Alfreda Hitchcocka Przedstawiam: Sznur (1948)

Film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, potem zaś napięcie ma nieprzerwanie rosnąć.
—Alfred Hitchcock—

Powyższy cytat jednego z najwazniejszych twórców światowej kinematografii kojarzy pewnie każdy średnio zorientowany miłośnik filmu. Jest to uniwersalny przepis na udane dzieło, błyskotliwa definicja dreszczowca i zarazem wyzwanie rzucone wszystkim reżyserom parającym się zabawianiem widowni. Dzisiaj, w ramach nieregularnego cyklu, w którym postaram się zaprezentować moje ulubione filmy autora powyższych słów, przyjrzymy się, jak sam Hitchcock swoje koncepcje realizował. A nie ma ku temu lepszej okazji, niż obejrzenie siedemdziesięciominutowego “Sznura” – filmu co do joty spełniającego zaprezentowaną koncepcję.

Swoim zwyczajem postaram się unikać prezentowania przebiegu fabuły, chociaż w tym przypadku jest to zadanie karkołomne. Pierwsza scena rzeczonego filmu, w której następuje owo “trzęsienie ziemi”, jest elementem determinującym jego dalszy przebieg. Od niej wszystko się zaczyna i o nią właściwie cały czas będzie chodziło. O pewien występek, zbrodnię popełnioną przez dwójkę przyjaciół z lat szkolnych – Brandona (w tej roli znakomity John Dall) i Phillipa (mniej znany, choć również sprawdzony Farley Granger), którzy powodowani swoimi pokrętnymi przekonaniami o wyższości jednych istot nad drugimi, decydują się przenieść wyznawane idee na scenę życia.

Na zdjęciu cała obsada tego kameralnego majstersztyku. Pierwszy z prawej pan Alfred.

Mało tego, ich nietzscheańska wiara w istnienie nadczłowieka, którego nie obowiązują bariery spajające współczesne społeczeństwa, popycha ich do kolejnego eksperymentu. Panowie w miejscu, gdzie dokonali zbrodni, w otoczeniu jawnych dowodów swojego działania decydują się… urządzić przyjęcie. Z udziałem osób najbliższych, w tym rodziny ofiary ich okrucieństwa. W ten sposób rozpoczyna się porywająca rozgrywka, próba charakterów i prawdziwy popis scenariuszowej i reżyserskiej maestrii, której oglądanie przynosi mnóstwo frajdy.

Jeśli zapoznamy się, choćby pobieżnie, z filmografią Alfreda Hitchcocka, szybko dostrzeżemy, że jednym z najczęściej eksploatowanych i fascynujących reżysera wątków jest koncepcja zbrodni doskonałej. “Sznur” wpasowuje się w ten najbardziej wartki nurt twórczości mistrza i robi to w sposób utrzymujący widza na krawędzi krzesła. Hitchcock wszystko ustawia i determinuje już w rzeczonej pierwszej scenie, a później w niezwykle umiejętny sposób bawi się z odbiorcą. Jednym razem kulminując napięcie za pomocą linii dialogowych – niezwykle błyskotliwych, napisanych na potrzeby sztuki teatralnej przez Patricka Hamiltona; innym razem balansuje na granicy napięcia za pomocą pracy kamery, która zbliża lub oddala bohaterów na ekranie od odkrycia straszliwej prawdy. Wszystko jest przemyślane, zaplanowane i prowadzi do nieuchronnego końca. Wszystko jest też dowodem na mistrzostwo w operowaniu suspensem Hitchcocka – poziom, którego echa możemy dzisiaj doświadczyć, oglądając dzieła jego wiernych uczniów takich jak Quentin Tarantino czy chwalony na naszych łamach S. Craig Zahler.

Dwaj szaleńcy, od lewej: Brandon (John Dall) i Philip (Farley Granger). Pomiędzy duetem na ekranie jest tyle chemii, że współcześni recenzenci doszukują się w ich relacji podtekstów homoseksualnych (sic!).

