Tomb Raider (2018)

Lara Croft jest powszechnie uważana za najpopularniejszą w historii bohaterkę gier komputerowych, jedną z najsłynniejszych kobiecych postaci w popkulturze, a także, co dla wielu może być – a nie powinno – zaskoczeniem, za symbol seksu. Osiągnięcia tej postaci, wpisywanej sześciokrotnie do Księgi Rekordów Guinessa wykraczają poza świat wirtualny. W końcu Lara pojawiała się również w innych mediach.

Dość powiedzieć, że dzięki pannie Croft udało się dokonać pierwszej w historii, “całkiem” udanej ekranizacji gry komputerowej. Wszyscy pamiętamy ociekające wyuzdaniem usta Angeliny Jolie, która dwukrotnie wcielała się w rolę popularnej archeolog.

Roar Uthaug – aktualnie jeden z najbardziej wziętych norweskich reżyserów, postanowił spróbować sił za Oceanem. I jak to często bywa, jego specyficzny styl, na którym zbudował dotychczasową karierę, został w Hollywood wykastrowany przez specjalistów od marketingu, słupków i liczb.

Ale to było dawno temu. Od pewnego czasu historia Lary Croft jest pisana na nowo. Dzięki sukcesom rebootu serii, udało się tchnąć w nieco opatrzoną już graczom bohaterkę nowe życie. Zaprezentowana w 2013 roku przez Square Enix gra “Tomb Raider” gruntownie odstawała klimatem od poprzednich części serii. Większy nacisk postawiono na elementy zręcznościowe (kosztem zagadek), cała historia okazała się również mroczniejsza, a sama Lara zdecydowanie mniej zaradna i bezwzględna. Sukces komercyjny tej produkcji był ogromny, czemu zresztą trudno się dziwić – była to po prostu piekielnie dobra action-adventure’ówka. Kwestią czasu były oczywiście kolejne sequele, a także ekranizacja nowego wcielenia Lary.

Tym sposobem dochodzimy do produkcji tegorocznej, której reżyserem jest skandynawski specjalista Roar Uthaug (“Fala”, “Ucieczka”, “Hotel zła” – wszystkie te filmy zasługują na uwagę). W roli Lary Croft obsadzono Alicię Vikander – utalentowaną młodą aktorkę, która ma już na koncie Oscara za “Dziewczynę z portretu”, chociaż mnie osobiście jeszcze bardziej podobała się w “Ex Machinie”. Pani Vikander ma niezaprzeczalne atuty warsztatowe, jednak jej wybór od początku wywoływał kontrowersje. Głównie związane z jej – odstającym od tego znanego z gier wideo – wyglądem. Fabuła filmu czerpie ze scenariusza wspomnianej gry z 2013 roku oraz (w jeszcze większym stopniu) z “oryginalnych” pomysłów, na które wpadli Geneva Robertson-Dvoret oraz Alastair Siddons. Prawda jest jednak taka, że równie dobrze za autorów scenariusza mogliby w tym przypadku uchodzić specjaliści od marketingu i wykresów finansowych. Do tego jeszcze dojdziemy.

Film rozpoczyna sekwencja mająca na celu przybliżenie głównej bohaterki. Dowiadujemy się, że Lara Croft w wolnych chwilach uprawia amatorski kickboxing (z mizernym skutkiem), natomiast zawodowo jest… kurierem rowerowym, uczestniczącym w nielegalnych pościgach na ulicach Londynu. Brzmi jak pomysł na współczesną bohaterkę “young-adult-hipster-movie”? Zgadza się.

Brzmi jak historia Lary Croft? Ani trochę.

Pytanie konkursowe: Na powyższym zdjęciu znajduje się: a) Lara Croft; b) Joanna Jędrzejczyk; c) Marcin Najman.

