Chinatown (1974)

Niewątpliwie jeden z najlepszych filmów gatunku nazywanego dzisiaj neo-noir. Wpisany przez Kongres Stanów Zjednoczonych na listę produkcji o wyjątkowych walorach kulturowych, historycznych i estetycznych. Regularnie notowany na listach Amerykańskiego Instytutu Filmowego: od 19-tego miejsca wśród najlepszych filmów stulecia, po miejsce drugie w kategorii “Best Mystery Film”♠. Być może najlepszy film Romana Polańskiego, a z pewnością jeden z najlepszych w całej historii kina.

Albo po prostu: “Chinatown”.

Jack Nicholson na chwilę przed “Lotem nad kukułczym gniazdem”. Aktor był już znany i doceniany – między innymi dwukrotnie nominowany do Oscara, ale dopiero kreacja w “Chinatown” pokazała światu, jak wielki drzemie w nim potencjał.

Jak to zwykle bywa, w przypadku wielkich arcydzieł światowej kinematografii – jego powstanie jest  wypadkową niezwykłego uporu kilku osób oraz przypadkowo zaistniałych okoliczności. Niewiele brakowało, a film prawdopodobnie nigdy nie zbliżyłby się do obecnego kształtu, a być może nawet nie zostałby ukończony. A było tak:

Po ogromnym sukcesie “Ojca Chrzestnego”, odpowiedzialny za jego produkcję Robert Evans został szefem podupadającego finansowo Paramount Pictures, z jasno określonym zadaniem przywrócenia wytwórni do czasów świetności. W kontrakcie wynegocjował całkowitą swobodę w doborze scenarzystów, reżyserów, a także wpływ na obsadę filmów, po czy zabrał się do pracy. A właściwie to “zmusił” do niej swojego kumpla – Roberta Towne’a, który miał już całkiem niezły pomysł na scenariusz pod tytułem “Chinatown”. Tytuł filmu jest metaforą zaczerpniętą z prywatnej rozmowy, jaką Towne odbył z jednym z policjantów pracujących w Los Angeles. Gliniarz miał się kiedyś zwierzyć scenarzyście, że podczas służby w chińskiej dzielnicy robił “najmniej, jak to możliwe”, ze względu na niejasne powiązania rządzących tam gangów oraz barierę językową. Towne, który umieścił wspomniany dialog w jednej ze scen filmu, postanowił napisać scenariusz oparty na równie skomplikowanej siatce wzajemnych powiązań i zależności. Oś fabularna jest zaczerpnięta z historii autentycznych kalifornijskich konfliktów o wodę pitną, jakie miały miejsce na początku XX wieku♣.

Polański lubił czasem wystąpić w swoich filmach. Kreacja w “Chinatown” jest bardzo kameralna, ale mimo tego przeszła już do historii kinematografii.

Ten element stanowi bardzo silną stronę wielowątkowego scenariusza filmu, za który Towne otrzymał Oscara, a który od początku powstawał z myślą o Jacku Nicholsonie – aktorze nominowanym już do Oscara, wschodzącej gwieździe filmowego firmamentu. Co ciekawe, Robert Towne skończył pisać scenariusz właśnie dzięki aktorowi, który miał pożyczyć mu dziesięć tysięcy dolarów “na życie”. Na początku 1973 roku, Towne zdążył już wydać wpłaconą przez Evansa zaliczkę (25k$), a scenariusza jeszcze nie skończył♥. Zrobił to już przy udziale Romana Polańskiego, w osiem tygodni poprzedzających wejście na plan filmowy.

Sam angaż Polańskiego wcale nie był oczywisty, ani pewny. Reżyser opuścił Stany Zjednoczone w 1970 roku, po tym jak udało mu się udowodnić przez sądem niewinność w sprawie morderstwa swojej żony, Sharon Tate♦. Załamany i pogrążony w smutku przeprowadził się do Paryża, nosił się z zamiarem porzucenia reżyserii. Dla Evansa z kolei, pierwszym wyborem do krzesła na planie był John Huston – legendarny reżyser “Sokoła Maltańskiego”, piętnastokrotnie nominowany do Oscara, uznawany za jednego z ojców-założycieli czarnego kina w Hollywood. Huston, po przeczytaniu wstępnej wersji scenariusza odmówił, podobnie jak autor “Absolwenta” z 1967 roku – Mike Nichols. Polański nie chciał zapoznać się nawet ze szkicem scenariusza, ale ostatecznie producent namówił Polaka na przylot do Los Angeles, gdzie – jak się później okazało – przyjął propozycję i nakręcił swój ostatni film za Oceanem.

