
Taylor Sheridan mógł mieć ostatnio słabszy okres w karierze. Mógł w mało satysfakcjonujący sposób zakończyć drugi sezon „1923”, mógł rozczarować finałem głównej fabuły „Yellowstone” i zaliczyć kilka innych potknięć (choćby drugi sezon „Króla Tulsy”, naprawiony dopiero w trzeciej serii). A mimo tych oczywistych wpadek potrafił wrócić na sam szczyt z całą gamą nowych projektów. Co prawda o nowych przygodach Kayce’a lepiej nie mówić – Sheridan budował tę postać tylko po to, by wywrócić jej życie do góry nogami i zamienić serial w dość generyczny akcyjniak. Jednocześnie jednak ten współczesny bajarz snuje zupełnie nową historię – historię trzech nowojorskich kobiet, które trafiają na odludzie w Montanie.
Sheridan ma plan
Michelle Pfeiffer i Kurt Russell tworzą ekranową parę, która wydaje się idealna – taką, która zawsze potrafi znaleźć wspólny język. A jednak coś ich różni. Ona – Stacy – jest typową mieszkanką Nowego Jorku, zakochaną w luksusie i świetnie odnajdującą się wśród elit Wielkiego Jabłka. On – Preston – to bogaty biznesmen, który znalazł dla siebie odskocznię od miejskiej dżungli: miejsce pozwalające spokojnie oddychać, które kocha i które stanowi dla niego namiastkę raju. Tam przebywa wraz z bratem, w którego wciela się dawno niewidziany na ekranie Matthew Fox (Jack z „Lost”), z którym łączy go bliska, niemal przyjacielska relacja oraz wspólna przestrzeń do rozmów – również tych filozoficznych.
Już w pierwszym odcinku wyraźnie widać kontrast między Stacy a Prestonem. Widać też, że mężczyzna jest szczęśliwy w małżeństwie, ale nie do końca spełniony w życiu jako całości. Coś go uwiera – pojawiają się wątpliwości i refleksje dotyczące dotychczasowej egzystencji. To właśnie punkt wyjścia dla tej poruszającej opowieści o rodzinie, stracie, żałobie i poszukiwaniu tego, co naprawdę ważne – wewnętrznego spokoju. Preston ginie w tragicznych okolicznościach, a Stacy dopiero po jego śmierci zaczyna tak naprawdę go poznawać. Tyle w ramach wprowadzenia do głównej osi fabularnej.
Sheridan ma wizję
„The Madison” to swoiste, kameralne „Yellowstone”, pozbawione jednak wątków walki o ziemię, strzelanin i brutalnych porachunków. Zamiast tego mamy jedną starszą kobietę, dwie córki, jednego zięcia i dwie wnuczki. To ta niewielka grupa przeżywa swoje wzloty i upadki. Są gwałtowne kłótnie, krzyki, wyzwiska, ale też szczere wyznania i bolesne rozczarowania. Przez cztery odcinki serial dostarcza wielu momentów autentycznego wzruszenia. Sheridan, jak mało kto, potrafi przekazywać emocje. Tak było w „Yellowstone” – choćby w wątku Jimmy’ego czy w scenach z Johnem Duttonem tłumaczącym sens życia w Montanie. „The Madison” jest esencją tych momentów – zbiorem emocjonalnych scen składających się na jedną, spójną historię nowej rodziny.
Na szczególne wyróżnienie zasługuje postać Abigail. To bohaterka skomplikowana, momentami niekonsekwentna, podejmująca nieracjonalne decyzje, ale przez to niezwykle wiarygodna. Zagubiona, emocjonalna, wielowymiarowa. Z pozoru silna i zdystansowana, w rzeczywistości krucha i poraniona. Jej historia jest jedną z najbardziej poruszających w całym serialu.
Na drugim biegunie znajdują się jej córki i siostra – postaci znacznie mniej sympatyczne. To obraz rozpieszczonych, zapatrzonych w siebie młodych kobiet, nieznających prawdziwych trudów życia (choć najmłodsza z nich wypada najłagodniej). Widać tu typowe dla współczesności obsesje światopoglądowe, niewdzięczność i brak refleksji. Ich charakter najlepiej ujawnia się w scenach rodzinnych – przy wspólnych posiłkach czy podczas pierwszej wizyty sąsiada. Na tym tle jeszcze wyraźniej widać klasę i doświadczenie głównej bohaterki.
