FilmyRecenzje Filmowe

Father Mother Sister Brother (2025)

Gdy w ubiegłym roku ogłaszano, że Złotego Lwa weneckiego festiwalu filmowego zdobył Jim Jarmusch za film “Father Mother Sister Brother”, nie było chyba nikogo bardziej zdziwionego takim obrotem spraw niż sam reżyser. Kultowemu twórcy od jakiegoś czasu dobrze wychodzi mniej więcej co drugi film. Po znakomitym, kontemplacyjnym “Patersonie” “Truposze nie umierają” raczej nikogo nie zachwyciły. Można więc było się spodziewać, że prawem serii teraz pora na coś dobrego.

“Father Mother Sister Brother” to trzy krótkie filmy w jednym. Trzy nowele, ośmioro bohaterów, trzy miejsca na świecie, a połączone wspólnym tematem – relacjami rodzinnymi. Jarmusch lubuje się w takich miniaturach, wystarczy wspomnieć choćby “Kawę i papierosy” czy “Noc na Ziemi”, więc nie powinno nikogo dziwić, że i tym razem efekt jest… no cóż – znakomity. O ile oczywiście lubi się filmy pozornie o niczym, gdzie ludzie tylko gadają, a reżyser bawi się razem z widzem za pomocą pomysłowych kadrów i niezręcznej ciszy, która nie raz zapada między bohaterami.

Pierwsza część to komiczna opowiastka o rodzeństwie, które odwiedza ojca mieszkającego samotnie po śmierci żony gdzieś na amerykańskim zadupiu. Adam Driver, Mayim Bialik i fantastyczny Tom Waits koncertowo odegrali pełną absurdalnych niezręczności scenkę, podczas której na jaw wychodzą pewne ukrywane fakty z życia jednego z bohaterów. Pojawiają się też elementy, które będą wracać w kolejnych segmentach – zegarek Rolex, picie wody, herbaty i kawy (jak to czytam, brzmi to absurdalnie i fascynująco jak podziwianie schnącej farby, ale w jakiś dziwny sposób to naprawdę działa) oraz świetne “geometryczne” ujęcia kamery.

Druga część opowiada o dorocznym spotkaniu dwóch dorosłych córek z mamą – poczytną pisarką. Panie, chociaż wszystkie mieszkają w Dublinie, widują się jedynie raz w roku, a ich rozmowa jest chyba jeszcze bardziej absurdalna i pełna niewypowiedzianego napięcia niż poprzednia. Tym razem chodzi nie tyle o tajemnice i ukrywanie prawdy (choć to też), ile o kontrast osobowości między bohaterkami. Każda z nich żyje w innym świecie, choć w tym samym mieście. Każda ma inny temperament i poglądy, a wymuszona i sztuczna grzeczność przy stole – potęgowana znowu rewelacyjną pracą kamery, która znowu wychwytuje różne wzory. To ten typowy, znakomity Jarmusch, który sprawia, że wszyscy, po obu stronach czują się trochę nieswojo. Gdzie więcej znaczy cisza i brak słów niż dramatyczne przemowy. No bo jak lepiej pokazać zerwane więzy niż właśnie krępujacą ciszą oraz grą pozorów? Nie muszę też raczej dodawać, że trio: Cate Blanchett, Charlotte Rampling, Vicky Krieps jest absolutnie wspaniałe.

I wreszcie trzeci, ostatni epizod, który z początku wydawał mi się najmniej ciekawy, a ostatecznie okazał się być najważniejszy ze wszystkich. Po dwóch aktorskich koncertach w wykonaniu niesamowicie utalentowanych i szanowanych aktorów i aktorek, tym razem bohaterami jest rodzeństwo grane przez anonimową dla mnie ciemnoskórą parę. Odwiedzają paryskie mieszkanie swoich rodziców, którzy zginęli w katastrofie lotniczej, wspominając mamę i tatę oraz wydarzenia z wspólnej przeszłości, ale też odkrywają – znowu – pewne nieznane im fakty. Ta część jest inna niż dwie poprzednie. Jest ciepła, kontemplacyjna, mniej w niej jarmuschowego humoru. Ocieka wręcz takim pozytywnym smutkiem, który ogarnia człowieka w momencie, kiedy uświadomi sobie, że strata bliskiej osoby nie oznacza, że znikają dobre wspomnienia o zmarłym. A jeszcze bardziej mówi o tym, że chociaż rodzice i dzieci są najbliższymi sobie osobami, to tak naprawdę każdy pisze życiem własną książkę.

