
„The Ballad Of Wallis Island” rozpoczyna i kończy się sceną podróży łodzią. W obu przypadkach pasażerem jest ten sam człowiek, chociaż zupełnie inny. W jedną stronę wiezie ze sobą frustrację i lęki, w drugą, tę powrotną, zabiera bagaż, dający mu nadzieję na przyszłość. Gdybym chciał bawić się w tanie filozofowanie, to napisałbym coś o symbolice takiej podróży, ale nie sądzę, aby ten film wymagał dogłębnych analiz. Cała jego siła i urok tkwi w prostocie.
Wokół Wielkiej Brytanii i Irlandii znajduje się około 5000 większych i mniejszych wysp, z czego około 200 jest zamieszkanych. To tyle, jeśli chodzi o mądrość z Internetu. Jeśli wierzyć programom podróżniczym, zapełniającym ramówkę BBC, wyspy te pełnią w brytyjskiej świadomości rolę podobną do naszych Bieszczad albo Podlasia. Są krainą, gdzie żyje się może i trudniej, ale zarazem prościej, wolniej, w zgodzie z sobą i w otoczeniu monumentalnej przyrody. Zresztą chyba każdy europejski kraj ma swoje „Podlasie” i filmowcy w każdym kraju uwielbiają w takich miejscach osadzać fabułę filmów. Zazwyczaj jakiś japiszon przyjeżdża tam zawodowo albo przypadkiem, nie odnajduje się w prowincjonalnej rzeczywistości, z czego jest trochę śmiechu, ale w końcu odkrywa siebie, poznaje miłość życia, itd. Znacie to. Utarło się, że odludne miejsca pełnią rolę sanatorium dla duszy, w czym oczywiście jest dużo bujdy, ale takiej, w którą lubimy wierzyć.
Wstęp do „The Ballad of Wallis Island” zdaje się zapowiadać historię wpisującą się w powyższy schemat. Herb (Tom Basden), ten podróżnik z łodzi, na Wallis Island przypływa za robotą. Specyficzną i bardzo dobrze płatną, ale jednak zwykłą robotą. Jest muzykiem, a konkretnie to przebrzmiałą gwiazdą folk-rockowej kapeli McGwyer Mortimer. McGwyer to on, Mortimer to Nell (Carey Mulligan), jego dawna partnerka życiowa i sceniczna, która ku jego zaskoczeniu przypływa na wyspę wkrótce po nim. Nie mieli ze sobą kontaktu od dekady, a teraz mają zagrać pojedynczy koncert dla „mniej niż 100 osób”, jak informuje ich sponsor imprezy, niejaki Charles (Tim Key). Nell mieszka w Stanach, ma męża, zerwała z muzyką i generalnie nie myśli o przeszłości. Herb wręcz przeciwnie – wciąż gra i artystycznie oraz życiowo wciąż się miota, szuka nowego stylu. Od czasu dawnych sukcesów przybyło mu tatuaży a ubyło włosów, ewidentnie ma kryzys twórczy zmiksowany z kryzysem wieku średniego. Zarówno wyspa, jak i gospodarz potężnie go irytują, a przyjazd dawnej miłości kompletnie demoluje go psychicznie, przez co zachowuje się jak dupek.
W wyspiarską rzeczywistość znakomicie wpisany wydaje się za to Charles – gadatliwy, na pozór wiecznie pogodny człowieczek z walizką pieniędzy wygranych na loterii. McGwyer Mortimer byli jego – i, co ważne, nie tylko jego – ulubioną kapelą i teraz mają zagrać razem koncert. Kropka. Charles nigdzie się nie spieszy. Wydaje się być odpornym na świat zewnętrzny pozytywnym dziwakiem i zarazem człowiekiem uroczo analogowym. Takim, który z namaszczeniem nakłada ulubioną płytę na gramofon, nastawia igłę i rozsiada się w fotelu z lampką wina w ręku. Nie ma smartfona, ale przecież na wyspie jest budka telefoniczna. Nic nie zniechęci go do realizacji planów, a już na pewno nie jakieś napięcie i niesnaski między jego idolami. Oczywiście wszystkie różnice między Herbem i Charlesem okazują się być pozami i pozorami. Tak naprawdę obaj są samotnymi, zagubionymi ludźmi na życiowych rozstajach. Obu ktoś inny w pewnym momencie uzna za śmiesznych. Obaj stracili wszystko, bez względu na status materialny obaj nie mają tak naprawdę nic. Obaj też stoją przed jakimś życiowym przełomem, którego się boją i wciąż patrzą wstecz, żyjąc przeszłością. Dla obu tę bezpieczną przeszłość symbolizuje duet McGwyer Mortimer. Pytanie czy tę historię da się powtórzyć, czy to w ogóle ma sens i czy właśnie to jest im obu w życiu potrzebne?
