Seriale

Powrót króla 2025 roku, czyli garść wniosków po premierze drugiego sezonu The Pitt

Na wstępie muszę zaznaczyć dwie ważne kwestie. Po pierwsze w tekście będzie roić się od spojlerów zarówno z pierwszego sezonu „The Pitt„, jak i z pierwszego odcinka sezonu drugiego. Więc jeśli jeszcze nie oglądaliście, to radzę nie psuć sobie przyjemności z przeżywania tego wszystkiego z „czystą głową”. Po drugie będę się tutaj rozpływał nad tym serialem, bo uważam go za jedno z najważniejszych wydarzeń w TV w ogóle, nie tylko ubiegłego roku. Już w tej chwili możemy mówić o ścisłej czołówce seriali (top 5-10) i absolutnej czołówce pojedynczych epizodów (odcinki 12-15). Ciężko będzie przebić to, co wydarzyło się po tragedii na Pitt-Fest, ale twórcy chyba wiedzą, co robią, i zafundują nam jazdę bez trzymanki. Po trzecie, nie będzie oceny punktowej, a tylko opisowa, bo chyba bez sensu jest rozwodzić się czy ten pojedynczy epizod zasłużył na 9, czy też jako idealnie otwarcie przyznać mu 10/10. Po tym długim wprowadzeniu czas opowiedzieć, jak to jest z tym rozpoczęciem drugiego sezonu „The Pitt”.

Powrót bohaterów

Czymże jest życie bez traum – zdaje się mówić doktor Robinavitsh wchodząc do szpitala w Pittsburghu i patrząc na dyplom dla bohaterów walki o życie ludzi przywiezionych po masakrze kończącej poprzedni sezon. Rok temu w jego umyśle wciąż świeże były obrazki z najtragiczniejszych chwil Covidu, teraz ma zupełnie nowe wspomnienia do przetrawienia. Raczej nie będą one uderzać w niego z taką mocą jak poprzednie i nie wytrącą go całkowicie z równowagi, choć kto wie – wszystko jest możliwe, zwłaszcza że dzień, w którym „Robby” rozpoczyna swój dyżur, to czwarty lipca, a więc amerykański Dzień Niepodległości.

Mamy więc pierwsze podwójne nawiązanie do pierwszego sezonu. Wejście głównego bohatera granego przez Noah Wyle’a i od razu zmierzenie się z pamiątką po przeżytej traumie. Wtedy był to portret Adamsona, teraz dyplom upamiętniający bohaterów. Jednak nie tylko „Robby” powrócił do szpitala mimo tego, że nie było to wcale tak oczywiste. Mamy jeszcze dwa duże powroty. Szefowa pielęgniarek – ta chyba najtwardsza na całym oddziale osoba, która nie szczędzi ludziom dookoła serca i jest w pewnym sensie spoiwem całego zespołu, nie wytrwała w swoim postanowieniu i wróciła na swoje stanowisko.

Także doktor Langdon po odbyciu odwyku stawia się na swoim stanowisku, które zamienia się dla niego w swego rodzaju czyściec, gdzie musi odpokutować za grzechy. To tyle jeśli chodzi o tych „niepewnych”. Reszta pozostaje prawie bez zmian. Póki co nie ma informacji tylko o doktor Collins, która totalnie rozsypała się pod koniec pierwszego sezonu, straciła dziecko i nie pojawiła się w najgorętszym dla szpitala momencie. Tak więc pionki są na szachownicy. Można zaczynać drugi sezon.

Nowi bohaterowie czyli spora obawa

Dobrze pamiętam, jakie miałem podejście i co czułem, kiedy zobaczyłem czwórkę młodziutkich „prawie lekarzy” na odprawie u „Robby’ego”. Przecież oni nie wytrzymają tam chwili, za grosz w nich charyzmy. To jakieś mięczaki, które nic nie wniosą do serialu, a będą się tylko pałętać pod nogami. Czy bardzo się pomyliłem? Piramidalnie. I tak jak wciąż nie mam przekonania co do doktor Javadi, która zdaje się odrobinę nie pasować do dynamiki „The Pitt”, tak cała reszta zdała egzamin wzorowo (oczywiście nie mówię o odcinkach po masakrze, bo tam wszyscy dali z siebie 200%). A teraz sytuacja się powtórzyła. Jest dwójka młodych, którzy zapowiadają się na bycie tłem, i którzy pewnie ogromnie pozytywnie mnie zaskoczą w trakcie trwania tego bardzo długiego dyżuru. Jest też młoda pielęgniarka, która od razu zostaje wrzucona na głęboką wodę. Czy doskoczą do poziomu, jaki zaprezentowali Whitaker, Santos, a przede wszystkim King? Mam spore wątpliwości, ale jak mawia Zenek Martyniuk: „czas pokaże”.

