
HBO Max jest jednym z najbardziej specyficznych serwisów streamingowych. Swego rodzaju hybrydą tradycyjnego podejścia do telewizji z nowoczesnym modelem dystrybucji treści. Nie znajdziemy tam ogromnej liczby premier, ale kiedy już coś się pojawia, zazwyczaj stoi za tym wysoka jakość. Produkcjom HBO z reguły towarzyszy również rozbudowana kampania marketingowa – duże nazwiska i szeroka promocja.
W przypadku „DTF St. Louis”, czyli „Chętnych na seks”, było jednak inaczej. Serial – z trudnych do zrozumienia powodów – przeszedł niemal bez echa. A szkoda, bo to produkcja znakomita, jedna z najbardziej niedocenionych perełek ostatnich miesięcy.
Co to właściwie za gatunek?
Na wstępie warto zaznaczyć, że nie jest to serial dla każdego. Aby w pełni go docenić, potrzeba sporej cierpliwości i zaangażowania. Tempo narracji jest bardzo wolne, humor specyficzny, a sposób prowadzenia opowieści daleki od standardów popularnych produkcji. Mamy tu do czynienia z groteskową czarną komedią, balansującą między próbą wzruszenia a subtelnym humorem. To opowieść jednocześnie filozoficzna, melancholijna i zaskakująco zabawna, choć w sposób nieoczywisty. Nie jest to serial prosty ani „łopatologiczny” – raczej złożona, wielowarstwowa historia, którą się chłonie, często nie do końca wiedząc dlaczego. Gdyby streścić pomysł na „DTF St. Louis”, wielu odbiorców zapewne uznałoby go za zbyt ryzykowny: zbyt niszowy, kontrowersyjny, momentami przekraczający granice dobrego smaku. Produkcja zdaje się nie mieć jasno określonej grupy docelowej. A jednak działa – i to zaskakująco dobrze.
Duża w tym zasługa obsady, która wznosi się na wyżyny swoich możliwości. Na pierwszy plan wysuwa się duet David Harbour i Jason Bateman (co ciekawe, pierwotnie tę rolę miał zagrać Pedro Pascal – trudno nie uznać ostatecznego wyboru za trafiony). Towarzyszy im Linda Cardellini, ale szczególne wyróżnienie należy się dwójce detektywów: Richardowi Jenkinsowi oraz Joy Sunday. Ich zestawienie opiera się na kontraście, choć – jak to w tym serialu – nic nie jest tu oczywiste. Starszy śledczy trafia do świata zupełnie mu obcego, pełnego seksualnych perwersji i swobody obyczajowej, w którym tradycyjne kategorie przestają mieć znaczenie. Z kolei młoda detektyw wyróżnia się empatią, spokojem i niezwykle ludzkim podejściem. Jej postać zaskakuje na wielu poziomach – od sposobu bycia, przez ubiór i mowę, aż po sposób myślenia. „DTF St. Louis” to powiew świeżości. Serial nieustannie wymyka się przewidywaniom – trudno odgadnąć, w jakim kierunku potoczy się fabuła, o czym będą rozmawiać bohaterowie i dokąd to wszystko zmierza.
Dajcie mi D, dajcie mi T, dajcie mi F
Konstrukcja serialu sprawia, że każdy kolejny odcinek jednocześnie odkrywa część prawdy i zasłania jej fragmenty. Szczególnie w kontekście finału widać wyraźnie grę niedomówień, nadinterpretacji i fałszywych tropów. To bowiem serial kryminalny ze zbrodnią w tle. Są podejrzani, są poszlaki i zmieniające się motywy. Dzięki dobrze przemyślanemu scenariuszowi historia rozwija się stopniowo, pełna nieoczywistych i momentami wręcz absurdalnych zwrotów akcji. Nic nie wydaje się tu przypadkowe ani zbędne. Aby zrozumieć całość, trzeba uważnie śledzić detale – pojedyncze słowa, niedopowiedzenia, emocje ukryte między wierszami.
To bardzo dojrzały serial o samotności, przyjaźni, braku akceptacji i wypaleniu. O depresji, relacjach międzyludzkich i próbie odnalezienia siebie. Co istotne, wszystkie te tematy przeplatają się z inteligentnym, często absurdalnym do granic możliwości humorem. Jednocześnie produkcja wymaga pełnego skupienia oraz otwartej głowy, żeby nie odpłynąć w trakcie pozornych „dłużyzn”. Dialogi są celowo „niedoskonałe” – pełne pauz, zawahań, powtórzeń i nieporozumień. To zabieg mający przybliżyć serial do rzeczywistości, nawet kosztem dynamiki. Co ciekawe, pierwszy odcinek jest najbardziej przystępny i najdynamiczniejszy. Dalej tempo wyraźnie zwalnia, a narracja staje się jeszcze bardziej kontemplacyjna i flegmatyczna.
