
Stare porzekadło głosi, że mężczyzna nigdy nie dorasta, zmieniają się tylko dinozaury, które lubi najbardziej*. Tak jak wielu noszę w sercu dinozaury od 12 minuty pierwszego w życiu seansu „Jurassic Park„, od chwili gdy doktorowi Grantowi odebrało głos na widok brachiozaura skubiącego sobie spokojnie gałązki. Nowego dokumentu Netflixa pt. „Czego nie wiemy o dinozaurach” nie mogłem więc przegapić. Serial w oryginale zatytułowany jest „The Dinosaurs”, a wyprodukowany został przez Stevena Spielberga i jego Amblin Entertainment. Spielberg? Dinozaury? Moje serce na moment zabiło szybciej, ale czy był ku temu powód?
Polski tytuł sugeruje jakąś szczególną odkrywczość serialu, na którą jego twórcy tak naprawdę niespecjalnie się silili. Historia zaczyna się w triasie, 235 milionów lat temu, a kończy w tym samym momencie, w którym kończą się wszystkie seriale o dinozaurach. Śledzimy losy gadziej dynastii, począwszy od maleńkich marazuchów, które po wykluciu próbują uniknąć szczęk prymitywniejszych jaszczurów, aż po epokę kredowych gigantów, takich jak tyranozaur czy triceratops. Serial nie przedstawia jakichś rewolucyjnych odkryć lub teorii. Są w nim jednak elementy, które wyróżniają go na tle jego licznych poprzedników i podobnych mu produkcji. Zamiast opowiadać o dinozaurach za pomocą wciąż tych samych i powszechnie kojarzonych gatunków, twórcy wprowadzili na scenę nowych bohaterów. Oprócz wspomnianego marazucha są to m.in. wulkanodon, liliensztern, anchiornis, longipteryx, yutyrannus, hesperornis i wiele innych. Losy gatunków zostały mocno powiązane ze zmianami klimatycznymi i środowiskowymi zachodzącymi na Ziemi. Oczywiście, oprócz nowości nie obyło się bez klasycznych motywów, takich jak pojedynek allozaura z wymachującym ogonem stegozaurem. Ta scena po prostu musi znaleźć się w każdym serialu o dinozaurach, niczym pojedynek rewolwerowców w klasycznym westernie.
Pora na Parental Advisory. W ostatnich latach filmy przyrodnicze nabierają coraz bardziej familijnego charakteru. Gdy śledzimy w nich perypetie małych zwierzątek, to zazwyczaj udaje im się uciec przed drapieżnikiem. W sam raz, żeby nie zasmucić małego widza i nie zaambarasować siedzącego obok dorosłego. Cóż, w „The Dinosaurs” już w jednej z pierwszych scen tyranozaur zaciska szczękę na czaszce pachycefalozaura przy akompaniamencie wywołującego dreszcz chrupnięcia. Sceny polowań są tu bardzo liczne i zazwyczaj kończą się schwytaniem zdobyczy. Nie jest krwawo, ale często dzieje się to w zaskakujący sposób. Niektóre sceny mogą wywołać niepokój, jak na przykład ta, w której straszliwy pterozaur hatzegopteryx próbuje dopaść małego madziarozaura. Przerażony biedaczek, na dodatek bardzo milusiński z wyglądu, ucieka ile sił w krótkich nogach. Gdy już w końcu oddychamy z ulgą, okazuje się, że to jednak latająca bestia zalicza punkt. Jakby tego było mało, to cała sekwencja rozgrywa się w półmroku i jest zmontowana jak najlepszy dreszczowiec. To oczywiście nadal serial dla całej rodziny, ale może niekoniecznie dla najmłodszych jej członków, takich w wieku przedszkolnym.
