
Czytając Ja, Ozzy nie mogłem wprost uwierzyć, że ten człowiek dożył tak srogiego wieku (zmarł w wieku 76 lat). Już od nastoletnich lat jego ulubioną rozrywką było siedzenie w barze i drobne kradzieże, którymi się parał po to, żeby mieć za co w tym barze siedzieć. Okolica, w której dorastał, zrujnowana przez naloty Luftwaffe, nie sprzyjała samorozwojowi. Perspektyw praktycznie nie było, a jedynym sensownym zajęciem była praca w fabryce za głodowe pensje. Ozzy od zawsze pragnął od życia czegoś więcej, chciał coś w życiu osiągnąć i w końcu wynieść się z tej dziury, w której mieszkał. Podejrzewał, że jeśli tego nie zrobi, to albo spędzi resztę życia w rzeczonej fabryce jak jego matka, albo za kratkami. Sam niewiele umiał, nauka nie była jego mocną stroną, więc to właśnie w muzyce upatrywał swojego sukcesu.
To nie jest książka o muzyce.
Książkę z grubsza można podzielić na dwie części. Czasy przed i z Black Sabbath, oraz czasy po Black Sabbath, kiedy to sporo rzeczy przybrało nieoczekiwany obrót – w szczególności kiedy problemy z uzależnieniem zaczęły być coraz bardziej odczuwalne i o mało co nie przekreśliły dalszej kariery Ozzy’ego. Ta książka to w dużej mierze opowieść o życiu, problemach z używkami i podupadaniu na zdrowiu. O ile jeszcze pierwsza część jest dość zabawna, bo skupia się na buntowniczych, nastoletnio-młodocianych latach życia Ozzy’ego, pierwszych próbach skompletowania składu zespołu, poszukiwaniu swojej drogi i beztroskiego stylu życia, tak druga część uderza w bardzo pesymistyczne tony, opowiadając głównie o tym, jak to jest żyć wiecznie pijanym lub naćpanym (albo jedno i drugie jednocześnie) przez jakieś 40 lat.
Ja, Ozzy to książka stanowiąca zbiór anegdot i wspomnień Osbourne’a. Pełna najbardziej niesamowitych i pokręconych historii, z jakimi kiedykolwiek się spotkałem. Można się z niej dowiedzieć na przykład, jak to zaczęła się błyskotliwa kariera przyszłego wokalisty Black Sabbath w przemyśle muzycznym od pracy przy… strojeniu klaksonów, pierwszych niepowodzeniach podczas szukania muzyków, niezbyt fortunnym spotkaniem z Tonym Iomim (który miał Ozziego za wioskowego głupka), początkach Earth, przekształconym następnie w Black Sabbath (a wcześniej Polka Tulk Blues Band), niekończących się bibach, gruppies, dość burzliwym rozstaniem z Iomim i resztą ekipy, kolejnych partnerkach, solowej karierze, początkach Ozzfestu, ponownym zejściem się z Black Sabbath i reality show emitowanym w MTV – „Rodzina Osbourne’ów”. Uff, dużo tego.
Książka utrzymana jest w bardzo przystępnym i nieco gawędziarskim tonie, przez co bardzo szybko płynie się przez kolejne rozdziały. Całość oczywiście uzupełniają liczne kolorowe zdjęcia z różnych okresów życia Ozzy’ego. Jedyne, co mi zgrzytało, to fakt, że gdzieś w połowie książki narracja przyspiesza, staje się bardziej chaotyczna i wyrywkowa, a zamiast o wydawaniu kolejnych płyt, czytamy więcej o odpałach Osbourne’a, czynionych w pijanym widzie.
W niektóre przytoczone historie ciężko uwierzyć, wydają się bowiem zbyt surrealistyczne nawet jak na rock’n’rollowe standardy. A jednak się wydarzyły, jak chociażby ta, która miała miejsce na trasie, podczas której zginął gitarzysta i przyjaciel Ozzy’ego – Randy Rhoads – wybitny muzyk, który z Osbourne’em nagrał tylko dwie płyty – ale za to jakie.