“Sznur” był również tak naprawdę jednym wielkim eksperymentem warsztatowym. Pierwszą kolorową produkcją Hitchcocka. Pierwszym na świecie pełnometrażowym filmem nakręconym w czasie rzeczywistym, którego realizacja przypomina jedno ujęcie kamery. Czytelnicy z pewnością kojarzą oscarowego “Birdmana”, który w udany sposób to wrażenie imitował, a także klasyk “Dwunastu gniewnych ludzi”, którego Sidney Lumet faktycznie nakręcił za pomocą jednego klapsa na planie. Hitchcock nie mógł tego zrobić, chociaż to właśnie jego pomysł. W 1948 roku, kiedy kręcił “Sznur”, maksymalna długość kolorowej taśmy w kinematografie Technikolora wynosiła około 10 minut. “Sznur” został więc podzielony na takie właśnie segmenty, które uległy kilku modyfikacjom montażowym w postprodukcji.

Całość zrealizowano 10 ujęciami kamery na planie, które następowały jedna po drugiej. Oznacza to, że w trakcie realizacji ekipa techniczna na bieżąco modyfikowała ustawienie eksponatów, mebli, oświetlenia, mikrofonów i całej reszty technologicznych akcesoriów. Wrażenie? “Sznur” wygląda jak Teatr Telewizji, jak zarejestrowana w Albert’s Hall sztuka teatralna. Dzisiaj może to wywoływać wzruszenie ramion, ale warto pamiętać, że tę technikę Hitchcock opracował w czasie, kiedy czarno-biały odbiornik telewizyjny był towarem luksusowym, a w Wielkiej Brytanii nieśmiało rodziła się pierwsza ramówka publicznej BBC.

Jednym ze standardów warsztatowych pana Alfreda był wymóg, aby w każdym filmie występowała piękna i utalentowana aktorka. W “Sznurze” była to Joan Chandler. Innym standardem pana A.H. było dość obcesowe traktowanie zatrudnianych panien, ale o tym więcej opowiem przy okazji omówienia “Psychozy”.

Film uświetniają znakomite, utrzymane w konwencji teatralnej kreacje aktorskie. John Dall w roli pełnego psychopatycznych przekonań Brandona sprawdza się w roli głównego czarnego charakteru, przeciwwagę dla niego tworzy pełny rozterek Philip – znacznie mniej odporny psychicznie wspólnik w zbrodni, którego zagrał Granger. Prawdziwa uczta rozpoczyna się jednak wraz z pojawieniem się na ekranie ówczesnego supergwiazdora, Jamesa Stewarta – aktora, a zarazem oficera wojska amerykańskiego, którego kreacje, zarówno u Hitchcocka, jak i u Billy’ego Wildera, chwaliłem już na naszych łamach. Stewart gra pana Ruperta Cadella – błyskotliwego, ironicznego i nieco zadufanego w sobie byłego nauczyciela głównych bohaterów, którego wykłady niejako zainspirowały nieszczęsną dwójkę do popełnienia zbrodni. Wraz z jego pojawieniem się na przyjęciu, atmosfera filmu gęstnieje niczym dobrze ugotowany budyń czekoladowy, a w kulminacyjnych minutach seansu można ją śmiało kroić i podawać jako przystawkę wszystkim miłośnikom podobnych kulinariów.

James Stewart. Im więcej oglądam starodawnych produkcji z jego udziałem, tym mniej pozostaje mi powodów do zachwytu nad współczesnymi aktorami.

“Sznur”, pomimo swojego emocjonalnego sztafażu, pozostaje filmem niezwykle lekkim i przyjemnym w odbiorze. Zawiera w sobie elementy dreszczowca, niektóre fragmenty scenariusza żywcem wyjęte są z dobrze napisanej komedii sytuacyjnej, a dynamiczna i subtelnie uzupełniająca narrację praca kamery nie pozwala się na tym filmie nudzić. Zwłaszcza że trwa niewiele ponad godzinę, w której trakcie mistrz suspensu funduje widzom prawdziwy emocjonalny rollercoaster.