Kto budzi mój największy niepokój? Doktor Al-Hasimi, a więc osoba, która będzie prawdopodobnie stała w kontrze dla „Robby’ego”. Już doszło między nimi do kilku małych scysji. Oczywiście ostatecznie dostaniemy pewnie oklepane – „kto się czubi, ten się lubi”, niemniej starcie praktyka, nie wahającego się eksperymentować na otwartym sercu z doktorem wierzącym w algorytm i pomoc sztucznej inteligencji przy diagnozie pacjentów, może być zarówno ekscytująca, jak i niepotrzebnie chaotyczna. Al-Hasimi będzie chciała być na pierwszym planie i jeśli „Robby” da się zepchnąć do roli cichego obserwatora, serial na tym ucierpi. Już w tym pierwszym odcinku mieliśmy czegoś takiego oznaki. Póki co to wróżenie z fusów, ale jeśli miałbym wymienić potencjalne słabe punkty drugiego sezonu, to upatrywałbym ich właśnie we wprowadzeniu Al-Hasimi i dość słabo wyglądających póki co praktykantach.

Plusy i minusy odcinka pierwszego

Na pewno nie można odmówić temu odcinkowi nieprawdopodobnego tempa, ale do tego wierni fani serialu zdążyli się już przyzwyczaić. Nie ma tutaj minuty przestoju, nawet jeśli dwoje lekarzy prowadzi zdawałoby się niezobowiązująca rozmowę, w tle ktoś właśnie traci życie albo cudownie do niego wraca, a poza tym za chwilę każdy, kto ma akurat sekundową przerwę, zostanie zawołany do kolejnego trudnego przypadku. Siłą tego serialu jest to, że z żadnym pacjentem nie trzeba się spieszyć, bo jego problem można rozłożyć na trzy-pięć czy nawet dziesięć odcinków. Wyniki badań przyjdą po czasie i będzie można do niego wrócić. Tak jest chociażby w przypadku znanego z House of Cards Dereka Cecila, który gra roszczeniowego i wydaje się, że dość agresywnego pacjenta, nastawionego na konfrontację. Będą z tym człowiekiem spore problemy i obstawiam, że dość długo nie poznamy przyczyn jego dziwnego zachowania. Są tez dwa wątki z pogranicza sądu rodzinnego. Porzucone dziecko, które pewnie stanie się pupilem załogi oraz dziewczynka z całą masą dziwnych urazów, ale zachowująca się całkowicie naturalnie. I znów jak w pierwszym sezonie to Santos mierzy się z problemem ewentualnej przemocy domowej, na którą bardzo wiele wskazuje. Przy jej temperamencie już martwię się o ojca dziewczynki, bo moment, w którym pojawi się w szpitalu, może być bardzo wybuchowy.

Mieliśmy już też pierwszą bardzo poważną operację z morzem krwi i pokazanych wnętrzności oraz pierwszy zgon. Nieźle jak na pierwszą, wprowadzającą zdawałoby się, godzinę. Jednak taki właśnie jest „The Pitt”, nie daje odpocząć, złapać oddechu, skacząc od przypadku do przypadku. I to jest w nim piękne. Dostaliśmy kolejną nieprawdopodobną godzinę na oddziale. Intensywną i wciągającą, przejmującą i elektryzującą. A przed nami jeszcze czternaście takich, sto dni, w których tydzień w tydzień otwierane przed nami będą drzwi pittsburskiego szpitala.

Jednak żeby nie było tak różowo. Są w tym odcinku dwa dość wyraźne minusy. Pierwsze to zachowanie doktor King, która była w ścisłej czołówce najlepszych postaci pierwszego sezonu (być może nawet top 3). Nie wiem, czy twórcy będą chcieli iść w stronę jej skrajnego rozkojarzenia, absolutnego wyłączenia, co doprowadzi do jakiejś tragedii. Ze wszystkich członków personelu jej jednej najbardziej nie życzyłbym czegoś takiego. Bo ta dziewczyna z pogranicza delikatnego spektrum autyzmu to chodzące, niczym niezmącone dobro. I chciałbym, żeby mimo wszystko tak pozostało. Bałem się o nią przy zwykłej scenie szycia nogi, więc nie wiem, jak mocno serce będzie mi chodzić, kiedy King będzie w środku operacji.

