
Marzec i kwiecień nie rozczarowały, jeśli chodzi o poziom co najmniej kilku seriali. Tydzień w tydzień było kilka dni, na które czekałem utęsknieniem na premierowy odcinek. Może mogłoby być tego trochę więcej, bo mam wrażenie, że niektóre streamingi od dawna nie dostarczyły nic naprawdę godnego uwagi, ale trzy solidne pozycje, dwie doskonałe serie i jedno arcydzieło to wynik moim zdaniem wystarczający. Na wstępie muszę też uprzedzić, że zrobię kilka wyjątków dla seriali, które jeszcze się nie zakończyły, ale nic nie wskazuje na to, by finał diametralnie odmienił to, co już się w nich wydarzyło.
W kilku uniwersach mamy spektakularne klapy
Marshals: Historia z Yellowstone (Marshals) (SkyShowtime)
Wiele osób może się ze mną nie zgodzić (zdarza się to nader często), ale uważam historię Kayce’go Duttona za obrazę dla fanów „Yellowstone”, nawet większą aniżeli ostatni sezon głównego serialu. A dlaczego? Otóż cała motywacja tego bohatera, którą kierował się od początku swojej obecności w „Yellowstone” została wyrzucona do kosza i stał się on po prostu kowbojem kina akcji. Coś, co było jednym z gorszych elementów samego „Yellowstone”, tutaj urasta do miana głównej osi fabuły. Sam punkt wyjścia jest fatalny i nic nie może już tego uratować. Taylor Sheridan chciał zrobić sobie serial o strzelaniu i współczesnym dzikim zachodzie – i tak zrobił. Kolejne odcinki ponoć biją rekordy popularności. Ja nie zostałem porwany przez tę falę entuzjazmu. Uważam, że „Yellowstone” jako projekt skończyło się nawet chwilę przed odejściem Kevina Costnera i teraz Sheridan na totalnej fantazji wpycha tam wszystko, co mu przyjdzie do głowy bez ładu i składu. Pewnie jako osobna historia bez pamiętania wcześniejszych przygód Kayce’go, „Marshals” obroniliby się jako solidna rozrywka, niewymagająca wielkiego wysiłku intelektualnego przy oglądaniu, ale kochając wczesne, a nawet trochę późniejsze Yellowstone nie można kochać tego, co się z nim obecnie dzieje.
Daredevil: Odrodzenie sezon 2 (Daredevil: Born Again) (Disney Plus)
Nie wiem, gdzie ludzie widzą tutaj poprawę względem pierwszego sezonu, ale to ich sprawa. Ja uważam, że w tym sezonie praktycznie nic się nie dzieje. W pierwszym przynajmniej był absolutnie przerażający Muza i odjechany Frank Castle. W drugim znów to wszystko zostało ugrzecznione, żeby pasowało ewentualnie do nadchodzącego „Spider-mana” (w którym rzekomo ma pojawić się Ręka) i reszty tego tonącego uniwersum. Nuda, nic się nie dzieje, bardzo słabe dialogi. Dodatkowo zupełne przeinaczenie wydarzeń z pierwszego sezonu, zignorowanie ważnych wątków. Pojawienie się Jessiki Jones (to żaden wielki spojler, drugi sezon był wręcz promowany tą wiadomością) wypada blado i nie wnosi wiele do fabuły. Kręcimy się w kółko. Nic nie zostaje popchnięte do przodu. Ciągle te same sprane rywalizacje, ciągle te same stare problemy. Ciągłe wybaczanie i zmienianie stron. Kevin Feige zapowiadał, że to będzie wreszcie „ten” sezon. Tymczasem jest koszmarny spadek jakości, dziwna zabawa kamerą i wielkością obrazu, pełno zapychaczy i powolna fabuła. Bardzo ciężko się to ogląda. Ostatnia poważna serialowa szansa MCU właśnie idzie na dno (a może nie, bo ludzie dadzą sobie wmówić, że jest dobrze, wszystko ok i dobry przekaz leci). Dodatkowo finał z jednej strony jest naprawdę bardzo dobry, kiedy orbituje wokół dramatu sądowego, i absolutnie kiepski, kiedy trzeba przejść do finalnych rozwiązań i kolejnej marnej, smutnej, niedorzecznej konfrontacji Matta Murdocka z Wilsonem Fiskiem.