Nigdy nie byłem specjalnie wielkim fanem Black Sabbath, co raczej się nie zmieni po przeczytaniu autobiografii Ja, Ozzy. Doceniam jednak ich wkład w światową muzykę oraz chylę czoła przed osiągnięciami. Jednak zawsze było mi bliżej do solowych dokonań Ozzy’ego. Nadal pamiętam pierwszy album, który kupiłem na koronie warszawskiego stadionu X-lecia – ba, mam go nawet do tej pory. Pamiętam podekscytowanie, jakie mi towarzyszyło, kiedy wkładałem płytę do odtwarzacza. Pamiętam także doskonale moment, kiedy z kumplem po szkole wybraliśmy się do Empiku posłuchać płyt (kto jeszcze pamięta odsłuchy?). Kiedy kolega do odtwarza kazał wrzucić Tears for Fears czy inne Frankie Goes to Hollywood, ja podchodziłem z rewelacyjnym Tribute, który jakiś czas później kupiłem. Jeśli się nie mylę to był to mój pierwszy zakup oryginalnej płyty z hologramem i w ogóle. 🙂 Stare czasy, przynajmniej fajne wspomnienia po nich zostały. Tak jak i po Ozzym, którego muzyka towarzyszyła mi w różnych etapach życia. Obecnie dalej często do niej wracam mimo tego, że na co dzień słucham nieco innego rodzaju dźwięków, trochę ciężej wpadających w ucho. 😉
Ja, Ozzy to bardzo szczera i osobista książka naznaczona bardzo intymnymi historiami, w których Ozzy momentami się bardzo obnaża. Czasem może nawet za bardzo, bez cenzury, bez słodkiego pierdololo podsumowuje swoje życie, zastanawiając się czy dobrze je przeżył. Czy był dobrym mężem, ojcem… człowiekiem? Jaki tak właściwie był dla bliskich, współpracowników, kolegów? Czy dobrze udało mu się przeżyć życie? Bardzo dużo tu filozoficznych rozmyślań o życiu i o popełnionych błędach. Książka na pewno nie dla wszystkich, ale też nie tylko dla fanów muzyka i Black Sabbath.
Ja, Ozzy. Autobiografia (Ozzy Osbourne, Chris Ayres)
-
Ocena kr4wca - 9/10
9/10
PS.: Na rynku dostępna jest jeszcze jedna tego typu pozycja pod tytułem: „Ostatnie Namaszczenie”. Tej jeszcze nie czytałem, ale zapowiada się równie wybornie, ponieważ opisuje wydarzenia, których zabrakło w Ja, Ozzy. Autobiografia. Chociażby o spotkaniach z innymi słynnymi rockowymi imprezowiczami: Slashem, Bonem Scottem, Johnem Bonhamem i Keithem Moonem w przełomowych momentach dla historii rocka. O wstrząsających ostatnich chwilach spędzonych z bliskim przyjacielem i muzycznym współpracownikiem, Lemmym Kilmisterem z Motörhead. Ozzy wspomina w niej także triumfalny koncert Back to the Beginning, transmitowany na cały świat, podczas którego po raz ostatni zjednoczył się na scenie z kolegami z Black Sabbath i zebrał miliony dolarów na cele charytatywne.
Książka zakupiona we własnym zakresie.






OZZY <3
Randy <3
Lemmy <3
DIO <3
Nie robią już takich. Zaraz kolejne pokolenie wchodzi w faze 70-tki i pożegnań będzie coraz więcej 🙁
Ja w ogóle w Black Sabbath, Ozzym i całej reszcie zakochałem się bardzo późno. Dlatego jeszcze nic mi się nie przejadło. Dość niedawno przekonałem się do ery Martina nawet. Tyr rządzi.
Patient 9 był fajny, ale poprzednie płyty to było nieporozumienie.
Po ksiązkę z chęcią sięgnę. Przy całym jego wariactwie i obłąkaniu, to widać po żonie i dzieciach, że i tak na koniec przeważyły plusy 🙂
A i jestem pełen podziwu dla Sharon. Ta kobieta jest po prostu niesamowita.
SHAAAROON!
Jestem pełen podziwu dla niej, że przez te lata dzielnie znosiła te wszystkie odpały. To, że się nie potrafił zachować wśród ludzi i praktycznie każde wyjście kończyło się jakimś większym bądź mniejszym skandalem, to jedno, ale potrafił być nieobliczalny. To jakie cyrki potrafił zrobić, żeby tylko dokuczyć swojej pierwszej żonie jest niesamowicie trudne do uwierzenia. Nie będę oczywiście pisał o szczegółach, ale nazwanie tego grubymi odpałami jest srogim niedopowiedzeniem.
Za Black Sabbath jakoś nigdy nie przepadałem. Zdecydowanie bardziej mi podchodziły solowe płyty Ozzyego.
Z tego co pamiętam, to raz prawie ją zabił.
Zdrady to pikuś.
To nie ona skorzystała z popularności Ozzy’ego, tylko Ozzy został królem dzięki niej. Na pewno nigdy by nie powiedziała w latach 80-90, że teraz czas dla niej, że 20 lat poświęciła muzyce i musi się zrealizować dla siebie blablabla. If you know what i mean.
Nie, ona zorganizowała Ozzfest, gdzie wielkich w postaci Iron Maiden sprowadziła do roli lokaja.
Zorganizowanie Back to Beginning to też coś wielkiego i niesamowitego.
Więc dziękujmy wszystkim bogom świata, za to że istaniała ona i Ozzy i że się razem spotkali.