
Uciekier z 1987 był filmem akcji typowym dla epoki, w której powstał. Przesycony testosteronem i onelinerami, a do książkowego pierwowzoru nawiązujący jedynie ogólną koncepcją i postaciami głównych bohaterów. Był głupkowaty, momentami dość idiotyczny, a przedstawieni w nim łowcy stanowili scenopisarską radosną twórczość. Bardziej przypominali bandę losowo wybranych oferm niż zabójców stanowiących realne zagrożenie dla uciekiniera. Nowy film uderza w całkowicie inne nuty, stawiając na bardziej przygnębiającą, poważną opowieść o dystopijnej przyszłości, w której wszystko kręci się wokół globalnej sieci telewizyjnej Free-Vee.
Szczerze mówiąc, spodziewałem się znacznie gorszego filmu. Tymczasem nowy Uciekinier okazał się czymś więcej niż tylko przeciętnym akcyjniakiem. Ba, niewiele zabrakło, by stał się rasowym kinem akcji, które zapadnie w pamięć na lata.
Ale od początku – zacznijmy od fabuły. Ta, co można było wywnioskować już po trailerze, trzyma się naprawdę dość wiernie książkowego oryginału. Zaskoczyło mnie, jak bardzo. Poprzednia wersja z Arnoldem była raczej brutalną wariacją luźno opartą na powieści, zamieniając ją w nabuzowaną testosteronem orgię mordu. Edgar Wright nie postawił jednak na tanie efekciarstwo rodem z tamtego filmu, w którym średniej jakości onelinery, niczym trupy, ścielą się gęsto. Owszem, jest krwawo i brutalnie – co stanowi miłą odmianę po wszelkiej maści bezjajowych produkcjach kierowanych raczej do młodszego widza. Do poziomu brutalności znanego z kart książki wciąż jednak sporo brakuje.
Ben Richards (Glen Powell) tym razem nie zostaje niesłusznie oskarżony ani napiętnowany mianem „Rzeźnika z Bakersfield”, by trafić do zakładu karnego. Zamiast tego za swoją niesubordynację zostaje po raz kolejny zwolniony z pracy. Na nic zdają się próby ckliwego błagania szefa o następną szansę. Trzeba więc znaleźć jakąś alternatywę, by zarobić na leczenie córki, której stan zdrowia z dnia na dzień się pogarsza.
Najlepszą – i najszybszą – okazją do zdobycia pieniędzy okazuje się oczywiście telewizja, serwująca absurdalne teleturnieje. Największą popularnością cieszy się krwawy i brutalny „Uciekinier”, w którym trzech śmiałków walczy o główną nagrodę — miliard nowych dolarów. Zadanie nie będzie jednak proste, bo w ślad za uczestnikami ruszają łowcy: zawodowi zabójcy wyszkoleni do tropienia i likwidowania zbiegów. Jakby tego było mało, wszyscy mieszkańcy mogą zgłaszać lokalizację zbiegów, zgarniając za to łatwe pieniądze. Wygrywa ten, komu uda się utrzymać przy życiu przez trzydzieści dni.
Teleturniejem rządzą tylko trzy główne zasadamy. Pierwsza: im dłużej przeżyją uczestnicy, tym więcej zarobią pieniędzy. Druga: każdego dnia trzeba nagrać krótkie, 10-minutowe nagranie wideo i wysłać je do stacji, udowadniając tym, że nadal pozostaje się w grze. Niespełnienie tego warunku jest jednoznaczne z natychmiastową dyskwalifikacją. No i trzecia, najważniejsza – nie dać się złapać i przeżyć przez 30 dni.
Zawsze przestrzegałem reguł. Byłem tym typem pracownika, który przychodził do pracy pierwszy i wychodził ostatni. I oto jestem. Dorosły facet bawiący się w chowanego dla pieniędzy.
Postawiony pod ścianą Ben decyduje się, wbrew przekonaniom żony, spróbować swoich sił w jednym z teleturniejów. Przechodzi proces eliminacji i… trafia, rzecz jasna, do „Uciekiniera”, do którego – według organizatorów – najlepiej się nadaje. Początkowo narzeka, lecz ostatecznie, skuszony pieniędzmi, przyjmuje propozycję i zgadza się na zabawę w kotka i myszkę. Od tej chwili zaczyna się gra na śmierć i życie, w której stawką jest życie Bena oraz wszystkich postronnych osób, które zdecydują się mu pomóc. Każdy jego ruch będą śledzić kamery, a wraz z nimi — widzowie przed odbiornikami.
Ben musi więc kombinować. Korzystać z mniej uczęszczanych miejsc czy podrzędnych hoteli, w których nikt nie zadaje pytań. Początkowy plan zakłada przyczajenie się gdzieś i przeczekanie pościgu. Wszystko jednak bierze w łeb, kiedy okazuje się, że ta taktyka nie daje szans powodzenia, i żeby przetrwać, trzeba nieustannie znajdować się w ruchu.
