a zarazem najwierniejsza ekranizacja. Do tego aktor, któremu było najbliżej do książkowego oryginału…

    Reply
    • DaeL
      18 lutego 2020 at 21:57
      Permalink

      Jak najbardziej. Ludzie nie mogli przełknąć Lazenby’ego po odejściu Connery’ego… ale sam film był naprawdę dobry. Dużo lepszy od “Diamenty są wieczne”, czyli pierwszego powrotu do roli Connery’ego.

      Reply
      • 19 lutego 2020 at 08:48
        Permalink

        Myślę (a właściwie to teoria do której mi najbliżej), że Lazenby był kozłem ofiarnym tego filmu: jako jedyny kończy się negatywnie i dla ludzi przyzwyczajonych do tego co działu się o Connery’ego to był prawdziwy szok.
        Mamy więc niepopularne zakończenie, które buduje opinię o filmie,a z tego już łatwo wyciągnąć wniosek, że skoro tyle co zmienili aktora to na pewno nie podpasował publice.

        I zgadzam się, że film bardzo dobry 😀

        Reply
  • 18 lutego 2020 at 19:05
    Permalink

    Aha, zabrakło a-ha.

    Co do filmów z Brosnanem to myślę, że Tomorrow jest fajniejsze od GoldenEye. Większy rozmach, genialny opening, zdalnie sterowane BMW, sceny na motocyklu. Czyli nie zgadzam się, że było coraz gorzej 🙂 Chociaż faktycznie Brosnan kończył przygodę z 007 w tragicznym stylu.

    Reply
  • 19 lutego 2020 at 10:58
    Permalink

    DaeLu, czyżbyś popełnił… clickbait? Anyhow, w oczekiwaniu na pełnoprawny felieton przeleję swoje przemyślenia na papier. James Bond to eskapistyczna bajka o przygodach i pięknych kobietach. Ot Piotruś Pan dla chłopców, którzy jednak dorośli. U kobiet analogiczną rolę realizują wszelkiej maści Harlekiny i inne Greye. Też są krytykowane (chociażby Tomasz Raczek ostatnio zjechał 365 dni), ale nie ma to żadnego wpływu na realizację. Psy szczekają, a karawana jedzie dalej. Wiadomo, brak argumentu białych, heteroseksualnych mężczyzn (wręcz przeciwnie, Białowąs to zadeklarowana feministka) robi swoje. Mówię to z bólem, ale w kwestii fantazjowania o byciu uprowadzoną przez obrzydliwie bogatego Alvaro, kina nie powiedziały ostatniego słowa.

    No, ale James Bond to nie Don Massimo. Jego podboje łóżkowe przyciągały męską widownię, więc trzeba było to zrobić. I tak oto powstał Agent 007 na miarę naszych czasów. Nie skacze z kwiatka na kwiatek, za byłą płacze przed dwa kolejne filmy. Obrywa często i gęsto po swojej białej i heteroseksualnej twarzy. Nawet gadżety mu zabrali, bo mężczyzna ma dorosnąć, a nie bawić się zabawkami. Ogólnie egzystencja Craigowskiego Bonda jest tak smutna i żałosna, że przestał pić dla kurażu, a zaczął dla zabicia smutków.

    Nie ma to jak sabotować samego siebie by się komuś przypodobać kto nawet nie jest targetem. Podobna sytuacja z Rowling. N lat po napisaniu serii zaczęła sypać z rękawa retconami, bo wiatr zawiał z innej strony. Acz u Bonda sprawa jest o tyle gorsza, że wpływa na wydźwięk nowych serii, które mają coraz mniej wspólnego z Bondem. A przecież formuła wcale się nie zestarzała. Taki Kingsman zrealizował ją całkiem fajnie. Szkoda, że druga część popełniła wszystkie możliwe błędy sequelu.

    Co do Craiga to nie leży mi jako aktor i nie pasuje do roli Bonda, ale dałem mu kredyt zaufania. Zwłaszcza, że w Casino Royale wypadł naprawdę dobrze, a sam film odbierałem jako historię o Bondzie zanim stał się Bondem. Niestety kolejne części były już tylko gorsze. Nie było przemiany w eleganckiego kobieciarza, a wręcz przeciwnie… Agent 007 stawał się coraz mniej podobny do samego siebie. Era Brosnana przynajmniej trzymała się kina sensacyjnego i nie romansowała z dramatem.

    Co do piosenki to meh, po prostu meh. Wiele utworów Bonda uwielbiam, kilka nie cierpię, a wobec tej jestem po prostu obojętny. Ot bezpłciowe smęcenie, którego melodii zapominam sekundę po odsłuchaniu. Swoją drogą myślałem, że emo umarło śmiercią naturalną, a tutaj widzę, że Eilish i jej “depresja” sprzedają się całkiem nieźle.

    Reply
    • DaeL
      20 lutego 2020 at 11:05
      Permalink

      Clickbait nie, po prostu nie wiedziałem jak to nazwać. Clickbait zrobiłem chyba ze 2 razy na FSGK i to nie dla wyświetleń, lecz dla żartu.

