Przegrałem życie #10: Metal Gear Solid 3: Snake Eater

Ian Fleming nie dożył filmu “Goldfinger”, ale wszyscy są zgodni, że byłby nim zachwycony. Dwie pierwsze ekranizacje, pomimo bardzo dobrych recenzji, nie zapowiadały serii na kilkanaście odcinków. Sprawiło to nieco luźniejsze podejście do tematu i wprowadzenie gadżetów, których w książkach Fleminga nie było za wiele. Te zaś podbijały widownię i doprowadziły do bardziej elastycznego tworzenia kolejnych części. “MGS3” to właśnie taki “Goldfinger”. Może nie najlepszy, ale na pewno odświeżający serię. Wprowadzono tutaj wiele innowacji, które (czy zostały później na stałe, czy nie) są niezłą odskocznią od ciągłego skradania się.

Trzecia część Solid, nie nawiązuje do poprzedniej za mocno. Opuszczamy Solid Snake’a i przechodzimy do lat sześćdziesiątych XX wieku, gdzie mamy możliwość poznania przeszłości Big Boss’a – to jest postać, którą będziemy kierować. Vader tej serii.

To pierwsza część, dla której musiałem wypożyczyć PS2. PCty zostały mocno poszkodowane, ale chęć zobaczenia kolejnego odcinka zmusiła mnie do porzucenia faszystowskich poglądów. Poznałem pada – wcześniej tylko penis tak dobrze leżał w dłoni – i zakochałem się w tak dobrze skrojonym kontrolerze. Do tego DualShock… Gdy odpalałem ten epizod, musiał to być 2008 rok, czyli od 17 lat zarzynałem różnego rodzaju komputery i konsole, ale po raz pierwszy przeżywałem grę w taki sposób. Z tego też powodu recenzja mogłaby być nieobiektywna.

Dlaczego taka zmiana? Krążą plotki, że cały “MGS3” miał być wirtualną misją, którą przechodzi Solid Snake oczami Big Boss’a. Część tego pomysłu pozostało w kodzie gry – nie wiem, czy specjalnie, czy nie. Jeśli zabijemy np. Revolver Ocelota, następuje time paradox i kończy nam to grę.

Akcja tym razem zostaje przeniesiona do dżungli w Związku Radzieckim. Naked Snake uczestniczy w Virtuous Mission, z zadaniem uprowadzenia sowieckiego naukowca Sokolova, który uczestniczy w projekcie Shagohod (pierwowzór późniejszych metal gear’ów). Wspierany jest przez swojego przełożonego Majora Zero i specjalistkę od fauny i flory, Para-Medic. Sigint przekazuje informację o uzbrojeniu. Jest też The Boss, mentorka Naked Snake’a, która traktowana jest przez wszystkich jak legenda.

Misja idzie gładko. Snake odbija naukowca i zmierza do punktu startowego, jednak na drodze stają mu jego nowi przeciwnicy – Cobra Unit (grupa stworzona przez The Boss do walki z nazistami podczas II WŚ), Pułkownik Volgin i sama The Boss. Okazuje się, że nauczycielka Snake’a przeszła na stronę sowiecką. Przechwyca “przechwyconego” Sokolova i katuje naszego bohatera. Tak kończy się trening do gry właściwej.

Druga misja, która jest grą właściwą, rozpoczyna się tydzień po uratowaniu Naked Snake’a. Rząd USA musi udowodnić Związkowi Radzieckiemu, że nie maczał palców w porwaniu Sokolova, a także nie rozpoczął nuklearnego ataku (Volgin na swoim terenie “pobawił się” amerykańskim pociskiem nuklearnym). Snake zostaje ponownie wysłany w celu zatrzymania frakcji Volgina, zniszczenia skradzionego Shagohod i zabicia The Boss. Na miejscu ma się spotkać z łącznikiem o kryptonimie ADAM, jednak po wylądowaniu nie ma żadnego ADAMA, jest za to EVA i młokos Revolver Ocelot ze swoim oddziałem. Tak zaczyna się jeden z najlepszych scenariuszy Iana Flem…, oczywiście “Metal Gear Solid”.

Ten dosyć spory trening ma za zadanie ukazać nam nowe możliwości silnika i pewne zasady, na których opierać się ma dalsza rozgrywka. W wersji “Subsistance” jest możliwość obracania kamerą (pierwsza wersja – “Snake Eater” posiadała tylko statyczną kamerę), co znacznie uprzyjemnia rozgrywkę. Jednak najciekawszą rzeczą jest wprowadzenie sztuki przetrwania w dziczy. Jeśli wejdziemy do bagnistej wody, wyjdziemy z niej z pijawkami na skórze. Możemy je zdjąć za pomocą noża lub przypalić za pomocą cygara. Jeśli nie będziemy szanować ciała, zdarzą nam się krwawienia, złamania, zadrapania i poparzenia. Racje żywnościowe już nie będą leczyć nas z takich dolegliwości, potrzebne nam nici, bandaże i maści.

Do czego racje żywnościowe? Otóż w tej części wprowadzono system głodu. Oznacza to tylko tyle, że po pewnym czasie Snake zaczyna odczuwać głód, a przeciwnicy słyszą, jak się wszystko przewraca w żołądku. Z pomocą przyjdą nam właśnie racje żywnościowe. Zabawa się zaczyna, gdy tych zabraknie – musimy więc zacząć szukać pożywienia wśród grzybów, ptaków, ryb, czy większych zwierząt. Niektóre są trujące, ale z pomocą przyjdzie nam Para-Medic, która przekaże nam odpowiednie sposoby przygotowania posiłku.

