Manos: The Hands of Fate (1966)

Reżyserem, scenarzystą, producentem i odtwórcą jednej z głównych ról w filmie “Manos: The Hands of Fate” jest Harold P. Warren. Zapewne pomyślisz sobie, drogi Czytelniku, że pan Warren musiał być wyjątkowo utalentowany, by sprostać tylu zadaniom. Otóż nie.

Przeświadczenie, że “Manos” będzie filmem strasznym (choć niekoniecznie w taki sposób, o jakim myślał jego twórca) towarzyszy nam już od samego początku. Wprawdzie książki nie powinno oceniać się po okładce, a filmu po kilku pierwszych minutach, ale istnieją pewne przesłanki, wskazujące, że możemy mieć do czynienia z produkcją mało profesjonalną. Przesłanki, których lekceważyć nie należy. Na przykład pozostawione na początku scen ujęcia klapsu. Dźwięk niezsynchronizowany z ruchem ust aktorów. Kilkuminutowe i niezwiązane z fabułą filmu ujęcia całujących się nastolatków. Cztery bite minuty poświęcone na oglądanie samochodu sunącego powoli po drogach i – mało malowniczych – bezdrożach.

Przerażające.

Właściwy film zaczyna się w dziesiątej minucie, kiedy to Michael i Margaret, a także ich córeczka Debbie (wraz z pieskiem), docierają do domu zarządzanego przez dziwacznego człowieka imieniem Torgo. W związku z tym, że zapada zmrok, a małżeństwo nie może znaleźć hotelu, Michael prosi dziwnego gospodarza o to, by pozwolił im spędzić w domu noc. Nie zdaje sobie sprawy z tego, że dom należy tak naprawdę do Pana – nieśmiertelnego kapłana bóstwa nazywanego Manosem.

To klasyczny set-up horrorowy i historia, którą widzieliśmy już w niejednym filmie grozy. Tym dziwniejsze jest więc to, że naprawdę ciężko się ją w filmie śledzi. Swoją robotę odwala tu napisany bez ładu i składu scenariusz. W jednej z moich ulubionych scen, Torgo opowiada Margaret i Michaelowi, że “Pan nie jest martwy, tak jak ludzie to rozumieją”. Kobieta reaguje na te słowa – najzupełniej naturalnie – mówiąc, że jej się to nie podoba. A jej mąż? Uspokaja ją słowami: “Nie ma się czym przejmować, to tylko twoja wyobraźnia”. Że co? To nie ma sensu? Och, drogi Czytelniku, toż cały film stoi pod znakiem takich właśnie dialogów.

Z niewyjaśnionych powodów reżyser uwielbia pokazywać nam tę parę. Mimo, że nie mają wpływu na główny wątek.

Zresztą ma to chyba proste wyjaśnienie. Otóż w trakcie realizacji zdjęć ekipa straciła całą nagraną ścieżkę dźwiękową. Głosy aktorów trzeba było więc dubbingować. Oczywiście w normalnych produkcjach filmowych zdarza się, iż konieczne jest ponowne nagranie jakichś kwestii. Ale dubbingowanie całego filmu – to pewne nowum. Wydaje mi się też, że w trakcie nagrywania głosów do filmu, aktorzy nie mieli już pierwotnej wersji scenariusza. A przynajmniej do takiego wniosku doszedłem obserwując naszych bohaterów, którzy poruszają ustami w sposób kompletnie nie przystający do dźwięków dochodzących z głośników. Żeby było jeszcze śmieszniej, w procesie dubbingowania nie uczestniczyła większość aktorów, których zobaczymy w filmie. Niby występuje w “Manosie” kilkanaście osób, lecz możliwych do odróżnienia głosów będzie tylko pięć.

Jeśli ktoś uwielbia poszukiwania niedoróbek i absurdalnych błędów, to “Manos: The Hands of Fate” dostarczy mu zabawy na długie miesiące. Wyobraź sobie na przykład, drogi Czytelniku, że facet, który odgrywa Torgo, otrzymał specjalną drucianą konstrukcję do założenia na nogi. Miała ona stwarzać wrażenie, iż jego postać jest satyrem (ze zwierzęcymi, ogromnymi udami). Niestety aktor założył ją na odwrót, przez co nogi wyglądały raczej normalnie, ale każdy krok sprawiał mu autentyczny ból.

Niektórzy złośliwcy twierdzą, że istnieje podobieństwo pomiędzy Torgo, a młodym DaeLem w czasie juwenaliów.

No dobrze, ale dość już tych śmiesznych historyjek związanych z produkcją, wróćmy do samego filmu. Czego można się po nim spodziewać? Na pewno zapadających w pamięć kreacji aktorskich. Pod tym względem nie do pobicia jest wspomniany Torgo. Scen grozy zbyt wielu nie doświadczymy, będzie za to dużo całujących się nastolatków i kobiet siłujących się w bieliźnie i przezroczystych szatach. Ale na pierwszy plan wybije się muzyka. Jest głośna i towarzyszy każdej scenie (w końcu musi przykryć fakt, że na planie nie zarejestrowano żadnych dźwięków). O tak, słyszę ją po dziś dzień. Ba, główny motyw mógłbym nawet z pamięci zagrać na pianinie. Mimo, że nie umiem grać na pianinie.

Przez lata “Manos: The Hands of Fate” był – obok produkcji Eda Wooda – nazywany najgorszym filmem wszech czasów. I choć obecnie na ustach wszystkich miłośników koszmarnego kina jest przede wszystkim “The Room” Tommy’ego Wisseau, to moim zdaniem warto wrócić do tego klasyka. Ocena jaką wystawiam filmowi jest warunkowa. Za każde 10 mg alkoholu etylowego jaki spożyjecie przed seansem lub w jego trakcie, możecie doliczyć jeden punkt. Z mojej strony to tyle. Film znajduje się w domenie publicznej, dlatego też wklejam go poniżej i zachęcam do obejrzenia (po szybkiej wycieczce do barku).

 


 

-->

Kilka komentarzy do "Manos: The Hands of Fate (1966)"

  • 30 września 2018 at 17:27
    Permalink

    Czyli ktoś z zarządu tej strony poświęcił czas by obejrzeć i zrecenzować film ( BARDZO ZŁY jak widać) ale ta sama osoba nie możne znaleźć czasu żeby obejrzeć hmmm, nie wiem ,, Watched – Strażnicy”. Coś jest tutaj nie tak.

    Reply
    • DaeL
      30 września 2018 at 18:41
      Permalink

      Cóż mogę powiedzieć… oglądanie filmów klasy B to moje hobby. A co się tyczy filmu “Watchmen” (bo zgaduję, że o to pytasz), to widziałem. Zresztą Pquelim i SithFrog też. I pewnie któryś z nas w końcu poświęci temu filmowi tekst… choć to na pewno nie będzie krótka recenzja.

      Reply
    • 30 września 2018 at 21:06
      Permalink

      Cierpliwości. Ja czekam na El Mariachi z 1992r i kiedyś się doczekam.

      Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 pozostało znaków