A dla wszystkich niezaspokojonych napisami końcowymi warto zaproponować rozwinięcie podjętych w scenariuszu wątków – historia o dwóch samozwańczych nadludziach została zainspirowana autentycznymi wydarzeniami, o których można poczytać tutaj. “Sznur” oficjalnie jest ekranizacją sztuki teatralnej wspomnianego Patricka Hamiltona, którą na kinową wersję zaadaptował Hume Cronyn – trzykrotny zdobywca Emmy, specjalizujący się w mini-serialowych kreacjach. Formalnie autorem scenariusza jest z kolei Arthur Laurents – dwukrotnie nominowany do Oscara, współtwórca m.in. klasyka z lat 60. “West Side Story”. Nie da się ukryć, że do realizacji swojego eksperymentalnego dzieła zaangażował Hitchcock prawdziwy dream team. A i on sam, swoim zwyczajem postanowił dwukrotnie w “Sznurze” wystąpić – oba cameo są niezwykle trudne do wyłapania i szacunek dla każdego, kto wskaże (choćby w komentarzach), bez zaglądania do obszernej literatury w internecie, w którym momencie można reżysera na ekranie zobaczyć.

Na zakończenie moje prywatne crème de la crème. Nie jestem pewny, czy kiedykolwiek widziałem lepiej opracowaną i zrealizowaną scenę niż ta powyżej. Majstersztyk, który trzeba zobaczyć.

Mam nadzieję, że zachęciłem Was do zapoznania się z nieco dzisiaj niedocenianym dziełem mistrza suspensu. On sam po latach nazywał “Sznur” nieudanym dziełem, niejako ulegając powszechnej wtedy krytyce płynącej – jak zwykle – z ust nieprzygotowanych na skomponowane przezeń nowości i rewolucje krytyków. Czas pokazał jednak, że zarówno zamysł, jak i wykonanie dzieła stało i stoi do dziś na najwyższym poziomie. Mnie osobiście “Sznur” zachwycił, a jego pierwszy seans pozostaje jednym z najprzyjemniejszych doświadczeń kinematograficznych w życiu. Czego i Wam życzę!

-->

Kilka komentarzy do "Alfreda Hitchcocka Przedstawiam: Sznur (1948)"

  • 24 września 2019 at 14:17
    Permalink

    Dla wszystkich dzieł, które wyszły z pod kamery takich reżyserów jak: Hitchcock, Scorsese, Tarantino, Cohen, etc… powinniście mieć inną skalę oceniania. Może do jednego tysiąca? Nie wiem. Natomiast faktem jest, że ,,Sznur” Hitchcocka i ,,Thor: Ragarok” Waitiego dostały najwyższą ocenę, choć są dwoma różnymi stylami filmów.

    Reply
  • 24 września 2019 at 14:37
    Permalink

    az ciezko uwierzyc, ze taki dobry film wyszedl tak dawno. zdecydowanie wyprzedzil swoje czasy. zdradzilbys nam, jakie jeszcze filmy hiczkoka planujesz zrecenzowac i są warte obejrzenia (i sie nie zestarzały)? 😀

    Reply
    • 26 września 2019 at 09:36
      Permalink

      na wstępnęj liście mam Człowieka, ktory wiedział za dużo, Okno na podwórze, Dial M for Murder oraz Psychozę.

      Reply
  • 24 września 2019 at 18:36
    Permalink

    Z tym aktorstwem to pojechałeś. Właśnie dziś wygląda to lepiej. Dziś- czyli gdzieś tak od początku lat 70- tych 🙂 Przynajmniej dziś aktorzy nie grają całe życie jednej roli.

    Cieszy mnie bardzo początek nowego cyklu. Czekam z niecierpliwością na więcej 🙂

    Reply
  • 25 września 2019 at 13:12
    Permalink

    Genialny reżyser, chociaż mam problem z oglądaniem jego filmów wiedząc jakim ten człowiek był pojebem.

    Reply
    • 25 września 2019 at 15:03
      Permalink

      Czegoś nie wiem, czy chodzi Ci o romansowanie z zatrudnionymi aktorkami?
      Przyznaje, że nie zgłębiałem biografii Alfreda. A może warto.

      Reply
      • 25 września 2019 at 15:55
        Permalink

        romansowanie z ładnymi paniami to chyba jeszcze nie powód, by nazywać kogoś pojebem 😀

        Reply
          • 25 września 2019 at 19:01
            Permalink

            Z artykułu: “Aktorka, która słynęła z niepewności co do własnego talentu, wpadała w stany depresyjne, gdy Hitchock początkowo tak zachwycony jej talentem, pomijał grę milczeniem. ”

            Nie rosmieszaj mnie 😛 aktorka ma grać na planie, a nie szukać poklasku reżysera

            “Kim Novak próbowała przeforsować swoje pomysły odnośnie kreowanej przez siebie postaci, ale Hitchcock nie dość, że nie poświęcał im uwagi, to jeszcze kazał wielokrotnie dublować scenę wrzucania aktorki do lodowatej wody”
            A może po prostu pomysły były slabe, a aktorka to nie reżyser żeby oceniać ilość dubli?