John Huston – ojciec kina noir, reżyser klasycznego “Sokoła Maltańskiego” z Humphreyem Bogartem. Jego obecność na planie “Chinatown” stanowi symboliczną klamrę epoki czarnego kina. Aktorstwo zaprezentował wspaniałe – wyróżnione m.in. nominajcą do Złotego Globa.

Fabuła filmu jest “łabędzim śpiewem” epoki noir, a także świetnym przykładem na uniwersalność tego gatunku. Mieszczą się w nim zarówno romanse i melodramatyczne tragedie rodzinne, jak i wielka konspiracja ukryta pod warstwami biurokratycznych bzdur. Jest femme fatale, której rola została znacznie uwspółcześniona, chociażby w stosunku do “Sokoła Maltańskiego” i innych dzieł z poprzedniej epoki. Jest charyzmatyczna postać głównego bohatera – detektywa Jake’a Gittes’a, który – wrzucony w sam środek intrygi o nierozpoznanym charakterze i nieznanej skali – próbuje połączyć pozornie oddalone od siebie wątki i poszlaki. Z jednej strony “Chinatown” opowiada też o amerykańskich niepokojach mieszkańców zachodniego wybrzeża (i pewnie dlatego jest przez Amerykanów tak doceniany), z drugiej wciąga widza w niezwykle ciekawe śledztwo, z trzeciej – silnie czerpie z klasycznego thrillera, a z czwartej – rozprawia się z niemoralnością i złem wrodzonym, zakorzenionym gdzieś głęboko w człowieczeństwie. Uff! Dużo tego, prawda?

I to właśnie pozostaje największą siłą “Chinatown”. Kapitalny scenariusz, w czym zasługa również naszego rodaka – Polański nie tylko pomagał Towne’emu w dokończeniu ponad 180-stron skryptu, ale też wszedł z nim w konflikt dotyczący ostatniej sceny♥. Scenarzysta (znany jest jeszcze z dwóch pierwszych części “Misson Impossible”) postanowił zakończyć film czymś w rodzaju happy-endu, na co zdecydowanie nie chciał przystać Polański. Ostatecznie to wizję reżysera oglądamy na ekranie, a sam Towne po latach miał przyznać, że była to dobra decyzja, podyktowana talentem i reżyserskim wyczuciem dzieła, którego on sam nie posiadał.

Faye Dunaway – wybitna aktorka, której trudny charakter nieco przeszkodził w karierze. Oprócz “Chinatown” ma na koncie niezapomniane kreacje w “Bonnie & Clyde”, oraz “Network”.

Polański od zawsze słynął ze znakomitego prowadzenia aktorów w swoich filmach, nie inaczej było i tym razem – Jack Nicholson zaprezentował tutaj najwybitniejszą rolę w swojej dotychczasowej karierze (możemy się ewentualnie jałowo pokłócić o “Easy Ridera”). Spore problemy reżyser miał z odtwarzającą role femme fatale Faye Dunaway. O tej aktorce można napisać bardzo ciekawy artykuł biograficzny. Z pewnością niezwykle utalentowana, nie miała jednak (i nie ma do dzisiaj) ręki co do swoich zawodowych wyborów. W efekcie jej filmografia najeżona jest pokracznymi występami w kompletnych gniotach ◊, ale w tamtym okresie akurat trafiła w dziesiątkę. Po “Chinatown” wystąpiła w innym klasyku – “Sieci” Sidney’a Lumeta, dzięki czemu zgarnęła dwie nominację i jedną statuetkę Oscara w dwa lata.

Dunaway nie lubiła się z Polańskim, który z kolei uważał ją (źródła twierdzą, że słusznie) za wyniosłą gwiazdę z własną wizją na temat każdej sceny. Współpraca tych dwojga nie układała się do tego stopnia, że Dunaway pewnego dnia pobiła reżysera, a producentowi postawiła ultimatum: albo on, albo ja. Evansowi udało się jakoś załagodzić sytuację, chociaż sam również przyznawał, że płaca aktorki nie stanowiłaby problemu dla budżetu produkcji (Dunaway dostała za rolę 50 tys. $)♥.