I właściwie tak jest przez cały recenzowany film. Oglądając go, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że jest realizacją wyciągniętą gdzieś z zakurzonej szuflady, opartą na podstawie sztampowego scenariusza w klimacie współczesnego młodego Indiany Jonesa. Lara – zgodnie z obowiązującym kanonem – nie potrafi pogodzić się z utratą bliskich, więc robi wszystko, aby się od swojego nazwiska i dziedzictwa odciąć. Ostatecznie jednak, zupełnie “niespodziewanie” zachodzą okoliczności, za których sprawą zbuntowana nastolatka wyrusza na swoją pierwszą przygodę, by rozwiązać tajemnicę zniknięcia ojca. I chociaż zachodzą tutaj pewne zbieżności z fabułą samych gier komputerowych, to są one w gruncie rzeczy szczątkowe i nieistotne. Wygląda to jak film stworzony w drodze analizy słupków popularności poszczególnych tropów i motywów współczesnego kina młodzieżowo-przygodowego.

W efekcie otrzymaliśmy film, którego temperatura nie zagotowałaby nawet eteru♥. Teoretycznie cały czas mamy akcje – Lara jedzie, biegnie, skacze, lata, ucieka, zakrada się, wreszcie strzela, jest ostrzeliwana, rozwiązuje tajemnicę, odnajduje towarzyszy, wyrusza na ratunek, etc… W praktyce – wszystko to już widzieliśmy dziesiątki razy. Film wykonano po prostu bezpiecznie, idąc po linii najmniejszego oporu unikano kontrowersji i mocnych scen, celowo zdecydowano się na granie oklepanymi motywami i wykorzystanymi po stokroć pomysłami. Gra z 2013 była daleko bardziej odważna.

Wiecie, że w ten sposób człowiek nie jest w stanie utrzymać swojej wagi – na czterech przygiętych lekko palcach? Lara nie wie.

Rezultat tych ostrożności jest taki, że gdyby nie postać Lary Croft, produkcja Uthauga nie wzbudzałby we mnie absolutnie żadnej reakcji, a recenzję mógłbym po prostu wykropkować do tych standardowych 5 tysięcy znaków. Jednak Lara w filmie jest i jej należy się kilka słów refleksji.

Przede wszystkim… “jestem na nie”.

To nie jest Lara Croft. I nie chodzi mi tylko o seksualne atrybuty, którymi zdobywała serca i umysły przez pierwszych piętnaście lat międzynarodowej kariery. Już we wspomnianym reboocie serii komputerowej Lara została zgrabnie “urealniona” – zarówno fizycznie, jak i psychologicznie. Przestała być biuściastą superbohaterką. Jej siła wynikała z determinacji i rozpaczy, a nie buńczucznej pewności siebie i wybujałego ego. Ale problem pozostaje. Alicia Vikander zagrała poprawnie, bez zarzutu oddając większość rozpisanych w scenariuszu emocji i wywiązała się ze swojej roli pod względem warsztatowym. Tyle tylko, że nie wygląda jak Lara Croft w żadnej z dotychczasowych inkarnacji. Lara zawsze była tajemnicza, zabójcza i seksowna (kiedyś w sposób aż przerysowany, ostatnio nieco bardziej realistyczny)…

Porównanie: najbardziej “komputerowa” stylizacja pani Vikander i obecny image cyfrowej Lary. Niby jest podobnie, ale… zupełnie inaczej.

A tymczasem odgrywana przez Vikander Lara Croft, to taka dziewczyna z sąsiedztwa, przypadkowa bohaterka wplątana w międzynarodową intrygę, kasjerka z Wall-Martu, która nagłym zrządzeniem losu ratuje Wszechświat. Słowem – przypomina wszystkie absolutnie niewyróżniające się postaci utrzymane w literackim motywie “everymana”. Ale nie przypomina Lary Croft, fascynującej postaci rozpisanej w dziesiątkach gier, komiksów i książek, będącej przedmiotem naukowych analiz i obyczajowych kłótni. Jeżeli Larę Croft sprowadzamy do poziomu Józefa K. z “Procesu” Kafki, to tak naprawdę nie opowiadamy już o Larze Croft. Prawdę mówiąc, to niczego nie opowiadamy: w tym temacie wszystko zostało już powiedziane tyle razy, że możemy się jedynie jałowo powtarzać.