Garść rozczarowań lub zwyczajnie słabych seriali
Vladimir (Netflix)
To nawet nie stało koło dobrego serialu. Coś, co miało być erotycznym thrillerem, jest w istocie nieoglądalną, absurdalną papką z elementami (w większości fatalnie podanego) erotyzmu. Rachel Weisz jest wręcz koszmarna, a obiekt jej westchnień to rozciapciany żart. Serial próbuje przekazać jakieś głębsze treści, ale one giną w zalewie fatalnego humoru i tragicznych dialogów. Bohaterowie w żadnym miejscu nie zachowują się naturalnie, wręcz przeciwnie – są dziwnie pobudzeni lub w dziwaczny sposób przerysowani. To w żadnym miejscu nie jest historia o akceptacji własnej kobiecości czy radzeniu sobie z nabywanymi z wiekiem kompleksami. To nie jest też historia o otwartym związku ani roli żony w życiu rodzinnym. Zalecam, by trzymać się od tego serialu jak najdalej.
Bait (Amazon)
Serial, który został doceniony przez polskich krytyków, a ja znów muszę stanąć w kontrze i powiedzieć: „halo, przecież w tym serialu nie ma żadnej głębi, nic się tutaj nie zgadza, humor szoruje po dnie, a dziwne połączenie pakistańsko-bollywoodzkie wprowadza jedną wielką awanturę, z której nie da się wyłuskać nawet pół pełnego zdania”. Cały czas ktoś sobie wchodzi w słowo i krzyczy jak opętany. To mogła być satyra na branżę filmową, na to jak łatwo jest za pomocą plotki wejść na szczyt sławy. Przez chwilę myślałem, że ten serial będzie dobry. Początek delikatnie przypomina mi scenę z „Pewnego razu… w Hollywood” Quentina Tarrantino, kiedy postać Ricka Daltona (grany przez Leonardo DiCaprio) najpierw zapomina tekstu, a potem w przyczepie jest na siebie zły. Teoretycznie serial Bait mógłby być rozwinięciem takiej właśnie sceny. Na początku jest porażka i przyczepa, a potem w wielkim finale wspaniale odegrana rola. Tylko trzeba było mieć pomysł na to, co pośrodku, a tu tego absolutnie zabrakło. Bieganie wszędzie z głową świni, która ostatecznie zostaje rozmaślona przez samochód, dopełnia tragedii tego niedorzecznego serialu.
Polowanie (The Hunt) (Apple Tv)
Długo trzeba było czekać na ten francuski serial, bo po ogłoszeniu daty premiery wyszła sprawa z oskarżeniem o plagiat. Twórcy zawalczyli o swój projekt i kilka miesięcy później jednak trafili do streamingu Apple’a. I po co? Kolejny bezpłciowy serial, w którym nic się nie dzieje, nie ma ciekawej fabuły, zamiast tego jest przeciągnięta do granic możliwości narracja. Polowanie sprawdziłoby się pewnie jako film, ale ntakie filmy dziś nie zarabiają pieniędzy. Nie rozumiem tego sztucznego rozciągania historii. Jak nie masz pomysłu, to się w to nie baw, a nie na siłę dopisujesz kolejne linijki tekstu. W tym francuskim serialu nie ma niczego, co można by specjalnie pochwalić. To nie jest produkt beznadziejny, ale absolutnie nijaki, miałki bez jakiegokolwiek polotu.
Scarpetta (Amazon)
Zastanawiałem się, czy umieścić to we właściwym rankingu na ostatnim miejscu, czy jednak w rozczarowaniach. I zdecydowałem się na to drugie, bo nawet jeśli historia kryminalna sprzed lat jest interesująca, to teraźniejszość kompletnie ciągnie ten serial w dół. Nicole Kidman już chyba nie jest w stanie zagrać przejmującej, dramatycznej roli, a scenariusz też zbytnio jej nie pomaga. Można docenić wątek uzależnienia od AI, pokazany w naprawdę dobry, przejmujący sposób, można docenić Simona Bakera, który fajnie gra chłodnego agenta. Jednak na pewno nie można powiedzieć dobrego słowa o grze Jamie Lee Curtis, o absurdalnym wątku stacji kosmicznej ani o ostatecznym rozwiązaniu zagadki kryminalnej. Ostatnimi czasy jest to coraz bardziej popularny zabieg, by zabójcą okazywał się ktoś, kogo nie pokazano wystarczająco długo, by nawet można go było podejrzewać. Ktoś wyciągnięty znikąd. A przecież taki zabieg powoduje tylko irytację widza, bo nie miał najmniejszych szans odkryć rozwiązania kryminalnej zagadki. Scarpetta jest więc dużym rozczarowaniem, aczkolwiek totalnie się nie zdziwię, jeśli dostanie drugi sezon, bo z Amazonem nigdy nic nie wiadomo. Dobre seriale anulują, a średnie czy nawet słabe ciągną dalej (chociażby przykład serialu „Cross”).