Tak. DTF St. Louis to naprawdę komedia
Czy komedia może być przez większość czasu poważna? Czy dramat wyklucza humor? Czy da się to wszystko połączyć w taki sposób, żeby nie spowodować mętliku w głowie widza? Jason Bateman od pewnego czasu próbuje przesuwać granice gatunku. W serialu „Black Rabbit” elementy czarnej komedii nie do końca współgrały z narracją. Tutaj problem został rozwiązany znacznie lepiej. Humor pojawia się w odpowiednich momentach i działa dokładnie tak, jak powinien. To w dużej mierze zasługa scenariusza, który jest jednym z najmocniejszych elementów serialu. Być może nie jest to produkcja najbardziej widowiskowa czy emocjonalna, ale z pewnością jedna z najbardziej oryginalnych i wykraczających formułą poza wszelkie schematy.
„DTF St. Louis” można traktować jako swoistą duchową podróż przez kolejne etapy relacji, poznawania siebie i radzenia sobie z porażkami. Każdy element tej historii ma swoje miejsce i znaczenie. Nawet role epizodyczne, jak występ Petera Sarsgaarda (który nie jest spokrewniony z klanem Skarsgardów), wypadają przekonująco i odważnie. Jeśli zaakceptuje się konwencję serialu, trudno wskazać jego wyraźne słabości. Do samego końca nie wiadomo, kto stoi za zbrodnią i jakie były jego motywy – podejrzenia padają na wszystkich. Kontrowersyjne elementy nie służą tu taniej prowokacji. Owszem, przekraczają niejednokrotnie tabu, pokazując wulgarną nagość, ale są integralną częścią opowieści i nie dominują jej sensu. To produkcja, którą trzeba przyjąć w całości – również z jej najbardziej niewygodnymi, dziwacznymi i perwersyjnymi momentami.
Co z tym finałem? Dlaczego to inna historia?
Ostatni odcinek wyraźnie różni się od reszty serialu. Humor niemal całkowicie znika, a na pierwszy plan wysuwa się dramat okraszony niezwykle nastrojową muzyką. Dialogi zostają ograniczone do minimum – wszystko podporządkowane jest ujawnieniu prawdy. Finał działa jak mocne uderzenie – nagłe, przytłaczające i trudne do zignorowania. Nagle mamy tylko dramat, smutek i wielką ludzką porażkę.
To interesujący zabieg. Serial, który przez większość czasu balansował między tonami, nagle rezygnuje z tej równowagi i stawia na czysty dramat. Bez groteski, bez ironii, bez stylistycznych ozdobników, z tradycyjną, liniową narracją. Można to porównać do występu stand-upera, który po serii żartów przechodzi do osobistej, poważnej i przejmującej historii. O ile w występie scenicznym zdarza się taki fragment przełamać jakimś żartem, to serial nie wraca już do humoru. Finał pozostaje konsekwentnie poważny. „DTF St. Louis” nie próbujeniczego łagodzić. Wszystko, co miało bawić, już się wydarzyło. Pozostaje jedynie mocne, emocjonalne domknięcie historii. Cieszę się, że spędziłem z tym serialem kilka tygodni. Nie zgadzam się z opiniami, że tygodniowy model emisji był błędem – wręcz przeciwnie, pozwalał lepiej przyswoić tę historię. Rozumiem jednak, że nie każdy widz odnajdzie się w tak powolnej i wymagającej narracji. To zdecydowanie nie jest serial dla wszystkich. Ale ci, którzy się w nim odnajdą, będą w pełni usatysfakcjonowani.
DTF St. Louis (Chętni na seks)
-
Ocena kuby - 9/10
9/10









o co chodzi z tym polskim tytułem?? xD
W sensie? To przetłumaczenie angielskiego skrótu DTF i pominięcie nazwy miasta. Tłumaczenie raczej wierne, aczkolwiek moim zdaniem można było zostawić tytuł oryginalny także w Polsce.
Może i wierne, ale według mnie mylące, bo w zasadzie nie wiadomo, o co chodzi.
Zerknąłem, bo wygląda ciekawie, ale wczoraj wieczorem tylko dwa odcinki były u mnie dostępne po angielsku z napisami, reszta z lektorem. Gdyby ktoś się zainteresował, a zwraca uwagę na takie rzeczy, to sprawdźcie najpierw drugi odcinek. Pierwszy był w oryginale.