Sheridan ma nierówny styl
Można zachwycać się scenariuszem, realizacją, zdjęciami i oddaniem klimatu współczesnego Dzikiego Zachodu. Sheridan doskonale czuje świat kowbojów i ludzi żyjących w zgodzie z naturą. „The Madison” oferuje to wszystko. A jednak nie jest pozbawiony wad.
Pierwsza z nich to długość sezonu – zaledwie sześć odcinków. To zdecydowanie za mało, by w pełni rozwinąć wszystkie wątki. W wielu momentach narracja przyspiesza zbyt gwałtownie, sprawiając wrażenie skrótowości. Owszem, wiadomo, że powstały już kolejne sezony, ale pierwszy aż prosił się o większą objętość. To nie jest „dobry niedosyt” – raczej poczucie, że coś zostało niepotrzebnie ograniczone.
Druga wada to zbyt uproszczony kontrast między Nowym Jorkiem a Montaną. Sheridan od dawna stosuje ten zabieg, ale tutaj wyraźnie przesadził. Montana jawi się niemal jako raj, podczas gdy Nowy Jork zostaje sprowadzony do karykatury moralnego upadku. Ten kontrast powinien istnieć, ale w bardziej zniuansowanej formie. Przez to szósty odcinek, rozgrywający się na Manhattanie, wypada zdecydowanie najsłabiej – przerysowany, momentami wręcz irytujący. Można odnieść wrażenie, że twórca sam nie chce przebywać w tej przestrzeni i przenosi swoją niechęć bezpośrednio na ekran.
Sheridan ma perspektywę
W „The Madison” drzemie ogromny potencjał. To może być początek nowej, dużej sagi rodzinnej Sheridana. Nie potrzeba tu wielkiej akcji ani spektakularnych antagonistów – wystarczy subtelność, emocje i klimat. To wyraźna odskocznia od dotychczasowego stylu twórcy i jednocześnie propozycja dla widzów, którzy szukają bardziej ludzkiego spojrzenia na świat kowbojów.
Na tle innych produkcji – takich jak „Virgin River” czy „Ransom Canyon” – „The Madison” wypada znacznie dojrzalej i bardziej wiarygodnie. Sheridan nie idzie na skróty – pokazuje skalę, przestrzeń, autentyczność życia na ranczu. To jego znak rozpoznawczy. Sheridan nigdy nie oszczędza na przedstawianiu życia kowbojów w odpowiedniej skali i z należnym mu rozmachem. W pewnym sensie zmonopolizował tę niszę, a w pokonanym polu zostawił nawet Kevina Costnera. Teylor Sheridan jest w mojej opinii twórcą wielkim i obecnie jednym z głośniejszych nazwisk w całym świecie filmowo-serialowego showbiznesu. A „The Madison” to już teraz jego kolejny wielki sukces.
Serial jest zdecydowanie wart uwagi. Oferuje silne emocje, przemyślane wątki i wyrazisty klimat. Mógłby być jeszcze lepszy, gdyby twórca ograniczył swoją skłonność do narzucania jednoznacznej narracji i uproszczonych kontrastów. Brakuje też głębszego wejścia w społeczność Montany – zamiast tego dostajemy raczej powierzchowne zestawienia. Mimo to całość pozostaje bardzo solidna, a momentami wręcz znakomita. Szósty odcinek obniża ogólną ocenę sezonu, ale nie przekreśla jego wartości. Jeśli kolejne sezony utrzymają poziom emocjonalny i unikną powtórzenia tych błędów, „The Madison” ma szansę stać się jednym z najważniejszych projektów w dorobku Sheridana. To serial, który przez większość czasu działa znakomicie i przypomina, za co widzowie pokochali styl tego twórcy. Fani „Yellowstone”, zmęczeni jego przesadną brutalnością, znajdą tu dokładnie to, czego szukali. Ja znalazłem – i czekam na kolejny sezon.
The Madison (sezon 1)
-
Ocena kuby - 9/10
9/10








Zanim napiszesz komentarz zapoznaj się z naszymi zasadami zamieszczania komentarzy:
Regulamin zamieszczania komentarzy
Użyj tagu [spoiler] aby ukryć część treści komentarza:
[spoiler]Treść spoilera[/spoiler]