Na marginesie wypada dodać, że sama historia przedstawiona w filmie traktuje bohaterkę jak ofiarę niebezpieczeństw i prześladowań, sprytnie umykającą swoim oprawcom. Do ukonstytuowanego przez dekady wizerunku Lary, w którym pełna odwagi i determinacji pani archeolog odkrywa i zdobywa zapomniane światy jest tutaj bardzo daleko. O ile jeszcze potrafię zrozumieć powodowaną względami komercyjnymi konieczność zerwania z seksualnością i kobiecością głównej bohaterki (inna sprawa, że w tym przypadku przesadzono w drugą stronę), o tyle nie potrafię dojść, dlaczego zdecydowano się na zerwanie z całą resztą wypracowanego przez lata katalogu wartości, których Lara była symbolem.

Ta pani robi w filmie wszystko, żeby się widzowi nie kojarzyć z Larą Croft.

Oglądając najnowszego “Tomb Raidera” miałem bardzo silne skojarzenia z recenzowanym niedawno “Han Solo – Gwiezdne Wojny: Historie“. Film wykonany sprawnie, z porządną obsadą: oprócz Vikander zobaczymy na ekranie m.in. Dominica Westa, czy Dereka Jacobiego. Efekty specjalnie nie rażą, chociaż budżet (prawie 100mln $) głównie wykorzystano na CGI i jest to wyraźnie zauważalne. Muzyka w porządku, udźwiękowienie bardzo zgrabne, ogląda się i słucha nowego “Tomb Raidera” zupełnie przyjemnie, a jednak… całości zdecydowanie brakuje charakteru. Jakiegokolwiek. Podobnie jak Solo, panna Croft została w tym przypadku bezpardonowo wysterylizowana. Jej historia nie ma w sobie ani grama kobiecego uroku, w jej trakcie Lara nie rozwiązuje ani jednej wymagającej łamigłówki, a kadry sugerujące wejście bohaterki na znane i lubiane przez fanów tory pojawiają się dopiero w ostatnich sekundach. To zdecydowanie za mało. Ten film nie pozostawia po sobie niczego – ani refleksji, ani przyjemności, ani też… niewygody, czy rozczarowania.

Można obejrzeć, chociaż zdecydowanie nie trzeba. Polecać – nie warto.

♥ – temperatura wrzenia eteru wynosi 35 stopni Celsjusza.


 

Jakie filmy do recenzji w czerwcu?

W komentarzach pod niedzielnym tekstem wspominkowo-urodzinowym pojawiła się sugestia, aby część decyzji za recenzowane filmy scedować na naszych czytelników.

Pomysł spodobał mi się na tyle, ze postanowiłem przy okazji dzisiejszego artykułu przeprowadzić eksperyment 🙂

Moja koncepcja jest taka:
1. Proponuję tytuły, które znajdują się w moim kręgu zainteresowań. Filmy stare i nowe, nadchodzące premiery na które czekam, lub mniej znane pozycje, co do których jestem pewien, że warto je Wam zaproponować.
2. Zainteresowani głosują wybierając dwa spośród kilku zaproponowanych tytułów.
3. Filmy z największą ilością głosów stają się moim targetem na najbliższy tekst.

W tym tygodniu proponuję Wam dwa superklasyki ery VHS, luźno związane również z poruszanym ostatnio nurtem cyberpunku w kinie: “Człowieka Demolkę” z niezapomnianym duetem Stallone-Snipes oraz pierwszego “Sędziego Dredda” – również ze Stallone w obsadzie, którego można sobie porównać z niedawnym rebootem z 2012 roku. Dalej: reset kultowego “Życzenia śmierci” z Bruce’em Willisem zastępującym Charlesa Bronsona – dochodzą mnie słuchy, że ten tytuł jest idealnie skrojony pod doświadczoną gwiazdę kina akcji. Jest też kolejna część FilmoBiografii Stanleya Kubricka, którą polecam wszystkim bez wyjątku – w kolejce czeka jeden z najbardziej niedocenianych i jednocześnie przecenianych filmów Mistrza – “Barry Lyndon“. Chciałem również zaproponować najnowszą część “Jurajskiego Świata”, ale w ostatniej chwili redaktor naczelny poinformował mnie, że SithFrog już rozbił namiot pod multipleksem i czeka na premierę… zatem tej recenzji bankowo możecie się spodziewać w najbliższym czasie.