            “O Ingrid Bergman mówił, że nie chciała opuścić jego sypialni po przyjęciu, dopóki nie będzie się z nią kochał. I tym razem bez potrzeby i znaczenia dla fabuły. Plotki na swój temat podkręcał, dodając, że “wszystkie sceny miłosne z planu filmowego są kontynuowane w garderobie”.

            Podkręcał, bo świetnie rozumiał reguły showbiznesu. To było szokujące, prowadziło na pierwsze strony gazet i gwarantowało sprzedaż biletów.

            Ze sceną w Marnie to też kiepski argument, jakoś nikt go wtedy nie oskarżał, a aktorka nie była do niczego zmuszana. W ptakach z kolei widzę kontrowersyjne metody na uzyskanie autentyczności, ale on takie, podobne metody stosowal przez cala karierę. Nie chcę tutaj wybielać Hitchcocka, ale nasuwanie pojebem i ten artykuł to już przesada. Świętoszkiem nie był, co świetnie pokazano w filmie ‘Hitchcock’ z Hopkinsem w głównej roli.

            Reply
            • 25 września 2019 at 20:38
              Permalink

              Ja nie pisałem, że się z tym tekstem zgadzam. Ja wyjaśniałem skąd się brała opinia o Hitchu, jako o sadyście.

              Przywiązywanie ptaków do ramion i wrzucanie do lodu nie brzmią ani normalnie ani fajnie. Hitch nie jest jedynym. Wajda, Bertolucci albo von Trier robili podobnie. Dziś by to nie przeszło. Polecam wywiad, w którym Marzena Rogalska mówi o grze w ‘Kronice wypadków miłosnych’. Istny pornhub!

              Twój post brzmi jakbyś jednak próbował go wybielać. Reżyser wybitny, filmy wybitne, ale traktowanie aktorek jednak po… jebane.

              Reply
              • 26 września 2019 at 09:40
                Permalink

                Hitchcock sam był wobec siebie krytyczny i wielokrotnie przyznawał, że nie potrafi poradzić sobie ze swoimi wadami. Nie przeszkadzało mu to jednak zrobić zawrotnej kariery, ani niespecjalnie aktorkom, które bardzo ochoczo stawiały się na organizowane castingi.

                Dzisiaj zapewne wylądowałby na marginesie, jako bigoman i obrzydliwy potwór. I kto by nakręcił Psychozę?

                Reply
  • 25 września 2019 at 18:40
    Permalink

    moze powinienem sobie odswiezyc, bo akurat Sznura nie zaliczam do szczytowych osagniec Hitchcocka. swoja droga nastepnym razem zaproponuj cos z okresu angielskiego, bo kilka ogladalem i jak prawie kazdy amerykanski film byl co najmniej bardzo dobry tak z angielskich do takich zaliczam na razie tylko Starsza pani znika i 39 krokow.

    Reply
    • 26 września 2019 at 09:47
      Permalink

      okres angielski to kroki w nieznane Alfreda. Trzeba pamiętać, że po wprowadzeniu dźwięku do kina był on jednym z pierwszych eksperymentatorów, który testował różne rozwiązania reżyserskie, większość z nich aktualne są do dzisiaj. Trudno, żeby ówczesne jego filmy były dopracowane i genialne. To była jeszcze zupełnie inna epoka w kinematografii. Ale np. “Murder!” jest całkiem niezłe. Szczytowym osiągnieciem w UK jest dla mnie “Człowiek, który wiedział za dużo” i o tym filmie powininna kiedyś powstać notka.