Niesnaski na planie nie wpłynęły jednak na ostateczną wersję filmu, który pod względem aktorskim prezentuje chyba najwyższy możliwy poziom. Nawet Polański, który pojawia się w słynnej scenie podcinania nosa głównego bohatera (plotka głosi, że reżyser specjalnie dodał tę scenę, żeby utemperować nieco swobodne podejście do pracy prezentowane przez Nicholsona na planie filmowym), aktorsko prezentuje się co najmniej poprawnie. John Huston, który nie przyjął propozycji objęcia reżyserii filmu, zgodził się zagrać w nim drugoplanową, choć w gruncie rzeczy kluczową rolę. Jego Noah Cross to rzadko ukazywany na ekranie, a tak naprawdę drugi główny bohater filmu. Jego rola w wątkach i intrygach badanych przez Jake’a początkowo jest praktycznie niewidoczna, a z biegiem czasu, kiedy odkrywane są kolejne karty – napięcie wokół jego osoby zaczyna rosnąć.

Ostatni kadr filmu. Znakomite zwieńczenie tkanego przez dwie godziny seansu tajemnicy, tragedii i rozpaczy.

Wszystko prowadzi do świetnego i w całości opracowanego przez reżysera finału, w której Huston prezentuje znakomity warsztat aktorski, a Polański – niezwykłe wyczucie w balansowaniu pomiędzy eskalacją napięcia, tragedią oraz wyciszeniem zaistniałego chaosu. Po dziś dzień, ta kulminacyjna sekwencja wywołuje ciarki na plecach widza, który widział ją już kilkanaście razy. Znakomite zwieńczenie, będące jednocześnie metaforyczną klamrą całego gatunku noir. Oto jeden z jego twórców, John Huston, odgrywa ostatni akord w produkcji będącej elegią czarnego kina. Być może uderzam tutaj w tony nazbyt wzniosłe, lecz mnie osobiście zawsze fascynowała ta niemal romantyczna symbolika, jaką otoczone jest zakończenie “Chinatown”.

Pod względem warsztatowym “Chinatown” posiada wszelkie cechy arcydzieła kinematografii. Akcja rozwija się płynnie i pod osłoną całkowicie spokojnych, pozornie nużących kadrów i niespiesznego montażu, stylistycznie przypominając inne klasyki (takie jak “Gigant” z Jamesem Deanem). Wciąga widza i delikatnie, z biegiem kolejnych minut dociska go w fotelu co raz silniejszymi bodźcami. Ma ten film coś z “Ojca Chrzestnego”, w którym pozornie nie dzieje się nic, a odbiorca przeżywa seans z wypiekami na twarzy. Charyzmatyczny Nicholson jest świetnym protagonistą, obdarzonym ironicznym poczuciem humoru i ponadprzeciętną inteligencją. Jego wędrówkę przez meandry scenariusza ilustrują świetnie skomponowane ujęcia, które bardzo naturalnie uzupełnia melancholijna ścieżka dźwiękowa Jerrego Goldsmitha (nominacja do Oscara i Złotego Globu). Nie przeszkadza to w żaden sposób w budowaniu napięcia, którego eskalacja we wspomnianej scenie finałowej dostarcza widzowi satysfakcji i pozostawia go w emocjach jeszcze długo po napisach końcowych. Przynajmniej za pierwszym razem. Przy kolejnych podejściach “Chinatown” odsłania kolejne oblicza, pozwala się odkrywać na nowo i dostrzegać pominięte wcześniej wątki i nawiązania.

Produkcja filmu pochłonęła 6 milionów dolarów, z czego 700 tysięcy powędrowało na konto ceniącego się już wówczas Nicholsona. Początkowo po premierze tego arcydzieła nie zanosiło się na tak spektakularny sukces – film spotkał się z pozytywnymi, aczkolwiek umiarkowanymi reakcjami krytyków, którzy utyskiwali na… zbyt skomplikowany scenariusz, będący w ich przekonaniu najsłabszą stroną dzieła♥.  Recepcja “Chinatown” stanowi więc do dzisiaj kolejny argument w dyskusji nad sensem wsłuchiwania się w głosy krytyków filmowych – widownia w kinach dopisała, produkcja znacząco podreperowała budżet wytwórni Paramount, przynosząc niemal 30 milionów $. Sam scenariusz – dzisiaj uznawany za majstersztyk pokroju literatury Raymonda Chandlera – doczekał się uznania już w styczniu 1975 roku. Robert Towne otrzymał za niego jedynego w karierze Oscara. “Chinatown” było nominowane w jedenastu kategoriach, ale we wszystkich innych przegrało: m.in. Polański nie wygrał z Coppolą (“Ojciec Chrzestny II”), Nicholson z Artem Carneyem (uhonorowany w zapomnianym już dzisiaj “Harry and Tonto” Paula Mazursky’ego), a Faye Dunaway musiała uznać (wątpliwą) wyższość Ellen Burstyn (“Alicja już tutaj nie mieszka”).

