Brawl in Cell Block 99 (2017)

Większość Czytelników zapewne zauważyła, że swoimi tekstami staram się zagospodarować specyficzną niszę w kategorii kinematograficznej publicystyki. Nie wyrywam się na premiery kinowe najgłośniejszych produkcji, z rzadka uczestniczę w dyskusjach nad przebojowością nowego “Batmana”, czy wyższością jednego filmowego tasiemca nad drugim. Wynika to ze zmęczenia ogólnie pojętym mainstreamem, który – nie będę Was oszukiwał – nie ma mi zbyt wiele do zaoferowania. Taka postawa bywa jednak problematyczna. Niełatwo jest wysupłać z siebie resztki zainteresowania nowym blockbusterem, bo w naturalny sposób zmagam się wtedy ze zmęczeniem materiału oraz świadomością, że twórcy – poza delikatnymi modyfikacjami na zasadzie: “Deadpool” będzie śmieszniejszy, a “Avengersi” poważni – nie serwują nic nowego pod słońcem. Jeszcze trudniej jest znaleźć coś, co wywoła autentyczny zachwyt – chwyci za gardło i rzuci o podłogę, zmuszając do poddańczego wyznania, że oto pojawił się film spełniający wszystkie wyrobione, wręcz snobistyczne wymagania i poruszył dawno przyzwyczajone do utartych schematów gusta.

S.C. Zahler – wschodząca gwiazda reżyserii

Między innymi dlatego bardzo się cieszyłem na samą myśl o obejrzeniu najnowszego filmu Stevena Craiga Zahlera. Reżyser i scenarzysta, który w 2015 roku zadebiutował znakomitym “Bone Tomahawk” (opinie – moja i forumowiczów pod tym linkiem) już wtedy zwrócił moją uwagę. Sprawił, że z niecierpliwością oczekiwałem na wieści dotyczące kolejnych jego projektów, towarzyszyło mi bowiem bardzo silne przeczucie, ze oto na naszych oczach rodzi się nowa reżyserska gwiazda. Autor, którego jeszcze wielokrotnie będą opisywać rodzime media, a i w samym Hollywood zdąży porządnie namieszać. Coś, co było jedynie życzeniową wizją parę lat temu, dzisiaj zaczyna się ziszczać. Anonimowy w naszym kraju reżyser, którego najnowsze dzieło nie trafiło (póki co) nawet do krajowej dystrybucji, popełnił w tym roku film potwierdzający jego bardzo wysokie aspiracje i ogromny potencjał. W zagranicznej prasie bywa już porównywany do Tarantino i jest to porównanie nie tyle na wyrost, co po prostu krzywdzące – i dla jednego, i drugiego reżysera. Zahler nikogo nie kopiuje, lecz z odwagą poszukuje własnej drogi w kinematografii. Robi to konsekwentnie i – póki co – całkiem skutecznie. Z Tarantino łączy go tyle, że obaj są oryginałami i już od momentu debiutu zyskali całkiem pokaźne grono fanów.
Zapamiętajcie to nazwisko, bo teraz – kiedy ma na koncie raptem dwa pełne metraże – jest wyjątkowa okazja do obserwacji początków kariery jednego z najbardziej obiecujących twórców na świecie.

Najlepsza kreacja w karierze Vince’a Vaughn’a.

I nie chodzi tutaj o żadną twórczość pseudoartystyczną, czy inną postmodernę. Nie, Zahler stylistycznie trzyma się mainstreamu, a raczej jego obrzeży – podobnie jak Tarantino, operując dookoła popularnych gustów widowni masowej. Ucieka od udziwnień i niejednoznaczności, zamiast tego niezwykle sprawnie żongluję formą dzieła. Jego produkcje to banalnie proste, opowiedziane w klasyczny sposób historie z dreszczem i znakomitym warsztatem. Innymi słowy – to filmy dla każdego, kto odczuwa znużenie na myśl o kolejnym odgrzewanym kotlecie. Zahler nie odgrzewa, a do kuchennej roboty podchodzi z pietyzmem słusznego szacunku dla klasyków, oraz odwagą w eksperymentalnym modyfikowaniu przepisu. Mniam!