Właściwy ranking
Miejsce 8. Życiowe błędy (Big mistakes) (Netflix)
Miejscami naprawdę solidna komedia, trochę oklepany temat popierdółkowatych zwyklaków w świecie mafii, ale odpowiednio poprowadzony tak, by dawał solidną dawkę satysfakcji. Jest dobre aktorstwo, plus godny scenariusz. Nie jest to wielkie kino, nie zaśmiewałem się z żartów cały czas, ale zdarzały się w niektórych wątkach perełki. Być może pierwszy odcinek nie jest najlepszą zachętą do dalszego oglądania, ale później historia rozkręca się przeważnie w fajną stronę. Są wady, nawet całkiem spore, ale jak już naprawdę nie ma czego oglądać, to można sobie ten serial odpalić, przymknąć oko na kilka głupawych wątków i cieszyć się momentami dobrą, zabawną, szaloną komedią.
Miejsce 7. Harry Hole (Netflix)
Ekranizacja głównie jednej powieści Jo Nesbø, ale z elementami wziętymi również z innych przygód detektywa Harry’ego Hole. Nie jest to wybitna ekranizacja kryminału skandynawskiego, nie jest nawet blisko. Trochę razi paleta barw i miejscami przeciągnięta, może nawet nudna narracja, ale przynajmniej serial trzyma w napięciu, jeśli chodzi o sprawę stricte kryminalną. Jej rozwiązanie jest dobre i zrozumiałe – wszystko zgodnie ze sztuką gatunku. Jest brutalnie i krwawo, główny bohater dość dobrze unosi ciężar roli. Nie wiem, czy w tej formie jest potencjał na kolejne sezony, ale ten jakoś specjalnie nie zawiódł. Duża w tym zasługa Joela Kinnamana, który kolejny raz udowodnił, jak wszechstronnym jest aktorem. Produkcja z gatunku średniak, ale z wyższej półki. Nie można mówić o jakiejś większej wpadce. Do najlepszych skandynawskich kryminałów mu bardzo daleko, ale w porównaniu z taką na przykład „Scarpettą” wypada jak profesor kryminalistyki.
Miejsce 6. Czego nie wiemy o dinozaurach (The Dinosaurs) (Netflix)
Voo pięknie zrecenzował ten serial. Ja od siebie napiszę tylko, że Steven Spielberg nieustannie podtrzymuje w nas w miłość do dinozaurów, którą zaszczepił przy okazji pierwszego „Parku Jurajskiego„. Fenomen tych stworzeń jest nieprawdopodobny. Dobrze, że Netflix potrafi czasem dostarczyć coś tak wartościowego. Od strony technicznej nie można produkcji zarzucić niczego, sporo gorzej jest ze scenariuszem. Dziesiątki MILIONÓW lat są dla twórców błachostką i nad ich upływem przechodzi się do porządku dziennego. Trochę nie udźwignięto skali od strony opowieści, trochę postanowiono tę skalę zignorować. Ten serial trzeba traktować jak ucztę dla oka, ale niekoniecznie dla mózgu, bo jak zaczniemy zastanawiać się, co właściwie zostało powiedziane, to ta abstrakcyjna wielkość może nas przygnieść. Wspaniały seans, podczas którego trzeba trochę przymykać ucho i cieszyć się walką dinozaurów.