Poznanie reguł tej gry na późniejszym etapie pozwala mu nieco wyrównać szanse z prześladowcami. Nie ma tu jednak mowy o tym, by nagle ze zwierzyny stał się łowcą — nic z tych rzeczy. I to właśnie był jeden z momentów, za które ten film polubiłem. Ben nie jest bowiem typowym supermanem, który niczym Arnold w klasyku z 1987 roku rozprawia się z przeciwnikami, łamiąc im karki. To zupełnie inny typ filmu. „Uciekinierowi” zdecydowanie bliżej do Szklanej pułapki niż do standardowego kina spod znaku bohatera typu „one man army”. Zabrakło mi tu wręcz Bruce’a Willisa — odniosłem bowiem wrażenie, że ta rola była wręcz idealnie skrojona pod niego.
A skoro już jesteśmy przy tym, co mi w tym filmie najbardziej nie zagrało…
Mam nieodparte wrażenie, że najsłabszym punktem filmu okazał się główny zainteresowany, czyli Ben „Glen Powell” Richards. Nie rozumiem fenomenu tego aktora. Jest zupełnie przeciętny i pozbawiony jakiejkolwiek charyzmy. Do tego stopnia nijaki, że po seansie niemal natychmiast zapominam, iż w ogóle w danym filmie wystąpił. Przed przystąpieniem do pisania tej recenzji sprawdziłem, w czym właściwie grał – „Twisters„? Oglądałem, ale ani filmu, ani jego postaci nie pamiętam. Co dalej? „Top Gun: Maverick„? Tu było nieco lepiej, lecz i tak jego rola całkowicie mi umknęła.
Niezmiennie bawią mnie wszyscy „znawcy kina”, którzy widzą w nim następcę wspomnianego już Bruce’a Willisa. Niestety, to zupełnie nie ta liga: ani pod względem charyzmy, ani osobowości ekranowej. Być może kiedyś się wyrobi, ale na razie pozostaje dla mnie aktorem zbyt generycznym.
Nowy „Uciekinier” uderza w zdecydowanie poważniejsze tony niż akcyjniak z 1987 roku. Choć i tu zdarzają się sceny komiczne – jak ta, w której Ben wisi na ogromnym neonie w kształcie litery Y, owinięty jedynie ręcznikiem kąpielowym i zadający pytanie: „Why?”. Albo moment, gdy wygłasza cytowany wcześniej monolog o tym, że zawsze starał się przestrzegać reguł – a jak na tym wyszedł, wszyscy już wiemy. Są to jednak wyjątki. Przez większość czasu dostajemy raczej smutną opowieść o ponurej przyszłości, w której granica między rozrywką a żerowaniem na ludzkiej krzywdzie niebezpiecznie się zaciera. To zarazem mocny komentarz na temat zgubnego wpływu mediów na nasze życie – takich, w których prawda produkowana jest na zamówienie, a kłamstwo staje się oficjalną rzeczywistością; nie chodzi już tylko o to, że media kłamią, lecz o tworzenie własnej wersji faktów.
Tym bardziej szkoda mi, że mamy tu do czynienia z częściowo zmarnowanym potencjałem, bo naprawdę niewiele zabrakło, by film okazał się najbardziej rasowym kinem akcji ostatniego dziesięciolecia – nie żeby poprzeczka była ustawiona szczególnie wysoko. Zakładam, że bardzo wiele zmieniłoby obsadzenie głównej roli bardziej charyzmatycznym aktorem. Zwłaszcza że Glen wypada dość przeciętnie na tle fenomenalnego i niezwykle wyrazistego Josh’a Brolina w roli Dana Killiana – producenta programu – oraz Colmana Domingo jako Bobby’ego T, nieco zakręconego prezentera.
Kiedy dowiedziałem się, że powstaje nowy „Uciekinier” w reżyserii Edgara Wrighta, miałem spore oczekiwania. W swoich wcześniejszych filmach wielokrotnie udowodnił on, że potrafi tworzyć dynamiczne, bezkompromisowe kino, w rewelacyjny sposób łącząc charakterystyczny styl narracji, świetną muzykę i angażujące sceny akcji. Niestety w tym przypadku tego wszystkiego zabrakło.
Film wypada bardzo sztampowo i generycznie – jakby powstał według gotowego, bezpiecznego szablonu. Jego największą bolączką jest, moim zdaniem, tempo narracji. Akcja rozgrywa się wprawdzie na przestrzeni trzydziestu dni, lecz upływ tego czasu pozostaje zupełnie nieodczuwalny. Gdyby skrócić ten okres na przykład do dziesięciu dni, pozbyć się zbędnych dłużyzn, przycinając film o dwadzieścia–trzydzieści minut, i zostawić jedynie „mięso” – sceny pełne napięcia i dynamiki – całość zdecydowanie zyskałaby na odbiorze.
Na sam koniec otrzymujemy oczywiście ckliwy i szczęśliwy happy end, diametralnie różny od tego, który proponuje książkowy pierwowzór. Znów więc jest generycznie, przewidywalnie i bez emocji — dokładnie tak, jak przyzwyczaiło nas do tego współczesne kino hollywoodzkie.
Uciekinier (2025)
-
Ocena kr4wca - 6.5/10
6.5/10










Zanim napiszesz komentarz zapoznaj się z naszymi zasadami zamieszczania komentarzy:
Regulamin zamieszczania komentarzy
Użyj tagu [spoiler] aby ukryć część treści komentarza:
[spoiler]Treść spoilera[/spoiler]