“Brawl in Cell Block 99” to dopiero drugi film Zahlera. Opowiada o Bradley’u Thomasie – olbrzymim osiłku, byłym bokserze, którego życie przewraca się do góry nogami już na początku seansu. Mianowicie zostaje zwolniony z pracy oraz zdradzony przez żonę. Thomas to jednak facet ze stalową psychiką, a takie problemy to dla niego nie pierwszyzna. Świadczą o tym chociażby charakterystyczny tatuaż z tyłu głowy, a także całkowicie pozbawiony emocji wyraz twarzy. Bohater, na którego czekają znacznie większe kłopoty, jest zdecydowanie najsilniejszą stroną filmu. Nie sposób go nie polubić – nie tylko ze względu na zadziwiająca przemianę, jaką w kreacji Bradley’a prezentuje odtwarzający go Vince Vaughn. Protagonista kupuje widza również swoim usposobieniem. Bradley to całkiem wrażliwy i bystry facet, a przy tym gość do bólu bezpośredni i prostolinijny. Kiedy jest wściekły – tłucze rękami w najbliższą przeszkodę. Kiedy podejmuje krytyczne decyzje i działa w warunkach ekstremalnych – zachowuje stoicki spokój i opanowanie. W tej roli jest po prostu wiarygodny i autentyczny, co w obliczu zesłanego nań w scenariuszu losu – wywołuję sympatię. Kibicujemy Bradley’owi, mając cichą nadzieję na satysfakcjonujące zakończenie całej opowieści. Na szczęście Zahler ma podobne zamiary i – tutaj kolejny plus dla filmu – w zakończeniu serwuje nam niezwykle smakowity deser.

Potylica nie pozostawia złudzeń co do przynależności ideologicznej głównego bohatera.
Aktor jako narzędzie w warsztacie filmowca

Vince Vaughn – aktor do tej pory kojarzony albo z głupimi romansidłami, albo z głupimi komediami – zagrał tutaj rolę życia. I nie mam na myśli tylko fizycznej przemiany, jaką przeszedł, chociaż jest ona imponująca. Przede wszystkim,  w “Brawl…” udało się Zahlerowi wykorzystać jego potencjał i pokierować nim w taki sposób, aby stał się idealnym protagonistą. Vaughn operuje właściwie jednym wyrazem twarzy. I jest to wyraz twarzy ze wszech miar adekwatny do sytuacji, w której się znalazł. Jego stoicki spokój znakomicie kontrastuje z brutalnością, której się dopuszcza, by ratować skórę. Efekt jest momentami zabawny, czasem nieco przejaskrawiony, ale wciąż autentyczny. Rewelacyjna kreacja, która oczywiście nie spodoba się krytykom mainstreamowym, doszukującym się głębi dramatu w siedzącej na werandzie postaci z cygarem. Tutaj tego nie ma – jest Vince (Bradley) i jego spokojna, choć rozpaczliwa droga przez mękę.

Zwróćcie uwagę na wyraz twarzy Dona Johnsona – jest identyczny, jak na ujęciu wyżej. To celowy i bardzo udany zabieg reżysera, który bohaterów używa dla osiągnięcia zamierzonego efektu. A efektem tym jest satysfakcja widza.

Zahler już w “Bone Tomahawk” posłużył się podobnym motywem i muszę przyznać, że jest to świetny i sprawdzony sposób na filmową ucztę. Kino drogi.
“Brawl…” w gruncie rzeczy opowiada o tym, jak Bradley odbywa podróż do tytułowego “Block 99”, aby dokonać tam rozróby (ang. brawl). Fabuły zdradzać nie chcę (i nie lubię, zawsze możecie sobie przeczytać opis dystrybutora, czy inną notkę na Wikipedii), więc ustalmy tylko tyle, że jej osią jest wędrówka głównego bohatera. Wędrówka poprzez zakamarki systemu penitencjarnego Stanów Zjednoczonych, chociaż trudno jest nazwać “Brawl…” typowym kinem więziennym. W ogóle ciężko go umiejscowić w jednym gatunku filmowym. Najogólniej mówiąc jest to thriller (bo trzyma w napięciu), z wyraźnymi elementami dramatu więziennego oraz… kina gore. Zahler, co pokazał już w “Bone Tomahawk” bardzo lubi brutalność, więc w kilku miejscach – niezbyt wyraźnie i krzykliwie, ale jednak – pojawi się mięcho. Film jest więc przeznaczony dla widzów dorosłych, o nieco mocniejszym kręgosłupie emocjonalnym, chociaż do horroru tutaj daleko.