A drugi minus? Pewien chaos kompetencyjny i rozwarstwienie drabiny hierarchicznej. Tak jakby wszyscy zostali puszczeni samopas. W pierwszym sezonie nie było to aż tak namacalne. Tutaj to może być z czasem problem. Zachwianie balansu między młodością a doświadczeniem to problem, z którym twórcy szybko muszą sobie poradzić.

Mrugnięcia do widza

Pierwszy odcinek drugiego sezonu „The Pitt” obfitował w mniejsze lub większe nawiązania do poprzedniej serii. Chociażby świetna scena z Whitakerem żegnającym wraz z praktykantami zmarłego staruszka i mina „Robby’ego” dumnego ze swojego podopiecznego. Ten jeden moment pokazuje, jak daleką drogę przeszliśmy wraz z całą załogą szpitala. Wzruszająca, mała chwila, która zrobiła doskonałą robotę.

Jest powrót stałego bywalca przychodni – otyłego, czarnoskórego mężczyzny, który ma problem z alkoholem. To też ten sam osobnik, którego leki podebrał doktor Landgon. Scena rozmowy obu panów miała z kolei pokazać proces wychodzenia z nałogu i etapy takie jak akceptacja tego, że było się uzależnionym, wypowiedzenia tego na głos i przyznana się przed tymi, którym z powodu nałogu zrobiło się krzywdę. Naprawianie błędów. I oczywiście sama w sobie scena wypadała bardzo dobrze, tyle że jakoś nie chce mi się wierzyć w to, by Langdon miał w sobie jakąkolwiek pokorę. Zresztą jego rozmowa z „Robbym” już to pokazała. Tekst: „Nie chcę, żeby to była kara” wypowiedziany z taką butą i arogancją świadczy o tym, że Landgon uważa, iż czyściec jest już za nim i należy mu się powrót na normalnych zasadach, a to jest absolutnie niemożliwe. Wątek młodego lekarza będzie pewnie jednym z lepszych w tym sezonie. Spodziewam się zwrotów akcji.

Wymiana zdań między Garcią a Whitakerem przy stole operacyjnym to pokaz tego, że ci ludzie są w stanie trzymać nerwy na wodzy w absolutnie najtrudniejszych, ekstremalnych momentach. I choć doświadczona pani chirurg do tej pory droczyła się raczej z Santos, to z Whitakerem także potrafiła trochę się poszturchać. Tu także mam nadzieję na odpowiednie wykorzystanie postaci pani doktor, choć spodziewam się, w jakim kierunku kierowana jest jej niewątpliwa słabość do Santos, i to dla sporej części osób może być problem (oby nie rzutowało to w przyszłości na oceny odcinków, tak w jedną, jak i w drugą stronę oraz nie zdominowało dyskusji w internecie, oczywiście jeżeli w ogóle się to potwierdzi).

Relacje rodzicielskie u Javadich i doktor Mohan to także coś, co jest kontynuacją wątków z pierwszego sezonu. Ten drugi problem jest raczej marginalny i wspominany od czasu do czasu z braku laku. Ten pierwszy zdecydowanie warto śledzić. Czy córka odetnie się od matki, która widzi w niej zdecydowanie nie tego, kogo powinna i czy młodsza Javadi wreszcie odnajdzie swoje miejsce w zespole? To są dwa bardzo ważne pytania, na które będziemy poznawać odpowiedź w drugim sezonie. I tak mija ta pierwsza godzina dyżuru, nie wiadomo nawet kiedy. Z jednej strony czuć ogromny niedosyt, z drugiej świadomość, że tydzień w tydzień dostaniemy kawał krwistego materiału, jest niezwykle pokrzepiająca.

Podsumowanie odcinka

Pierwszy odcinek drugiego sezonu „The Pitt” nie zaskoczył, ale to dobrze, bo wydaje mi się, że samo utrzymanie wysokiego poziomu poprzednika jest dużym wczynem. Niczego nie zepsuto i ten odcinek zdecydowanie nie rozczarował. Aż naszła mnie ochota na ponowne przeżycie pierwszego sezonu. Ten serial niemiłosiernie daje w kość, ale także zapewnia ogromną ilość adrenaliny i niepowtarzalnych, potężnych emocji.

„The Pitt” is back! Wreszcie.

To mi się podoba 3
To mi się nie podoba 1

Polecamy także

Zanim napiszesz komentarz zapoznaj się z naszymi zasadami zamieszczania komentarzy:

Regulamin zamieszczania komentarzy


Użyj tagu [spoiler] aby ukryć część treści komentarza:

[spoiler]Treść spoilera[/spoiler]

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back to top button