Ostatnią nowością jest system kamuflażu. Jeśli schowamy się w trawie mamy większe prawdopodobieństwo, że nikt nas nie zauważy. Zwiększymy szansę, jeśli Snake przygotuje odpowiedni kamuflaż na twarz i mundur. Ciekawa i irytująca zarazem sprawa.

Jeszcze zanim przejdę do rzeczy, które Kojima spieprzył, spróbuję pochwalić dobór głosów do tej części. Nie ma tu płaczliwych osobników pokroju Otacon i EE z “MGS2“. Każda postać ma kapitalnie dobranego aktora. Niestety David Hayter po raz kolejny zawodzi ze swoim szorstkim głosem. Uwielbiałem jego ton w “MGS1“, ale od drugiego epizodu nie daję rady słuchać jego rzężenia. To właśnie jego overacting psuje mi ocenę ogólną poziomu udźwiękowienia. Muzyka za to skomponowana jest idealnie pod: dżunglę, Bonda, “Metal Gear Solid”. Niektóre kawałki (zwłaszcza w walce z The Fury, The Fear i The Sorrow) z miejsca trafiły na moją ulubioną playlistę.

Wchodząc w temat bossów. Mam mieszane uczucia. Z jednej strony KAŻDA walka jest epicka. W każdej dzieje się coś innego. Ale to właśnie walka ze snajperem The End jest chyba tą kultową. Staruszek żyje w symbiozie z naturą i wydaje się, że cała fauna jest przeciwko nam. Starcie dzieje się na kilku mapach, a my za pomocą własnego sprzętu próbujemy zatłuc skurczysyna, który jest od nas lepszy. Odbijający się promień światła od lunety, ślady na trawie, ciepło w danym miejscu, czy szelest liści. Na podstawie takich znaków musimy uściślić pozycję najniebezpieczniejszego snajpera. Chyba, że ten dojrzy nas pierwszy. Można pójść na skróty! Wystarczy wyłączyć grę i wrócić do niej za kilka dni. Z The End będzie rzeczywiście koniec, z racji tego, że za długo na nas czekał. Takich smaczków jest jeszcze kilka w grze.

Drugą stroną medalu jest brak życiorysów tych postaci. Mamy kilka świetnie zaprojektowanych bohaterów z Cobra Unit, a nie wiemy o nich praktycznie nic. Pamiętacie FOXHOUND? Albo Dead Cell? Nawet te stare na MSX miały więcej charakteru. Ci tutaj po prostu są i czekają, by ich zabić. Bardziej kretyńskie jest jeszcze to, że rozmowa z nimi też jest jałowa. Bo jedyne, co mówią to swoje imię. Tragedia…

Tą tragedią przejdźmy do kolejnego zarzutu. Kojima w “MGS3”. Lubię gościa, ma niezły łeb. Jednak czasem coś tam musi nie działać. Od samego początku nosimy w plecaku maskę Raidena z drugiej części. Nigdzie nie jest wytłumaczone, po co tam jest od samego początku gry. Otóż, nasz wspaniały twórca wprowadził biseksualnego, sowieckiego oficera Ivana Raidenovitcha Raikova, który wygląda niczym nienawidzony przez większość główny bohater z “dwójki“. Do czego służy maska, pisać nie trzeba. W każdym razie nasz Snake w przebraniu zostaje zdemaskowany po wielkości jąder. Volgin też jest biseksualny, więc zna swoich żołnierzy. Kojimie moszna? Moszna!

To kolejny zarzut. Pamiętam, jak z rodzicami poszliśmy na drugą część “Matrixa”, a tam w pierwszych scenach Neo z Trinity…, bleah. Głupia sytuacja, widoki też nieprzyjemne. Wspominam to w celu, żeby zaraz nikt nie zarzucił mi homofobii. Uważam, że obnoszenie się swoją seksualnością powinno odbywać się w miejscach/scenach odpowiednich i ze smakiem. Znam miejsce, gdzie dobrze działa to bez smaku, ale wtedy szukam tego w konkretnych partiach internetu. Gdyby moi znajomi zobaczyli co się dzieje w moim łóżku, część z nich zazdrościłaby mi, druga ekipa zadzwoniła po psychiatrę. W tym rzecz, że niekoniecznie mam ochotę widzieć jakiekolwiek seksualne odnośniki w serii “MGS”. Są strasznie drętwo zrobione, nie ma w nich pikanterii ani kontrowersji. Wydają się być włożone przez pryszczatego Japończyka, który z dowcipów ze sraczki przeszedł na podteksty erotyczne. Będę chciał tego, zagram w WET. Tutaj wolę aseksualność lub romantyzm. Swoją drogą dowcipy o sraczce nadal tutaj są…

Ale nadal uważam, że to najbardziej zabawowa część serii. Uwielbiam ją, ale wyżej niż 9/10 nie dam. Polecam wersję na PS3, gdzie dodano możliwość zdobywania pucharków. Platyna nie jest łatwa, ale możliwa do zdobycia. Bez udziwnień. I to tyle, do następnej części. Portable Ops – kanoniczne, czy nie?

Plusy:
– świetna historia;
– klimat Bonda (Fleminga);
– “ruchoma” kamera w nowszych wersjach “MGS3”;
– muzyka;
– grafika;
– najbardziej przystępna część serii;
– przyjemna “platynka”.

Minusy:
– brak rozbudowania drugoplanowych ról;
– sraczka… śmieszne takie mocno;
– seksualność;
– Raiden wiecznie żywy;
– kretyńska maska Raidena, która uwłacza inteligencji;
– David Hayter.

 

Jeden komentarz do "Przegrałem życie #10: Metal Gear Solid 3: Snake Eater"

  • 4 sierpnia 2017 at 21:14
    Permalink

    […] wcześniej tylko penis tak dobrze leżał w dłoni […].

    Kocham tę robotę.

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 pozostało znaków