Książki

Magiczne lata (Robert McCammon)

Nostalgia to piękne, ale i niebezpieczne uczucie. Pozwala wracać pamięcią do miłych wydarzeń z przeszłości i wspominać dawne, niemal zawsze lepsze czasy. Równie często fałszuje zapamiętane obrazy, pokazując je przez różowe okulary. W ten sposób łatwo ulec wrażeniu, że wszystko, co dobre, już się nam przydarzyło, a przyszłość nigdy nie będzie w stanie dorównać przeszłości. Zwłaszcza jeśli cofamy się daleko, aż do szczenięcych – magicznych – lat. Korzystają na tym pisarze i filmowcy. Znakiem firmowych Stephena Kinga są opowieści o szalonych przygodach dzieciaków na amerykańskich zadupiach. Ten sam motyw wykorzystywał również Steven Spielberg i dziesiątki jego naśladowców – ostatnio bracia Duffer. Granie na nostalgii i opisywanie dziecięcych bohaterów od lat przyciąga nas do ekranów i książek, ale jest wielką niesprawiedliwością, że wśród najlepszych twórców tego typu dzieł rzadko wspomina się Roberta McCammona.

McCammon na tle wspomnianego Kinga z pewnością nie jawi się jako pracoholik. W latach osiemdziesiątych wydał 7 powieści, w tym kultową już dziś postapokaliptyczną “Łabędzią pieśń”. Zdobył uznanie, a jego książki trafiły na listy bestsellerów, jak jednak sam przyznawał w wywiadach – obawiał się zaszufladkowania jako autor horrorów. Stąd narodziła się myśl o nieco innej powieści, mniej krwawej, bardziej poetyckiej i zawierającej wiele elementów autobiograficznych. Efektem późniejszych prac były wydane w 1991 roku “Magiczne lata” (w oryginale “Boy’s Life”, w Polsce pierwotnie wydane jako “Chłopięce lata”). Czemu “magiczne”? Bo McCammon podobnie jak King, ale jeszcze bardziej inny współczesny klasyk – pogrążony w niesławie Neil Gaiman – ubrał rzeczywistość w fantastyczne, właśnie magiczne szaty, przydając zwyczajnym wydarzeniom i postaciom mistyczną aurę. O ile jednak u wspomnianych konkurentów elementy nadprzyrodzone są naturalnym składnikiem kreowanego świata, to McCammon zastosował zupełnie inny zabieg. Jego opowieść to wspomnienia lat chłopięcych spisane przez dorosłego, ale z perspektywy dziecka. I właśnie to dziecięce spojrzenie nadaje codzienności dodatkową warstwę, dzięki której wydarzyć może się absolutnie wszystko.

Mieliśmy czarną królową, która liczyła sobie sto sześć lat. Mieliśmy rewolwerowca, który ocalił życie Wyattowi Earpowi w corralu O.K. Mieliśmy potwora w rzece i tajemnicę w jeziorze. Mieliśmy ducha grasującego po szosach za kierownicą czarnego sportowego samochodu z łomieniami wymalowanymi na masce. Mieliśmy Gabriela i Lucyfera, i Zbója, który powstał z martwych. Mieliśmy najeźdzcę z kosmosu, chłopca o niezawodnym ramieniu i dinozaura, który do woli buszował po Merchants Street.

To było cudowne miejsce.

Bohaterem “Magicznych lat” jest dwunastoletni Cory Mackenson, a akcja powieści dzieje się na przestrzeni jednego roku, niemal na pewno 1964. Data nie pada nigdzie w tekście, ale można ją wywnioskować na podstawie wspomnianych w nim wydarzeń. A był to czas wielkich zmian w Stanach Zjednoczonych. Powojenna euforia stopniowo ustępowała miejsca niepokojom na tle rasowym i obyczajowym, Amerykanie za moment mieli uwikłać się w wieloletni konflikt w Wietnamie, na wolnym rynku coraz mocniej rozpychał się wielki kapitał, niszcząc drobnych przedsiębiorców, o prawa czarnoskórych walczył pastor King, a cały kraj dopiero co otrząsnął się po zamachu na JFK. Wszystko to brzmi poważnie, ale do mieszkańców małego miasteczka na terytorium Alabamy docierają raczej tylko dalekie echa tych wydarzeń. Tu życie płynie wolniej, a problemy są znacznie bardziej przyziemne. Chyba że ma się 11 lat (jest wczesna wiosna, więc do 12 urodzin jeszcze chwila) i jest się świadkiem morderstwa.

Śmierci nie można poznać. Nie da się z nią zaprzyjaźnić. Gdyby śmierć była chłopcem, stałaby samotna na uboczu, przysłuchując się śmiechom innych dzieci. Gdyby była chłopcem, nie miałaby kolegów. Odzywałaby się szeptem, a jej oczy naznaczone byłyby piętnem wiedzy, jakiej żaden człowiek nie zdoła udźwignąć.