Miejsce 5. For All Mankind sezon 5 (Apple TV)
Tutaj nagnę zasad, bo do końca sezonu jeszcze trochę czasu zostało. I w sumie nie wiem, co o tym sezonie myśleć. Zaczyna się rewelacyjnie, mamy obraz kolonii na Marsie, wreszcie przeniesiono punkt ciężkości z Ziemi w przestrzeń kosmiczną. Dostajemy tradycyjny skrót wydarzeń z ostatniej dekady, to zawsze jest wspaniały, dynamiczny, dobry wątek, pełen doskonałych smaczków. Jednak szybko okazuje się, że twórcy umieszczają widza na rollercoasterze i raz mamy odcinki wybitne z dynamiczną akcją, by za chwilę przez godzinę było nudno i smętnie. Nie będę wchodził w wielkie spojlery, ale uważam, że wątek Eda Baldwina można było poprowadzić zdecydowanie inaczej. Bardzo natomiast podoba mi się to, że mamy do czynienia z prawdziwą wielką, przemyślaną sagą o ludzkości, że to doskonały przykład dobrze, cierpliwie poprowadzonej historii alternatywnej. „For All Mankind” od początku swojego istnienia był w topce seriali w ogóle. Teraz może jest trochę słabiej, ale jako całość wciąż trzyma poziom. Oby tylko w przyszłości wyeliminowano większość zamulaczy i różnych potknięć. Gdyby utrzymano formę z początku albo chociaż niemal idealny piąty odcinek był przyczynkiem do dalszej pełnej emocji akcji, można by myśleć o miejscu na podium, a tak znalazły się jednak cztery seriale, które w marcu i kwietniu były zwyczajnie lepsze.
Miejsce 4. Under Salt Marsh (SkyShowtime)
Największą robotę robi tutaj walijski klimat i tamtejsze moczarowe krajobrazy. Ten serial ogląda się w dużej mierze dla scenografii, potem dla Kelly Reilly, a w trzeciej kolejności dla zagadki i tajemnic niewielkiej społeczności na „końcu świata”. Jako typowy kryminał nie jest to nic wybitnego, ale broni się ukazaniem chemii między poszczególnymi bohaterami i różnych zależności między nimi. Serial nie przynudza, nie ma niepotrzebnych wątków (poza jednym, przez który sporo osób zwyczajnie ten serial przekreśli, ale to znów ich sprawa). Scenariusz jest sprawnie napisany, zagadka solidnie poprowadzona. „Under Salt Marsh” stoi bardzo dobrym aktorstwem i ciekawym pomysłem na finał, w którym mamy do czynienia z kataklizmem. Naprawdę dobra pozycja do obejrzenia.
Miejsce 3. DTF St. Louis (Chętni na seks) (HBO MAX)
Odsyłam do recenzji. Naprawdę cieszyłem się na każdy poniedziałek, wiedząc, że zobaczę kolejny element tej groteskowej, ale potrafiącej mnie rozśmieszyć w najmniej spodziewanym momencie układanki. Oglądając ten serial wiedziałem, że nie spodoba się on większości ludzi, bo nie pasuje do dzisiejszych standardów. Wymaga on bowiem naprawdę ogromnej cierpliwości i maksymalnego skupienia na treści, o co obecnie jest bardzo trudno. Ten eksperyment trafił mnie w stu procentach, jestem urzeczony i ukontentowany całością, w tym również finałem poprowadzonym w zupełnie innej konwencji niż poprzednie odcinki. Dopiero tam wjeżdża poważna narracja, już nie ma śmieszkowania, pojawia się genialna nastrojowa muzyka i piękny, choć cholernie smutny przekaz. To historia o próbie pokochania samego siebie ubrana w formę oryginalnej czarnej komedii.
Miejsce 2. The Madison (SkyShowtime)
Uwielbiam franczyzę „Yellowstone”, ale chyba żaden sezon oryginału nie był tak poruszający jak pierwszy sezon „The Madison”. To chyba najbardziej intymna produkcja Taylora Sherida. Więcej będziecie mogli przeczytać w recenzji, która powinna się niedługo ukazać, jednak już teraz mogę napisać, że to najlepsza pojedyncza seria okołoyellowstonowa od czasu „1883”. Szkoda, że tylko sześć odcinków, szkoda, że finał skupił się tylko i wyłącznie na opluwaniu Nowego Jorku, szkoda, że trzeba czekać na drugi sezon (na szczęście ma się pojawić jeszcze w tym roku, być może po zakończeniu emisji „Rancza Duttonów”). Jestem tym serialem oczarowany. Jest jednocześnie smutny i niesie całą masę pozytywnych emocji oraz energii, potrafi też odsłonić kilka wydawałoby się oczywistych prawd, które jednak przed wieloma osobami są głęboko ukryte.