Skromnym zdaniem wyżej podpisanego, wielkiego miłośnika tej konwencji – “Chinatown” to kino ponadczasowe, dotknięte ową wybitnością lat 70., które nigdy się nie zestarzało i po wsze czasy stanowić będzie wzór znakomitego filmowego rzemiosła.

 

♠ – wyprzedzony tylko przez “Zawrót Głowy” Alfreda Hitchcocka, którego przypomnienie opublikowałem jakiś czas temu – do wglądu tutaj.

♣ – dla zainteresowanych, o Kalifornijskiej Wojnie Wodnej możecie poczytać np. na Wikipedii

♥ – wszystkie ciekawostki dotyczące wypłat, finansów i okoliczności powstawania filmu podaję za: Mark Elliot, Nicholson. Biografia, Axis Mundi 2013.

♦- słynna sprawa sekty pod wodzą Charlesa Mansona, o której możecie poczytać np. na Wiki, o tutaj.

◊ – wśród wspomnianych “gniotów” wręcz nie mogę nie wspomnieć o kreacji w polskiej produkcji pt. “Balladyna”, którą recenzował ostatnio na swoim vlogu Mietczynski.

Kilka komentarzy do "Chinatown (1974)"

  • 24 stycznia 2018 at 12:02
    Permalink

    10/10 wow! No nieźle, trzeba bedzie sie chyba zapoznac

    Reply
    • 25 stycznia 2018 at 01:19
      Permalink

      Jezeli jeszcze jakims cudem nie widziales tego filmu, to koniecznie nadrabiaj zaleglosci.
      Tylko pamietaj, ze to nie jest wspolczesne kino, w ktorym wszystko jest tlumaczone prosto z mostu za pomoca wielokrotnych ekspozycji motywacji bohaterow.
      Tu jest nieco inaczej i oldschoolowo. Ale jesli dasz sie porwac niespiesznej narracji, to calosc solidnie kopie tylek. Zwlaszcza koncowka, ktora jest majstersztykiem.

      Reply
    • 25 stycznia 2018 at 11:44
      Permalink

      Tradycyjnie zachęcam do podzielenia się wrażeniami.

      Reply
  • 24 stycznia 2018 at 12:33
    Permalink

    “”Faye Dunaway odmówiła całowania się z Jackiem Nicholsonem, ponieważ stwierdziła, że śmierdzi mu z ust cebulą.””
    tak było

    Reply
  • 24 stycznia 2018 at 14:17
    Permalink

    A mnie trochę ten film zawiódł. Oglądałem stosunkowo niedawno i chyba po prostu oczekiwałem czegoś innego. Myślałem, że będzie bardziej mrocznie i z większą ilością dymu. No ale aktorsko i warsztatowo wiadomo – kosmos.

    Reply
    • 25 stycznia 2018 at 14:56
      Permalink

      Noir, czy “czarne kino” mnie też bardzo długo kojarzyło się z mrokiem i padającym deszczem, ale prawdę mówiąc to większość klasyków tego gatunku wcale nie hołduje tym zasadom.
      Zresztą to jest bardzo “pojemna” nisza, do której niektórzy wrzucają naprawdę wszystko co popadnie.
      “Chinatown” jest uwspółcześniona (oczywiście w kontekście lat .70) wersją – dużo w nim ogólnych pejzaży i wolnych ujęć, mało mroku. W ogóle to światło bardzo fajnie rozgrywa bohaterów w tym filmie –
      kiedy tylko pojawiają się cienie, lub niewidoczny jest fragment bohaterów, od razu zwiastuje to niebezpieczeństwo i tajemnice. Z kolei w scenach mocno rozświetlonych bohaterowie są całkowicie bezpieczni. Podobny zabieg zastosował np. Scott w Alienie kilka lat później.
      No i nie zapominajmy, że mroczna finałowa scena to już taki klasyczny powrót do korzeni gatunku.