I to jest właśnie przesłanie, które ja odnalazłem w “Father Mother Sister Brother”. Nie jest to w żadnej mierze film robiony pod tezę, nie wymaga też wielopoziomowych interpretacji – mówił o tym sam Jarmusch w wywiadach. Ale to taki typ kina, które w uważnym widzu poruszy czułą strunę i sprowokuje do myślenia. Pewnie każdy odkryje w nim coś innego, bo na odbiór na pewno wpływa kształt stosunków rodzinnych każdego widza. Ja przede wszystkim uświadomiłem sobie właśnie to, że miłość czy jakakolwiek inna więź między dziećmi i rodzicami absolutnie nie oznacza, że życie w rodzinie musi wiązać się z wyzbyciem indywidualnych przeżyć. Że są rzeczy, które nas łączą i spajają, ale każdy z nas to osoba z własnymi wspomnieniami i doświadczeniami. Mało tego. Poświęcenie jakiejś cząstki siebie rodzinie nie oznacza, że mamy obowiązek pogodzić się ze stratą tej indywidualności, a tym bardziej wymagać takiego poświęcenia od innych. I że ta inność i odrębność mogą być czasem śmieszne, czasem dziwne, a czasem piękne. Czy to chciał mi powiedzieć Jim Jarmusch? Nie mam pojęcia. Być może chciał tylko nakręcić kolejny nietypowy film o oryginalnych ludziach.

No bo pełno tu jarmuschowych znaków szczególnych. Jest ich na tyle dużo, że można odnieść wrażenie oglądania jakiegoś eksperymentu filmowego, składającego się z dziwnych ujęć i drażniących, pełnych niepokoju dialogów. Leniwe tempo na pewno nie zadowoli miłośników wartkiej akcji, bo tak naprawdę nie ma tu ani akcji, ani nawet fabuły z prawdziwego zdarzenia. Są scenki rodzajowe i zabawa reżysera z kamerą oraz powtarzanie kilku symboli na różne sposoby. I mnie to oczarowało. Uwielbiam ten leniwy styl, który mocno przypomina wspomnianego “Patersona”. W filmie nie brakuje świetnego, mocno niezręcznego humoru, jak zwykle znakomitej muzyki (przeróbka “Spooky” otwierająca film od razu ustawia cały seans) i tego gadania o niczym, które jednak prowokuje mózg do intensywnego działania. Ze zdziwieniem stwierdziłem już po seansie, że film trwał niemal dwie godziny, co w połączeniu z iście lodowcowym tempem powinno było mnie znużyć, wręcz zmęczyć, a ja nawet nie zauważyłem, że to już koniec. Wspaniałe uczucie.

Nie wiem, czy w weneckim konkursie były filmy lepsze od “Father Mother Sister Brother”, ale wiem, że Jarmusch znowu zrobił to, za co tak bardzo go lubię. Dał mi pretekst do zanużenia się na dwie godziny w swój dziwaczny świat, a z tej wycieczki wróciłem bogatszy o garść przemyśleń. To taki film, który do mnie krzyknął (ale po cichu), żeby żyć i dać żyć bliskim, doceniać inność między nami i mieć świadomość, że ten/ta obok skrywa niejedną tajemnicę, którą może kiedyś odkryję, ale pewnie nie.

Father Mother Sister Brother (2025)
  • Ocena Crowleya - 8/10
    8/10
To mi się podoba 13
To mi się nie podoba 0

Crowley

Maruda międzypokoleniowa i mistrz w robieniu wszystkiego na ostatnią chwilę. Straszliwy łasuch pożerający wszystko, co związane z popkulturą. Miłośnik Pratchetta i Clancy'ego, kiedyś nawet Gwiezdnych wojen, a przede wszystkim muzyki starszej niż on sam.

Polecamy także

Zanim napiszesz komentarz zapoznaj się z naszymi zasadami zamieszczania komentarzy:

Regulamin zamieszczania komentarzy


Użyj tagu [spoiler] aby ukryć część treści komentarza:

[spoiler]Treść spoilera[/spoiler]

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back to top button