Miejsce 1. The Pitt sezon 2 (HBO MAX)
Zwycięzca mógł być tylko jeden. W zasadzie „The Pitt” powinno było wygrać już poprzedni ranking za seriale ze stycznia i lutego, ale trzeba było dać trochę forów innym produkcjom. Noah Wyle wraz ze współpracownikami stworzyli arcydzieło praktycznie kompletne. Znaleźli sposób, jak dorównać poziomem oszałamiającemu sezonowi pierwszemu. Udało się doskonale. Można by wymieniać dziesiątki ikonicznych scen, jak choćby wyjście Joy i ostatnie słowa do doktora Langdona, ale chyba najbardziej zapadnie ludziom w pamięć sam finał. To może być jeden z najlepszych pojedynczych odcinków w całej historii telewizji. Najpierw nieprawdopodobne emocje na stole operacyjnym, a później wyciskający łzy monolog doktora Robinavitcha, który w połączeniu z tym, co przeżywa przez cały sezon, uderza z siłą pneumatycznego młota. Piętnaście wspaniałych piątków z godziną wielkich, nieustających emocji. The Pitt nie ma sobie równych w ostatnich wielu, wielu latach. I szykuje się kolejny zdominowany sezon serialowych nagród, absolutnie zasłuzenie.
Nagrody Publiczności
Pierwsza nagroda – Rooster (HBO MAX)
Komedia dziejąca się na amerykańskim campusie ze Stevem Carellem w roli głównej. Powiem szczerze, że nie porwał mnie pierwszy odcinek i nie wróciłem do tego serialu, ale podobno jest on globalnym fenomenem. Ciężko mi cokolwiek o tym powiedzieć poza tym, że twórcy zdecydowali się jechać po bandzie z żartami. Nie wiem, czy scenariusz idzie w jakimkolwiek logicznym kierunku. Z tego co udało mi się obejrzeć wnioskuję, że fabuła absolutnie nie jest tutaj najważniejsza.
Druga nagroda – Paradise sezon 2 (Disney Plus)
Tu znów widziałem tylko jeden odcinek, który przypominał trzeci odcinek pierwszego sezonu „The Last of Us„, a więc ukazujący pełną historię pobocznej postaci. Widziałem jednak sporo pozytywnych ocen. Pierwszy sezon miał swoje wady (największą było zakończenie głównych wątków, w tym wątku kryminalnego), ale potrafił też mocno zaskoczyć. Drugi sezon miał skupiać się na świecie poza kopułą i tak zapewne jest. Dobrego post-apo nigdy za wiele, a to ponoć jest właśnie dobre post-apo. Raczej nie powinniście być zawiedzeni.
Trzecia nagroda – Hoży doktorzy sezon 10 (Scrubs) (Disney Plus)
Wielki powrót po 16(!) latach. Bardzo lubiłem ten serial, ale nie można powiedzieć, że byłem wielkim zapalonym fanem, nawet nie wiem ile odcinków i które sezony dokładnie oglądałem. Jednak lubiłem samą konwencję i poszczególnych bohaterów. Nie wiem, jak wypadł powrót, ale opinie są raczej entuzjastyczne. Nie skopano tego, nie zagrano tylko na nostalgii za starymi sezonami. Ląduje na półce „do nadrobienia” (nie wiadomo kiedy) oraz do nagrody publiczności, która powrót „Horych doktorów” niewątpliwie doceniła.
Czwarta nagroda – Niezwyciężony sezon 4 (Invicible) (Amazon)
Kolejny z serialowych wyrzutów sumienia. Tutaj pokutuje to, że nie mogę w żaden sposób przekonać się do animacji i to mino tego, że „Niezwyciężony” to podobno jest coś absolutnie genialnego, krwawego i przejmującego. Nie potrafię się przełamać i zasiąść do obejrzenia tego cuda, ale umieszczam je jako produkcję ponad wszelką wątpliwość docenioną przez widownię.













Daredevil fakfycznie słabizna, For All Mankind, Scrubs i Invincible złoto.
Nakręcili nowy sezon Scrubs? Szaleństwo. Już zdążyłem zupełnie zapomnieć, że coś takiego w góle było 😀