Mam nadzieję, że dzięki tej ankiecie Wy-Czytelnicy uzyskacie nieco większy wpływ na publikowane dla Was treści, a my-Redakcja dowiemy się nieco więcej na temat Waszych oczekiwań filmowych. Nawet jeżeli ktoś (np. ja) nie będzie w stanie “obsłużyć” jakiegoś pożądanego tytułu, to ten obowiązek łatwo będzie przekazać innemu ktosiowi (Crowley, Sith, DaeL). Pomysł jest jeszcze niedopracowany i – jako się rzekło – eksperymentalny. Na pewno taka ankieta nie będzie pojawiała się przy każdym moim tekście, bo bywają okresy kiedy mam już przygotowany harmonogram np. związany z premierami kinowymi (tak było na przełomie stycznia i lutego, kiedy śledziłem oscarowych faworytów). Nie mogę też obiecać, że za każdym razem wybrany przez Was tytuł opiszę dokładnie w następną środę – czasem zależy to od stopnia zaawansowania tekstu (np. nowy odcinek FBK mam przygotowany w 40%), czasem od moich możliwości obejrzenia nowości w kinie (np. na oczekiwany przeze mnie nowy “Świat Jurajski”, wybiorę się najwcześniej za tydzień). Dlatego uprzejmie proszę o cierpliwość i nie traktowanie (przynajmniej na razie) wyników ankiety jako zobowiązania dla Redakcji, to raczej testowa sonda opinii publicznej, puszczana w celu wybadania gruntu.

Z góry dziękuję Wam za współpracę i pomoc, bo jestem przekonany że jak zwykle mogę na Was liczyć 🙂

Aha, ankieta zamyka się w niedzielę, tj. 10.06.2018r. o 23:59. Myślę, że tyle czasu wystarczy, aby każdy z Was zdążył zagłosować.

Zapraszam do udziału i dzielenia się uwagami w komentarzach.

This poll is closed! Poll activity:
Start date 06-06-2018 12:00:30
End date 10-06-2018 23:59:59
Poll Results:
Jaki film wziąć na warsztat w czerwcu?
-->

Kilka komentarzy do "Tomb Raider (2018)"

  • 6 czerwca 2018 at 12:38
    Permalink

    Dlaczego mam wrażenie, że poziom “bezpieczeństwa” powstających ostatnio blockbusterów, czy filmów akcji jest wprost proporcjonalny do ich budżetów? Im droższy, tym bardziej wtórny. Chyba tylko ostatni Avengers trochę się wyróżnia, a to raczej ze względu na dający się polubić czarny charakter, który aż tak czarny nie był.

    Reply
    • 6 czerwca 2018 at 13:00
      Permalink

      Nie wiem, czy teza jest do obronienia w szerszym kontekście, ale faktycznie – w przypadku tegorocznych “skoków na kase” widać opisaną przez Ciebie prawidłowość. Nowy Han Solo, Pacific Rim i Tomb Raider przypominają ekranizację planu marketingowego tych marek, a nie zajmujące opowieści w znanym i lubianym przez fanów klimacie.

      Avengersów wciąż jeszcze nie widziałem, ale do tego schematu można nawet podpiąć najnowszego Deadpoola, który – umiejętnie i z gracją, ale jednak – po prostu powielił chwyty zastosowane w “jedynce”.

      W kolejce czeka reboot “Predatora”, za którego odpowiada Shane Black (pojawił się i zginał jako jeden z pierwszych w oryginale z Arniem). Jeżeli to również będzie bezpieczna jazda po linii najmniejszego oporu, to można będzie mówić o pladze.
      Nadzieja w tym, że te filmy nie wygenerują zakładanych przez specsłupków dochodów. Disney spektakularnie wyrżnął się na nowym Solo, ale to chyba było już wkalkulowane – budżet marketingowy, a nawet data premiery tej produkcji sugerowały, że studio w nią nie wierzy.
      Pacific Rim również dostał w czapę i raczej w najbliższej przyszłości nowych pojedynków gigantów nie będzie. Z kolei recenzowany wyżej Tomb Raider niby na świecie zarobił więcej niż pierwsza część z Jolie (prawie 300 mln $), ale w samych Stanach – a tam producenci zarabiają najwięcej – uciułał ledwie 57 mln, czyli mniej niż “Kolebka Życia” uznana za finansową porażkę.