Cory, rozwożąc z ojcem mleko po okolicznych domostwach, widzi wypadek. Do pobliskiego jeziora wpada samochód, a za jego kierownicą siedzi martwy człowiek. Wiadomo, że nie żyje, bo tata Cory’ego próbuje go ratować. Nikt nie wie, kim był denat, nie zgłoszono żadnego zaginięcia w okolicy, nie ma też śladu sprawcy. Jedynie zielone piórko, które chłopiec znajduje w pobliskich zaroślach nie będzie mu dawać spokoju. Ale czy uda się w końcu rozwikłać zagadkowe wydarzenie? Tego oczywiście nie zdradzę, lecz zapewniam, że po drodze do finału zdarzy się wiele niesamowitych rzeczy.

McCammon napisał “Magiczne lata” w formie 30 mini-opowieści. Każda z nich jest osobną przygodą, chociaż dzieją się w tych samych realiach i tym samym roku. Łączą się oczywiście w chronologiczny ciąg i wielokrotnie kolejne wydarzenia nawiązują do wcześniejszych – jest to wszak powieść, a nie zbiór opowiadań, ale każdy rozdział tworzy pewną całość, skupioną wokół jakiego tematu bądź zdarzenia i pomiędzy nimi bywają dłuższe przerwy czasowe. Taka konstrukcja nieco mnie na początku zdziwiła – spodziewałem się tradycyjnej fabuły pisanej ciągiem – ale szybko ją polubiłem. Nawet więcej. Rozdziały szybko zaczęły wyznaczać mi tempo czytania. “Magiczne lata” zajmują ponad 600 stron (i nie są to “nowoczesne” strony z wielkimi marginesami oraz powiększoną interlinią) i chociaż czyta się je bardzo szybko, to z premedytacją dawkowałem sobie przyjemność. Pierwszy raz zdarzyło mi się czytać książkę wolniej, niż bym mógł, bo po prostu zacząłem ją smakować jak dobry alkohol (przepraszam za nieetyczne zachowania). McCammonowi udało się w jakiś niesamowity sposób przelać na papier podobne uczucia, jakie sam odczuwam, wracając pamięcią do kolorowych lat dzieciństwa.

– Chłopcom się spieszy; chcą zostać mężczyznami, a potem nagle przychodzi dzień, kiedy żałują, że nie mogą znów stać się dziećmi. Zdradzę ci pewien sekret, Cory. Chcesz go usłyszeć?

Przytaknąłem,

– Nikt – szepnęła pani Neville – tak naprawdę nie dorasta.

Oczywiście Mazowsze to nie Alabama. Za wielką wodą nawet walka z pokrzywami może być przygodą godną największych herosów. Ale trzeba przyznać, że choć są w “Magicznych latach” elementy fantastyczne, to autor dawkuje je bardzo umiejętnie i niemal zawsze można ich obecność wytłumaczyć faktem, że historię poznajemy oczami małego Cory’ego. W jednym z pierwszych rozdziałów chłopak nocuje u kolegi, z którym wcześniej oglądał w kinie film o kosmitach przejmujących władzę nad ludźmi. Kiedy w środku nocy ojciec kolegi wraca pijany do domu i robi domownikom awanturę, jak inaczej mógłby to sobie wytłumaczyć dwunastolatek, jeśli nie właśnie porwaniem przez kosmitów? Nie dziwi więc zatem rower “zachowujący się” niczym westernowy rumak, tajemniczy chłopiec, który potrafił rzucać piłkę baseballową aż do samego nieba, potwór czyhający w rzece czy wreszcie umarli nie dający spokoju żywym. McCammon snuje baśń na jawie, przeplata historię z fantastyką, tworzy najprawdziwszy realizm magiczny.

– Że zawód roznosiciela mleka się skończył, wymarł jak dinozaury. Powiedzieli, że nie ma dla niego miejsca pośród tych wszystkich półek pełnych plastikowych butelek. Mówili, że hasłem przyszłości będzie: „Łatwo przyszło, łatwo poszło” i że tego właśnie chcą ludzie. (…)

– Cóż, ja wcale tego nie chcę.

Autorowi udało się przy tym stworzyć wspaniałą galerię postaci oraz miasteczko, które jest zarówno tłem wydarzeń, jak i nieodzowną ich częścią. Cory ma oczywiście paczkę najlepszych kumpli, dokuczają im lokalni osiłkowie, jedni nauczyciele popychają go do podjęcia decyzji, które zaważą na całym późniejszym życiu, inni okazują się sadystami. W czarnej dzielnicy mieszka i rządzi tajemnicza Dama, w lasach kryją się przemytnicy i panie lekkich obyczajów. Każdy ma swoją rolę w tej opowieści, każdy odcisnął jakieś piętno na Mackensonie – czy może należałoby wprost powiedzieć: McCammonie? Ile w “Magicznych latach” jest wątków autobiograficznych, wie tylko sam autor. Z jednej strony dzieli się intymnymi przemyśleniami i zdarzeniami, z drugiej przywołuje szeroki kontekst, bo ważnym elementem fabuły są wspomniane utarczki na tle rasowym oraz przemiany społeczno-kulturowe z lat sześćdziesiątych. Taką książkę mógłby napisać każdy z nas. Zamienić pokrzywy, z którymi dzielnie walczyliśmy patykami na krwiożercze rośliny-mutanty z kosmosu. Nadać lokalnym typom spod ciemnej gwiazdy paskudne motywacje, a babciny strych zamienić w wehikuł czasu. Wątpię jednak, czy komukolwiek udałoby się to zrobić z równie wielką gracją, żeby dorównać “Magicznym latom”.