      Reply
  • 19 lutego 2020 at 12:48
    Permalink

    Dla mnie w roli następnego bonda Tom Hardy, albo Christian Bale. I Paula Andersona, gość jest niesamowity w Peaky Blinders.

    Reply
    • 19 lutego 2020 at 14:42
      Permalink

      Hardy i Bale jako Amerykanie chyba są bez szans z definicji 😉

      Reply
      • 19 lutego 2020 at 18:17
        Permalink

        Tom Hardy urodzony: Hammersmith, Londyn, Wielka Brytania
        C. Bale urodzony: Haverfordwest, Wielka Brytania
        chyba, że o coś innego chodziło w twoim komentarzu.

        Reply
        • 19 lutego 2020 at 18:51
          Permalink

          Już chciałem napisać, że obaj są bez szans bo Bond powinien być wysoki ale potem przypomniałem sobie Craiga.

          Reply
          • 19 lutego 2020 at 19:39
            Permalink

            Bale jest Walijczykiem, tak samo jak Dalton. Conerry jest Szkotem, Brosnan Irlandczykiem, jedynymi Anglikami w służbie brytyjskiej królowej byli Moore i Craig. Jeszcze się trafił Lazenby z Australii.
            Hardy może rzeczywiście za niski na Bonda – trzy centymetry niższy od Craiga, Bale 183 cm, gdzie oprócz Craiga każdy miał powyżej 186, ale czy wzrost jest aż taki ważny. Hardy poradziłby sobie świetnie jako 007.

            Reply
  • 19 lutego 2020 at 14:03
    Permalink

    Piosenke do nowego Bonda kojarzylem z trailerow ale dzis przesłuchałem ja w całości i definitywnie zmieniłbym jej tytuł z “No Time to Die” na “Just Die”

    @kuba
    zgadzam sie w 100% co do Paula Andersona

    @oczekiwania v rzeczywistosc

    Następna Ms. Bond to bedzie połączenie nowej Pani Batwoman i Pani Palpatine a przepraszam Skywalker

    @Dael
    Kiedy felieton na temat Batwoman?

    Reply
    • DaeL
      20 lutego 2020 at 11:04
      Permalink

      Musiałbym się zmusić, żeby obejrzeć całość. A mimo najszczerszych chęci nie daję rady.

      Reply
  • 19 lutego 2020 at 16:06
    Permalink

    Tomasz Kot jako złol by pociągnął film, a tak to będzie słabizna. Na Bonda to Idris Elba i będzie jak w tym żarcie:
    Środek Zimnej Wojny. USA, obawiając się ataku ZSRR, szkolą szpiegów, by zdobyli informacje. Kurs kończy najlepszy z najlepszych wśród najlepszych. Dzień odprawy.
    – Listen! – mówi dowódca – Twoja mission jest top secret i very fuckin’ important. Twoim celem jest dotrzeć do Moscow i zdobyć top secret information na temat planowanej invasion! Potem nasz łącznik we Vladivostok załatwi ci powrót do USA. Zrozumiałeś?
    – Yes, sir! Znaczy… Da, tawariszcz kamandir!
    Zrzucają agenta na totalnym zadupiu. Po kilku godzinach znajduje wioskę – kilka chałupek na krzyż. Myśli sobie:
    – OK. Teoria teorią, time for practise.
    Dostrzega babulkę na ławeczce, podchodzi doń:
    – Zdrastwujcie, babciu.
    – Zdrastwujcie, amerikanski szpiegu.
    – Szto?
    – Zdrastwujcie, amerikanski szpiegu.
    – Szto? Ja nie amerikanski szpieg, ja ruski!
    – Niet, wy nie ruski, wy amerikanski szpieg.
    – Ja nie ruski? Nu pagadi!
    Odśpiewuje babulce hymn ZSRR, Katiuszę, Kalinkę, Pust wsiegda budziet sonce.
    – I szto? Ja nie ruski?
    – Niet, wy amerikanski szpieg.
    – To patrzcie teraz!
    Odtańcowuje jej kazaczoka i to tak jakby nic nie robił od dziecka, tylko nak***iał kazaczoki.
    – I szto? Ja nie ruski?
    – Niet, wy amerikanski szpieg.
    Facet myśli sobie:
    – Damn it. Jak ona? Yeah, w sumie mówić, śpiewać i tańczyć każdy się nauczy. Ale tego nie da rady…
    Tu wyciąga zza pazuchy pół litra. Otwiera i obala flaszkę w rekordowym tempie.
    – I szto? Ja nie ruski?
    – Niet, wy amerikanski szpieg. – Ale, kak wy? Gawarim kak ruski…
    – Da.
    – Śpiewam kak ruski…
    – Da.
    – Tańczę kak ruski…
    – Da.
    – Nawet piję kak ruski!
    – Da.
    – To kak wy poznali, ze ja amerikanski szpieg?
    – Panimajesz, u nas w Sajuzie czornych niet.

    Reply
  • 20 lutego 2020 at 12:59
    Permalink

    Moim zdaniem najlepszą piosenką była piosenka Sama Smitha Writing’s on the wall.

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 pozostało znaków