      Rozczarować może, zwłaszcza jak się przehajpujemy entuzjastycznymi recenzjami, do których powyższa oczywiście należy. Trzeba pamiętać, że nie jest to geniusz artystyczny, a jedynie (i aż) bezbłędna rzemieślnicza realizacja. Z wybitnymi kreacjami aktorskimi.

      Reply
  • 24 stycznia 2018 at 17:05
    Permalink

    Jeden z moich ulubionych filmow z Nicholsonem. Dla dzisiejszego mlodego widza moze okazac sie nudny, bo nie ma poscigow i strzelanin, a zwroty akcji dzieja sie bez wybuchow, ale to kawal naprawde wielkiego kina. Takiego z przytupem, gdzie nic nie jest powiedziane wprost, dopoki nie stanie sie juz oczywiste.
    Zawsze szanowalem ten film za jego inteligencje. Wszystko sie ladnie na koniec sklada w calosc, ale uwaznie ogladajac da sie polaczyc niektore watki jeszcze przed Jackiem.
    Dobra, a kiedy jakas recenzja oscarowych nominacji, bo wczoraj oglosili liste? Wyglada na tryumf Del Toro, Ksztalt wody 13 nominacji, jak La La Land w zeszlym roku 🙂

    Reply
    • 25 stycznia 2018 at 00:02
      Permalink

      Nominacji dużo, bo ten film da się- w odróżnieniu od np. ‘Trzech bilboardów’- nominować za wszystko. Co do nagród już nie jest to oczywiste. Ja kibicuje filmowi McDonagha, którego bardzo mi brakuje w piątce reżyserów.

      Reply
      • 25 stycznia 2018 at 01:12
        Permalink

        Tak jak piszesz. Duzo nominacji do oscara to wlasciwie niewielka gwarancja na wygrana – dobrym przykladem jest i Chinatown, ktore bylo wielkim przegranym gali w ’75. Inna sprawa, ze mialo z kim przegrac: sequel Ojca Chrzestnego, Lenny, Plonacy wiezowiec (super film btw!)… no kiedys takie filmy powstawaly co roku, dzisiaj – raptem kilka razy na dekade.

        Ebbing mnie jakos mocno nie kreci, pewnie bedzie ciekawa historia ze swietna obsada, ale po rezyserze nie spodziewam sie wybitnosci.

        Najbardziej mnie interesuje nowy Spielberg i film z Oldmanem, bo w obu przypadkach tematyka jest bardzo interesujaca. Wiadomo, ze Ksztalt Wody tez sie obejrzy, ale to raczej nie jest film pode mnie. Tak samo jak nowy Scott, oraz te politycznie poprawne Tamte Dni… i. Lady Bird.
        Wiekszosc filmow chetnie obejrze, ale tylko niektore z nich w kinie. Na reszte poczekam na solidne brrip 😛

        Reply
  • 24 stycznia 2018 at 18:31
    Permalink

    Więcej takich filmów 🙂

    Reply
  • 25 stycznia 2018 at 00:03
    Permalink

    Ten pan nazywał się Mazursky, a nie Mazevsky 🙂 ‘Chinatown’ genialne, bez dwóch zdań.

    Reply
    • 25 stycznia 2018 at 11:45
      Permalink

      racja, dzięki!

      Reply
    • 25 stycznia 2018 at 17:13
      Permalink

      Wikipedia twierdzi, ze ten Mazursky zostal kiedys uhonorowany nagroda Przyjaciela Polski (Amicus Poloniae) przez nasz ambasade w USA. Wie ktos za co?

      Reply
      • 26 stycznia 2018 at 10:05
        Permalink

        Głownie za krzewienie polskiej kinematografii w Hollywood. Mazursky był np głównym orędownikiem przyznania honorowego Oscara Andrzejowi Wajdzie – ale to miało miejsce już po otrzymaniu tytułu Amicus Poloniae (Wajda dostał w 2000, abasada Polska nagrodziła Mazurskiego w 1990). Mazursky bardzo lubił nasz kraj i często go odwiedział.
        Co ciekawe – był też aktorem. Jego debiut filmowy to… “Fear and Desire” Stanleya Kubricka – etiuda, którą reżyser nakazał zniszczyć w swoim testamencie 😉

