Niedzielne Fiszki: Atomowe kury i niebieskie pawie

DaeL pisał już kiedyś o krwawym konflikcie między ludźmi i emu w Australii. Nie zawsze jednak stosunki na linii ptak-człowiek były tak napięte. Zdarzały się sytuacje, kiedy przedstawiciele różnych gatunków współpracowały ze sobą w walce ze wspólnym wrogiem. Tak jakby…

Koniec II wojny światowej i początek zimnej wojny przyniósł duże zmiany w geopolityce i zmianę linii frontu między mocarstwami. Niemcy stracili pierwsze miejsce w galerii łotrów na rzecz komunistycznych Rosjan i ich towarzyszy zza żelaznej kurtyny, trzeba więc było przygotować się na ewentualny atak czerwonych ze wschodu. Brytyjska armia wymyśliła na to sposób: wysadzić Niemcy w powietrze. Może nie całe, ale przynajmniej Nizinę Północnoniemiecką, żeby Sowieci nie mieli tam czego szukać. W tym celu w 1957 roku dowództwo zamówiło 10 atomowych min, które w razie pochodu Armii Czerwonej na zachód miały zostać zdetonowane zdalnie, za pomocą zapalników czasowych, lub przy próbie ich otwarcia. Zapakowano więc zmodyfikowaną wersję pierwszej brytyjskiej bomby atomowej do wielkiego bojlera, który oficjalnie miał być polowym reaktorem jądrowym dla potrzeb armii i postanowiono rozmieścić urządzenia w strategicznych miejscach w krainie Hitlera. Operacja otrzymała kryptonim ‘“Blue Peacock” – “Niebieski Paw”.

Napotkano jednak pewien problem. Jak wiadomo, północne Niemcy w zimie to kraina niezbyt ciepła. Zachodziło ryzyko, że w zimie uzbrojone wybuchowe niespodzianki, czekające pod ziemią na gości ze wschodu, wychłodzą się na tyle, że elektronika wewnątrz przestanie działać i z wybuchu nici. Zaproponowano kilka rozwiązań, między innymi maty grzewcze i różnego rodzaju izolacje, aż wreszcie ktoś wpadł na genialny pomysł: kury.

Nie jest do końca jasne, jaki gatunek kury najlepiej nadawał się do wypełnienia niebezpiecznej misji.

Należało urządzić wewnątrz bojlera gniazdo kilku przedstawicielom gallus gallus domesticus, zostawić im trochę jedzenia, uzbroić zapalnik i zamknąć wszystko na głucho. Plan zakładał zaopatrzenie pierzastych żołnierzy w zapas prowiantu na 7-8 dni, których nadciągający wróg potrzebowałby na dotarcie w miejsce wybuchu. Kury, jak wiadomo, wytwarzają ciepło, więc ich obecność wewnątrz miny zapewniłaby temperaturę wystarczająco wysoką, żeby elektronika bomby zadziałała jak trzeba. Proste i genialne zarazem.

Tak miały wyglądać narzędzia zagłady.

Na szczęście rok później ktoś w dowództwie połapał się, że cała ta operacja jest idiotyczna, chociaż wcale nie ze względu na użycie drobiu. Po prostu straty powstałe w wyniku detonacji 10-kilotonowych ładunków spowodowałyby powstanie dużych ilości radioaktywnych pyłów w niezbyt dużej odległości od Wysp Brytyjskich. Z powodu dużych rozmiarów i wagi samych min, nie dało się też przeprowadzić odpowiednich testów z zachowaniem tajemnicy. Ponadto pojawił się problem, jak wyjaśnić mieszkańcom obcego kraju, że w pobliżu ich domu zostanie zakopana bomba atomowa (obsługiwana przez ptactwo domowe), która w razie wojny wybuchnie im prosto w twarz. Wyprodukowano jedynie dwa prototypy urządzeń, nie wiadomo za to, jaki los spotkał potencjalnych kurzych kandydatów do objęcia stanowisk wewnątrz min. Odtajnione 1 kwietnia 2004 roku dokumenty na ten temat milczą. Szef Archiwów Narodowych musiał się za to tłumaczyć, że Operacja Niebieski Paw nie była primaaprilisowym żartem i naprawdę istniało ryzyko wysadzenia w powietrze kawałka Niemiec przy pomocy urządzeń obsadzonych kurami.

-->

Kilka komentarzy do "Niedzielne Fiszki: Atomowe kury i niebieskie pawie"

  • DaeL
    5 kwietnia 2020 at 17:15
    Permalink

    Ech, co za nieludzkie rozwiązanie. Założę się, że w razie eksplozji, kury nie miałyby nawet dość czasu na ewakuację.

    Reply
  • 5 kwietnia 2020 at 22:47
    Permalink

    Jakoś tak żal mi się tych kur zrobiło. Myślałam, że tylko Amerykanie mieli takie debilne pomysły, jak widać nie tylko hehe.

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 pozostało znaków