      Reply
      • 7 czerwca 2018 at 12:17
        Permalink

        Mam dziwne wrażenie, że wkalkulowana wpadka z “Solo” niczego ich nie nauczy. Ba! Uznają, że nie warto patrzeć na fanboyów SW i lepiej skupić się na wtórnej papce dla mas jaką były VII i VIII.

        Reply
        • 7 czerwca 2018 at 17:06
          Permalink

          Jeszcze ze dwie-trzy takie wpadki i Disney zarznie serie. Tak mysle, bo w obecnym ksztalcie za malo w niej dobrych, zajmujacych posstaci, a historie sa albo wtorne albo nudne.

          No I filmy sa zbyt czesto. Chociaz nie pamietam, czy w tym roku bedzie kolejna starwarsowa premiera na Swieta?

          Reply
          • 7 czerwca 2018 at 19:00
            Permalink

            Też nie wiem i prawdę mówiąc nawet nie chce mi się odpalać google, żeby sprawdzić.

            Reply
            • 8 czerwca 2018 at 09:34
              Permalink

              Ani mnie. Ale przespałem się z tematem i – trochę z poczucia obowiązku, bo było mi wstyd że nie wiedziałem – w końcu sprawdziłem 🙂

              Można powiedzieć, że filmowe Star Wars właśnie wyhamowało, a gdybym przy okazji chciał jakoś metaforycznie nawiązać do nowego Solo, powiedziałbym: zaciągnęło ręczny i dla studia nadchodzi czas rozliczeń.
              Mam nadzieję, że dla pani Kennedy też, tak nawiasem mówiąc.

              Kolejny film z “trylogii sequeli”, czyli Ep 09 dopiero rozpoczyna zdjęcia. Nie wiadomo ile potrwają, ale nie powinniśmy się spodziewać premiery wcześniej niż koniec 2019.

              Z kolei seria starwarsowych antologii ma wciąż zapowiedziany, niezatytułowany jeszcze spin-off poświęcony postaci Bobby Fett’a. Informacja o planowanej dacie premiery jest jednak dość lakoniczna: 2020.

              Znając marketingowe strategie od podszewki – nigdy nie trwają dłużej niż 5-10 lat, teraz Disney przeprowadzi audyt i sprawdzi, czy kierunek i wyniki finansowe zadowalają studio.
              Jeżeli posłucha mediów – wpędzi się w pompowaną przez nie bańkę.
              Jeżeli ekonomistów – będzie potrzebował człowieka z wizją i dużo szczęścia, aby zresetować serię.

              Reply
              • 8 czerwca 2018 at 11:00
                Permalink

                Resetowanie Star Wars? Nie wydaje mi się, żeby jakikolwiek nowy start nie uderzył w starą trylogię, a tego fani nigdy by nie wybaczyli.

                Ta pani Kennedy jest odpowiedzialna za kształt nowych filmów? Jeśli tak, to ciekawe kiedy ludzie wyjdą na ulice i zaczną palić jej kukły 😛

                Reply
                • 8 czerwca 2018 at 11:35
                  Permalink

                  Kolega Pquelim przypuszczam miał na myśli niemal całkowite zerwanie z Starą i Nową Trylogią Lucasa oraz tym co zrobił dotychczas Disney. Czyli na przykład zrobienie daaaaaalekiego prequela odnośnie początków Starej Republiki, powstania Jedi, Sithów i.t.d., nie zaś wymazywania dotychczasowych filmów. Takie rozwiązanie dawałoby niemal całkowitą wolność Disneyowi i jego producentom. Pytanie jednak – jak bardzo tego chciałby Disney? przecież to ryzyko w postaci tworzenia uniwersum od nowa – gadżety, zabawki, komiksy, książki, kreskówki to wszystko musiałoby powstać na nowo równolegle do filmu, a jeśli ten okazałby się klapą to sprzedaż wszystkiego co z nim powiązane byłaby mocno utrudniona.