        Reply
  • 25 stycznia 2018 at 20:59
    Permalink

    “Po dziś dzień, ta kulminacyjna sekwencja wywołuje ciarki na plecach widza, który widział ją już kilkanaście razy. ”
    ja widziałem raz i nic nie poczułem, tylko pytanie w głowie zostało “lol, to już koniec?” xd

    “Akcja rozwija się płynnie i pod osłoną całkowicie spokojnych, pozornie nużących kadrów i niespiesznego montażu”
    to prawda, prawie przysypiałem oglądając

    ogólnie to film znośny, ale pupy nie urywa, więcej niż 7/10 bym nie dał. przynajmniej mam nauczke na przyszłość, żeby nie ufać tutejszym recenzjom starych filmow z podejrzanie wysoką oceną xD

    Reply
    • 26 stycznia 2018 at 10:06
      Permalink

      właśnie zrównałeś w swoich komentarzach “Zaproszenie” i “Chinatown”. Na to nie ma nawet odpowiedniej pokuty w kodeksie kanonicznym 😛

      Reply
      • 26 stycznia 2018 at 11:50
        Permalink

        nie no zaproszenie jednak bardziej sie podobalo wiec, dajmy na to ocene 7,5 dla zaproszenia 😀

        Reply
  • 26 stycznia 2018 at 12:40
    Permalink

    łantalupa chyba jesteś młody i nie bardzo jeszcze potrafisz odróżnić fajny film od dzieła epokowego 😉

    jasne, Chinatown przynudza i nie wywołuje wielkich emocji super efektami, ale to zupelnie inny gatunek kina. sprobuj obejrzec ten film za kilka lat, jak juz bedziesz dojrzalszym widzem, to gwarantuje ze spojrzysz innym okiem.
    nie chce nikogo obrazic w zadnym stopniu, jasne jest ze mlodosc ma swoje prawa i swoje “podniety”, ktore bardziej trafiaja do emocji. sama pamietam, ze jeszcze z piec lat temu nie moglam zdzierzyc “Ojca chrzestnego”, w ogole wszystkie filmy powyzej 100 minut wydawaly mi sie z miejsca nieciekawe. Dzisiaj duzo sie w tej kwestii zmieniło 😉

    Reply
    • 26 stycznia 2018 at 13:59
      Permalink

      22 lvl to nie wiem czy taki młody xD

      Reply
      • 26 stycznia 2018 at 17:06
        Permalink

        no zobacz. a nie wyglądasz 😉

        Reply
  • 26 stycznia 2018 at 12:54
    Permalink

    dodam jeszcze, ze rowniez dzieki tej stronie – nadrobilam sobie Ben-Hura, który mnie powalił monumetalnoscią wizji.
    rowniez Vertigo mi sie podobało, chociaz troche chimeryczny na dzisiejsze czasy.
    no i seria o kubricku jest znakomita, staram sie ogladac razem z tekstami ktore sie tu ukazuja. narazie wspaniale ogladalo mi sie Lolite i Spartakusa, troche gorzej Dr Strangelove, ale to chyba dlatego ze nie lubie militariow i wojny. Odyseja Kosmiczna czeka w kolejce, bo juz ja widzialam i wiem, ze trzeba znalezc odpowiedni wieczor na ten film.
    generalnie to czasem wchodzilam tutaj dla szalonych teorii, ale nigdy sie nie wypowiadałam, tak od kiedy pojawily sie inne teksty, to staram sie byc codziennie. Pozdrawiam!

    Reply
    • 26 stycznia 2018 at 17:05
      Permalink

      THX! 😀

      Reply
  • 4 lutego 2018 at 10:43
    Permalink

    Jesli chodzi o Nicholsona to moze to i jest jego najlepsza rola, ale Polański krecil wg mnie lepsze filmy na czele ze “Wstretem” i “Nozem w wodzie”. Mam tez ogromny sentyment do “NIeustraszonych pogromców wapmirów”. Chinatown ma u mnie miejsce 4 lub 5 wymienne z “Lokatorem”

    Reply
    • 4 lutego 2018 at 10:49
      Permalink

      Nicholson jest w Chinatown rewelacyjny, ale ma jeszcze lepsze kreacje. Z tamtego okresu to na pewno Lot nad kukulczym gniazdem, ale i Lsnienie Kubricka, znakomite mial rowniez role pozniejsze: About Schmidt, As Good as is Gets.

      Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 pozostało znaków