– Chce pani, by mieszkańcy Bruton pamiętali, że ich przodkowie byli niewolnikami? – zdziwiła się mama.

– Tak, chcę tego. Muszą pamiętać. Nie po to, aby się nad sobą użalali. Ani po to, by czuli się pokrzywdzeni i uważali, że powinno się im dać wszystko, czego nie mają, lecz po to, aby mogli sobie powiedzieć: „Spójrzcie, skąd wyszedłem, i patrzcie, czym się stałem”. – Dama odwróciła się i spojrzała mamie w twarz. – Jedyna droga wiedzie wzwyż. Czytanie. Pisanie. Myślenie. To są szczeble drabiny prowadzącej wzwyż i do świata. Nie jęki, nie wyciąganie rąk i spętana niewolnicza mentalność.

Jest też jeszcze spinająca wszystko klamrą tajemnica trupa w jeziorze i muszę przyznać, że McCammon zręcznie uniknął tego, co niemal zawsze spapra Stephen King. Udało mu się napisać zakończenie, które jest satysfakcjonujące i nie sprawia wrażenia dopisanego na siłę. Nie pojawia się żadna deus ex machina, nie występują “botaki” i chociaż rozwiązanie zagadki nie jest bardzo zaskakujące ani tym bardziej najważniejsze dla całości opowieści, to pozostawia czytelnika z przyjemnym uczuciem domknięcia wszystkich wątków.

Myślę, że zdążyliście się już zorientować, że bardzo polecam sięgnięcie po “Magiczne lata”. To wspaniała, bardzo ładnie napisana powieść, którą postawiłbym obok “Przygód Tomka Sawyera”, wspaniałej i niedocenionej “Księgi cmentarnej” Gaimana oraz “To” Stephena Kinga. Nie jest tak krwawa jak ostatnia z nich, tak fantastyczna jak druga, ani tak staroświecka jak pierwsza, ale właśnie odnajduje idealny balans pomiędzy tymi elementami. McCammon to w tym wypadku bajarz, snujący opowieść, w której nie wiadomo które elementy są prawdziwe, a które nie. Mnie ta opowieść porwała, chociaż może bardziej adekwatnie byłoby powiedzieć, że wessała. Nie chciałem jej kończyć zbyt szybko, bo miło było spędzać czas z Corym i jego kolegami. Miło też było trzymać w rękach tak ładnie wydaną książkę ze świetną, bardzo klimatyczną grafiką na okładce i tradycyjnie dla wydawnictwa Vesper zaopatrzoną w dedykowaną zakładkę. Było to moje pierwsze spotkanie z Robertem McCammonem i jego twórczością (wszystko dzięki poleceniu kolegi Pquelima), ale z pewnością nie ostatnie. Już ostrzę sobie zęby na kolejne powieści tego autora.

Magiczne lata (Robert McCammon)
  • Ocena Crowleya - 9/10
    9/10

Egzemplarz do recenzji otrzymaliśmy dzięki uprzejmości wydawnictwa Vesper.

To mi się podoba 3
To mi się nie podoba 0

Crowley

Maruda międzypokoleniowa i mistrz w robieniu wszystkiego na ostatnią chwilę. Straszliwy łasuch pożerający wszystko, co związane z popkulturą. Miłośnik Pratchetta i Clancy'ego, kiedyś nawet Gwiezdnych wojen, a przede wszystkim muzyki starszej niż on sam.

Polecamy także

Jeden komentarz

  1. Podpisuje się wszystkimi kończynami. Magiczna opowieść, do której wraca się jak do wygodnego fotela przy kominku. Wielka szkoda, że McCammon nie jest tak rozpoznawalny jak King, bo – szczerze mówiąc – jest od „króla horroru” znacznie lepszy. Mniej pulpowy, bardziej potoczysty, no i przede wszystkim – potrafi nie zepsuć dobrego pomysłu. Potrafi pisać książki przejmujące (Łabędzi Śpiew), porywające (cykl o Matthew Corbecie) i kontemplacyjne, jak „Magiczne Lata” właśnie. Przez kilkanaście lat jego dzieła były w wydawniczym limbo przez konflikt z wydawnictwem, na szczęście od jakiegoś czasu posiada już pełne prawa do swojej twórczości, a Vesper nadrabia zaległości na polskim rynku wydawniczym. Warto sięgnąć po tego autora.

    To mi się podoba 1
    To mi się nie podoba 0

Zanim napiszesz komentarz zapoznaj się z naszymi zasadami zamieszczania komentarzy:

Regulamin zamieszczania komentarzy


Użyj tagu [spoiler] aby ukryć część treści komentarza:

[spoiler]Treść spoilera[/spoiler]

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back to top button