                • 8 czerwca 2018 at 11:49
                  Permalink

                  Kathleen Kennedy jest jednym z boss-ów (bosskiń?) Hollywood, to naprawdę gruba ryba z ogromnym dorobkiem. Głównie współpracowała z Spielbergiem – wspólnie robili większość jego filmów, ona sama ma na koncie również całą kultową serię Back to the Future, czy Szósty Zmysł.
                  Nie sądzę, żeby niepowodzenie kontraktu z Disneyem jakoś mocno nadszarpnęło jej wizerunkiem.
                  A ona sama zbiera się do ponownej pracy z Spielbergiem, w zapowiedzianym już prawie-oficjalnie piątym Indianie J…

                • 8 czerwca 2018 at 11:50
                  Permalink

                  Benjen:
                  Co do resetu Star Wars – tak naprawdę, to trylogia sequeli nie musi mieć bezpośredniej kontynuacji. Skoki w czasie są normą w gatunku, Disney decydując się na taki ruch wbrew pozorom wiele nie ryzykuje – gadżety będzie sprzedawał dalej – ich przetrwanie gwarantuje seria Star Wars Story. Można takk jak sugerujesz – poszukać możliwości prequelu. Można też odskoczyć w przeszłość (vide KotOR) lub przyszłość tak absurdalnie daleko, żeby nie wzbudzać podejrzeń.

                  Warunki są takie, że trzeba to zrobić z wyczuciem i dobrymi, przemyślanymi pomysłami. A nie z brudnopisem i faksem, jak to wyglądało do tej pory.

                • 8 czerwca 2018 at 17:27
                  Permalink

                  Piąty Henry Walton Jones Junior? Zaczynam się bać.

                  Disney mógłby zrobić całą masę dobrych rzeczy w oderwaniu od dotychczasowych filmów. Jednak do tego potrzeba nieco dobrej woli i duuuużo odwagi. W hollywood chyba brakuje i jednego i drugiego.

  • 6 czerwca 2018 at 13:10
    Permalink

    Mi osobiście aktorka też niezbyt pasuje do lary z 2013. Co do głosowania na filmy do recenzji to ciekawy pomysł

    Reply
  • 6 czerwca 2018 at 16:08
    Permalink

    “Predator” Blacka będzie bezpiecznym filmidłem. Zwiastuny, przecieki fabuły wyraźnie wskazują, że z filmem z Arniem łączyć ich będzie tylko tytuł. Tyle, że ja poniekąd rozumiem te decyzje o “korpofilmie”, bezpiecznym dla mas, przyjaznym dla rodzin z dziećmi, wspierającym mniejszości (etniczne, seksualne co bądź) z feministycznym zadęciem. Niestety, zapominamy chyba, że te filmy produkowane są przez potężne finansowe imperia. Dla przykładu: Star Wars. Disney nie wydał ogromnej kwoty na prawa do marki, by zadowalać fanbojów. Zrobiono to by generować konkretny zysk.

    Reply
    • 6 czerwca 2018 at 16:18
      Permalink

      Yup, tylko wiesz co?
      Ja myślę, że to nie my o czymś zapominamy, a właśnie Disney, Marvel, czy inni producenci krojący “safemovies” pod najbardziej masowego, ugrzecznionego i niekontrowersyjnego widza. Co przemawia za takim stanowiskiem?
      Fakty. A fakty są takie, że zdecydowana większość dzisiejszej widowni ma w głębokim poważaniu płeć, orientację, kolor skóry, czy wyznanie bohaterów pojawiających się na ekranie. Widzów interesuje wartka akcja, porywający scenariusz, efektowne efekty, świetna gra aktorska, klimat – wszystko to, co utworzyło kulutrę popularną, czyli mówiąc w skrócie – przyciągnęło masy. I w tej wyliczance również znajdzie się miejsce na szokujące kontrowersję, tak samo jak na ideologiczny pluralizm – trzeba tylko znać proporcję, czyli wiedzieć, że to nie te ostatnie elementy decydują o sukcesie produkcji.