Natomiast starszych widzów akurat takie podejście powinno ucieszyć. Polubiłem „Czego nie wiemy o dinozaurach”, bo ogląda się go jak klasyczny film przyrodniczy. Dinozaury przedstawione są w nim jak dzikie stworzenia, kierujące się instynktem. Nikt nie próbuje przypisywać im prawie ludzkich cech i intencji, jak było w ubiegłorocznej drugiej serii „Wędrówek z dinozaurami”. Produkcja BBC zaliczyła mały „odlot” i serwowała nam jakieś farmazony o „dinozaurach-nastolatkach, szukających swojego miejsca w stadzie i uznania wśród dorosłych” albo o przyjaźni (!) między dinozaurami z różnych gatunków. W „Czego nie wiemy o dinozaurach” gady oglądamy w tradycyjnych scenach polowań i godów, opieki nad młodymi, ale twórcy wysilili trochę wyobraźnię i pokazali też bardziej zaskakujące motywy. Takie jak np. spinozaur zastawiający pułapkę na rekina albo pterodaktyl uciekający przed stadem małych, już pierzastych latających dinozaurów. Czy może raczej powinienem po prostu napisać – ptaków? No właśnie – latających gadów i innej dino-drobnicy jest tutaj dużo, a kamera zauważa nawet pradawnego chrząszcza zapylającego jeden z pierwszych kwiatów na planecie.
Odczucia dotyczące realizmu komputerowo wygenerowanych obiektów to bardzo subiektywna kwestia. We wspomnianym serialu BBC podobała mi się animacja pojedynczych dinozaurów, zwłaszcza gdy pokazywano je w zbliżeniu. Czar pryskał w dynamiczniejszych scenach lub gdy kamera pokazywała większą grupę stworzeń. Dokument Amblin rekonstruuje pojedyncze osobniki na wyższym poziomie, a poza tym bije na głowę nowe „Wędrówki…” pod względem rozmachu realizacji i rozmachu całej koncepcji serialu. Nie śledzimy tutaj perypetii pojedynczych osobników przez cały odcinek, jak było w serialu BBC. Tutaj kamera pędzi nad pradawnym światem, przez głębokie kaniony, pomiędzy drzewami, nurkuje w oceanach, zatrzymując się na moment, by zaraz pognać dalej od jednej sekwencji do kolejnej. Przez ekran przewalają się olbrzymie stada roślinożerców, niebo wypełniają chmary pterozaurów, pierzasty drapieżca atakuje przez zwały śniegu, wybuchają wulkany, ziemia pęka pod stopami gigantów. Nie mam pojęcia, które krajobrazy w serialu są realne, a które wygenerowane komputerowo, po prostu wszystkie zapierają dech w piersiach. Serial jest efekciarski i wcale mi to nie przeszkadza. Jako widowisko sprawił mi więcej frajdy niż trzy ostatnie filmy fabularne spod znaku czaszki tyranozaura i to razem wzięte.
W „Czego nie wiemy o dinozaurach” nie ma ujęć ze współczesności. Tych wszystkich scen ze studentami paleontologii stukającymi cierpliwie młoteczkami. Nie ma tu naukowców w kapeluszach, pokazujących jakiś ząb do kamery albo wyciągających skamieniałe kości z szuflad na zapleczu muzeum. Serial nie jest specjalnie „naukowy”, w takim sensie, do jakiego przyzwyczaiły nas programy na kanałach typu National Geographic czy Viasat Nature. Jest typowy dla ery streamingu, ale szczerze pisząc, nie traktuję tego jako wady. Poważniejsze rzeczy naprawdę bardzo łatwo znaleźć, natomiast tak widowiskowych produkcji w klasycznej TV nie ma. „Czego nie wiemy o dinozaurach” to po prostu fajna rozrywka na niedzielne popołudnie dla dużych i małych. Szkoda, że dosłownie na jedno popołudnie. Cztery odcinki po około 40 minut seansu każdy to zdecydowanie za mało, żeby zadowolić fana wielkich gadów. Nawet jeśli narratorem ich historii jest Krystyna Czubówna. W oryginale Morgan Freeman, ale bądźmy poważni – królowa jest tylko jedna.
*Aktualnie ankylozaur. Opancerzony skurczybyk, którego wszyscy mogą… A nie będę rozwijał.
Czego nie wiemy o dinozaurach (2026)
-
Ocena Voo - 8/10
8/10







Właśnie myślałem o tym 🙂 Niedługo obejrzę.
Coś mnie ostatnio zaczęły właśnie fascynować epoki geologiczne, wędrówki kontynentów, dinozaury etc.
Dla fanów ciężkich brzmień koniecznie polecam zbadać zespół The Ocean i przede wszystkim płyty Phanerozoic. Jest tam jeden szczególny kawałek o dinozaurach 🙂