      Reply
  • 26 września 2019 at 14:27
    Permalink

    Przykłady na jego sadyzm można mnożyć. Na planie ptaków masa zwierząt ucierpiała, a motyw z rzucaniem w aktorkę żywymi ptakami jest na tyle pojebany że określanie go “kontrowersyjnym” jest niedorzeczne. Jak to jest, że gdy jakiś patus zabije kota to najchętniej wszyscy by go ukamienowali, ale odrywanie ptakom nóg jest co najwyżej “kontrowersyjną” metodą. Ile jesteście w stanie wybaczyć komuś tylko dlatego że był znanym reżyserem? Nie ujmuję mu wybitności, ale na litość, on fascynował się scenami gwałtów na kobietach i kobiecych mordów.

    Reply
  • 26 września 2019 at 15:43
    Permalink

    Powtórzę jeszcze raz: metody miał kontrowersyjne, być może brutalne, być może sadystyczne – nie wiem. Nie rzucam oszczerstwami na podstawie wątpliwej jakości artykułów i świadectw domniemanych świadków, którym pamięć zaskoczyła kilkadziesiąt lat później. Uważam, że gdyby Hitchcock był sadystą, czy w jakikolwiek inny sposób wykraczał poza współczesne jemu normy prawne, zostałby za to skazany prawomocnym wyrokiem. Jego skrzywienia stałyby się pokarmem dla tabloidów (i tak były, ale w nieco ‘lżejszej’ kategorii wagowej niż sadyzm), a on sam jako człowiek wykraczający poza dopuszczalne granice skończyłby odtracony na zawsze. Dziwnym trafem nic takiego nie miało miejsca – kobiety, które angażował do swoich filmów zrobiły fenomenalne kariery, a o mordowaniu ptaków na planie czytam głównie w kontekście oskarżeń Tippi Hedren o jej traktowanie na planie “Ptaków”. Tej samej, która odważyla sie opowiedzieć o wszystkim dopiero po śmierci Alfreda i była posądzana o zwyczajne kłamstwa mające podkoloryzować jej historię. Wybacz prostolinijność, ale takie świadectwa z gruntu traktuję jako mało wiarygodne. Bo są bardzo wygodne dla wszystkich formułujących je w czasie, kiedy adresat nie ma już możliwości na nie odpowiedzieć.
    Jestem natomiast pewny, że na planie “Ptaków” był obecny przedstawiciel amerykańskiego urzędu ochrony zwierząt (jest to wymóg kontraktowy w USA) i żadnych nóg tam nikomu nie urywano.

    Reply
    • 26 września 2019 at 17:28
      Permalink

      Mam szczerą nadzieję że masz rację i że większość z tych oskarżeń na podstawie których sformułowałem moją radykalną opinię jest nieprawdą.

      Reply
    • 26 września 2019 at 18:34
      Permalink

      Takie wtedy były normy w Holly. Reżyser- facet był bogiem, kobieta- aktorka niewiele znaczyła. Dlatego ja w te oskarżenia wierzę. Inny świat, inne reguły. Dziś by go dawno wykopali i wyjątkowo psychoza politycznej poprawności i ekoświry mieliby rację.

      Reply
      • 26 września 2019 at 20:33
        Permalink

        Trochę zapominasz o tym, że czasy w których żyjemy determinują nas samych. Ja myślę, że dziś Hitch by po prostu na wiele z tych rzeczy sobie nie pozwolił. Pewnie byłby uznawany za ekscentryka, wariata, ale w typie takiego von Triera. A filmy robiłby jeszcze lepsze. Facet miał ogromna wyobraźnię i kreatywność, chciałbym zobaczyć jego pomysły przy dzisiejszych możliwościach technologicznych.

        39 kroków obejrzane właśnie przed półfinałem siatkarskich ME. Ktoś tu wyżej polecał. Całkiem dobre. Podoba mi się u Hitchcocka tą jego konsekwencja w przykuwaniu uwagi. Każdy jego film jest ciekawy, zaczyna się od interesującego wydarzenia (kultowe już trzęsienie ziemi), potem akcja lawiruje i naprawdę potrafi zmylić, a na końcu wszystko spaja zaskakujące zakończenie. Może nie w każdym filmie mu to perfekcyjnie wyszło, ale taki układ sprawia, że w ciemno można jego filmy oglądać. Nudne nie są 🙂

        Reply
  • 1 października 2019 at 16:16
    Permalink

    Powiem krótko. Więcej takich klasyków, więcej Hitchcocka. Interesujący tekst.

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 pozostało znaków