      Dlatego uważam, że taki Disney, podobnie jak rzesze opłaconych(? a może zaślepionych?) krytyków zachwalających równouprawninie, żeńskich bohaterów i wszystkie te inne równościowe decyzje, zbyt mocno skupiają się na dogadzaniu ideologicznym wojownikom i przeceniają wartość tych spraw w kontekście własnej branży. Bo w niej wciąż najważniejsze jest to, żeby robić dobre kino.

      Reply
  • 6 czerwca 2018 at 16:46
    Permalink

    Problem jest w tym, że mam wrażenie przez ostatnie kilka lat autorom, a właściwie stojącą za nimi kasą producencką (szeroko rozumianą), bardziej zależy na modelowaniu i kształtowaniu właściwych w ich mniemaniu poglądów ludzkich niż zaprezentowaniu sensownego i treściwego dzieła. W zależności od tego, kto wyłożył pieniądze na film mamy- albo dobrych Chińczyków (np. Marsjanin, Dzień Niepodległości) albo wspaniałych bojowników o wolność przed rzekomą dyktaturą (całe kino młodzieżowe, Snowpiercer:Arka przyszłości – choć ten film miał kilka plusów), nie wspominam o wszechobecnej politycznej poprawności czy wątków lgbt. Choć dobrze, że filmy potrafią przenosić uniwersalne wartości, to w tej chwili cierpi na tym warstwa artystyczna. Wykreowane kanony stanowią teraz właściwie główną kanwę filmów, zamiast po prostu opowiadać historię.Szczerze- już dawno nie obejrzałem nowemu filmu, który wrył by mi się pozytywnie w pamięć. Zapewne jakiś gdzieś się tam trafi, nie oglądam każdej możliwej nowości, ale to co oglądałem do tej pory to w większości zawody.

    Reply
    • 6 czerwca 2018 at 16:48
      Permalink

      Super pomysl z ankieta.
      Poprosze wszystkie wymienione, a najszybciej Czlowieka Demolke!!oneone1 🙂

      Reply
      • 6 czerwca 2018 at 18:11
        Permalink

        ma sie tom glowe do pomyslow hehe

        Reply
  • 6 czerwca 2018 at 17:54
    Permalink

    Wszystkie filmowe Tomb Raidery to dla mnie były porażki. Andżelina była zbyt wyuzdana i złośliwa nawet jak na pierwsze komputerowe wcielenia. Nowa zwać z tego co czytam poszła z kolei w druga stronę. Bez sensu, bo w tej serii zawsze największa frajdę dawały tajemnicze eksplorację u rozwiązywanie zagadek. A niczego z tych rzeczy nigdy w filmach nie było.

    Reply
  • 7 czerwca 2018 at 08:40
    Permalink

    Zgadza się. Nie ma w tych filmach tajemnicy, rozwiązywania zagadek, nie jest to Kino Nowej Przygody, jak w latach 70. określił Jerzy Płażewski amerykańskie produkcje spod znaku Star Wars i Indiany Jonesa.

    A trzeba przyznać, że akurat postać Lary Croft się do tego gatunku nadaje idealnie.

    Reply
  • 7 czerwca 2018 at 08:47
    Permalink

    Fajny pomysł z ankietą. Mój głos na Kubricka, ta seria jest świetna. W ogóle wolę jak piszesz o starszych tytułach. Z całym bogactwem ciekawostek, smaczków i narosłych legend.

    Reply
    • 7 czerwca 2018 at 08:53
      Permalink

      Dzięki! Szczerze mówiąc, też wolę pisać o starszych tytułach, wydaje mi się to dużo ciekawsze niż ocenianie nowości, do których zwykle mam stosunek wielce neutralny. Po komentarzach widać, że nie nie jestem w tym zmęczeniu współczesnym kinem osamotniony 🙂

      Reply
  • Pingback: Człowiek Demolka (1993) – FSGK.PL

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 pozostało znaków