W czasach gdy wszystko musi być sztywno przypisane do określonej kategorii „Ballada…” reklamowana jest jako komedia, ewentualnie komediodramat. Początek na to wskazuje, ale dość szybko następuje korekta kursu. To po prostu mądra, ciepła (co za wyświechtane określenie, ale lepszego nie znajdę, wybaczcie!) i nastrojowa opowieść o ludziach szukających szczęścia. Nie ma w niej ani wiele śmiechu, ani ludzkiego dramatu, chociaż jest trochę smutku i odrobina życzliwej ironii. Co ciekawe, to sama wyspa nie odgrywa tu żadnej roli, a przynajmniej nie w taki sposób, jakiego podświadomie byśmy oczekiwali. Nie ma tu żadnej taniej etnografii i obserwacji życia autochtonów, zresztą jedynym, jakiego poznajemy, jest lokalna sklepikarka. Kamera nie zwraca uwagi na widoki, surowa przyroda nie odciska na nikim piętna. Kiedy mąż Nell pyta Charlesa o ptaki występujące w okolicy, ten z rozbrajającą szczerością przyznaje, że nie ma o tym zielonego pojęcia. Kiedy słońce zachodzi nad morzem, to gada jak najęty psując swoim gościom możliwość „przeżywania”. Dla niego nie dzieje się nic niezwykłego. Wyspa jest jego dobrowolnym zesłaniem, gdzie ma święty spokój i małe sanktuarium utraconej przeszłości. Daje mu bezpieczne schronienie, ale nie odmienia go. Wszystko, co zadzieje się z nim, Herbem i Nelly, będzie wynikiem relacji między nimi. Wyspa jest tylko sposobem, by znaleźli się razem w jednym miejscu i nie mogli od siebie łatwo uciec. Tutaj padną wszystkie potrzebne i niepotrzebne słowa, po których rozpoczną już trochę inne życie.
Tom Basden i Tim Key to zarazem autorzy scenariusza, za który otrzymali nominację do tegorocznej nagrody BAFTA. Sam film otrzymał także nominację w kategorii „Najlepszy film brytyjski”, a Carey Mulligan dla najlepszej aktorki drugoplanowej. Zresztą jak przystało na film o planowanym koncercie, cała trójka zagrała koncertowo, tworząc bardzo wiarygodne, a dla wielu widzów zarazem bliskie emocjonalnie, postacie. To duży sukces produkcji, w której w zasadzie gra 5 (słownie: pięciu) aktorów, do której zdjęcia zrealizowano w 18 dni, a której budżet wyniósł …1.5 miliona dolarów, czyli ułamek kosztów pojedynczego odcinka przeciętnego serialu. Na dodatek Tom Basden jest także utalentowanym muzykiem, a Carey Mulligan dobrze śpiewa. W efekcie „The Ballad…” nie tylko świetnie się ogląda, ale też naprawdę dobrze się słucha. Dlatego proponuję podejść do tego filmu tak, jak Charles podchodzi w nim do słuchania płyt – z wewnętrznym wyciszeniem wspartym lampką wina czy co tam lubicie. Odwdzięczy się Wam dobrym nastrojem, w kilku momentach pogodnym uśmiechem, a w kilku być może coś wam „wpadnie do oka” i będziecie musieli je dyskretnie wytrzeć. „The Ballad of Wallis Island” to kawał małego, ale dużego kina, w jakim Brytyjczycy wciąż pozostają mistrzami.
The Ballad Of Wallis Island (2025)
-
Ocena Voo - 8/10
8/10








Zanim napiszesz komentarz zapoznaj się z naszymi zasadami zamieszczania komentarzy:
Regulamin zamieszczania komentarzy
Użyj tagu [spoiler] aby ukryć część treści komentarza:
[spoiler]Treść spoilera[/spoiler]