Małą, lecz całkiem wyrazistą rolę dostał także Udo Kier.
Mainstreamowy pastisz, który płynie z prądem

“Brawl in Cell Block 99” to nietypowy przedstawiciel kilku gatunków, których elementy obserwujemy podczas seansu. Jak wspomniałem, najbliżej mu do thrillera, lub dramatu więziennego, ale też nie do końca. Nie ma tutaj budowania napięcia na zasadzie przerażających ujęć i ukrywanego przed widzem zagrożenia. Wielką zaletą Zahlera jest to, że zagrożenie i niepewność buduje w oparciu o klasyczną strukturę opowieści – niczym w literaturze beletrystycznej. Czas, miejsce akcji oraz bohaterowie biorący w niej udział są przedstawieni jasno i przejrzyście. Dzięki temu reżyser odcina się od powszechnie podejmowanych prób wyjścia poza kanon kinowego medium. Kanonowi pozostaje wierny, bo ma świadomość, że powstał w wyniku wieloletniej ewolucji i rozwoju kinematografii, a nie jest wynikiem – jak chcieliby niektórzy dzisiejsi bojownicy – odwiecznego spisku sił nieczystych♣ .

Nie oznacza to jednak, że reżyser pozostaje całkowicie odporny na współczesne trendy. Poza gatunkowym mieszadłem wykorzystuje kilka innych modnych sztuczek i obowiązujących współcześnie standardów. Na szczęście, z warsztatu nowoczesnej kinematografii czerpie rozwaznie i z umiarem. Nie rwie scen ciężkim dla oka montażem – wszystko pokazuje w spokojnych, ogólnych ujęciach. Nie przeszkadza mu to w budowaniu ciężkiej atmosfery i napięcia – osiąga je m. in. minimalizując dialogi oraz wykorzystując aparycję aktorów. Wyśmienicie ukazane są się sekwencje walk – nakręcone niemalże w stylu skandynawskiego dramatu psychologicznego o problemach zdepresjonowanych, obrzydliwie bogatych korpo-szczurów. Jedno ujęcie, wolna jazda kamerą – a w środku kadru wyrazista i krwista akcja. Wrażenie jest rewelacyjne – ten kolaż, czy raczej pastisz współczesnej post moderny, ukazujący ograniczenia jej twórców.  Zahler wykorzystuje ją do pokazania, jak wiele można jeszcze osiągnąć stosując te same techniki, lecz w zupełnie innym – niż rozwalcowanie widza czołgiem niedopowiedzenia – celu.

Sceny walki to niezwykle spokojne, niemal delikatne ujęcia pozbawione cięć i montażu. Przepełnione za to brutalnością i bezwzględnością bohatera. Uzyskany w ten sposób kontrast to istny majstersztyk.

Pomimo, że cały film zasadniczo skupia się na postaci Bradley’a, uświadczymy tutaj również dwóch wartych uwagi kreacji drugoplanowych. Pierwszą jest Don Johnson; jako dyrektor placówki o zaostrzonym rygorze ma przede wszystkim nie pozostawiać wątpliwości, że jest niezwykle twardym sukinsynem. Znów cała gra aktorska jest zamknięta jednym wyrazem twarzy oraz wycedzonymi w złowrogiej intonacji słowami rzucanymi spomiędzy tlącego się cygara. Wszystko jest na miejscu, Johnson nadaje się do tej kreacji wyśmienicie. Inna sprawa, że to samo spokojnie mogłoby zrobić 3/5 podstarzałych aktorów z lat 80. i 90., ale jest Johnson, więc chwalę Johnsona. Drugą ważną postacią jest Jennifer Carpenter – znana chociażby z serialu “Dexter” – w roli Lauren Thomas, czyli małżonki głównego bohatera. Jej specyficzny wyraz twarzy ponownie idealnie wpasowuje się do roli nieco przerażonej, ale przede wszystkim zmęczonej kobiety żyjącej w trwodze przed niebezpiecznym mężem. Rola Lauren w całej zabawie ulega później znaczącym modyfikacjom, nie zmienia się jednak ogólny wydźwięk tej kreacji – jest co najmniej poprawnie, czyli in plus.

Soundtrack to zabawa z formą nowoczesnych dźwięków. Jest sporo spokojnej nuty, która tylko kilka razy upstrzona zostaje silniejszym trzaskiem, basem, lub samplami w stylu Zimmera czy innego Jablonsky’ego♠. Muzyka znakomicie nadaje ton filmu, bawi się konwencją kontrastując z jego scenami, utrzymuje widza we względnym spokoju wobec rosnącego na ekranie napięcia. Nie ma w tym geniuszu, a jedynie solidna robota odzwierciedlająca bardzo wyraźną, spójną i konsekwentną wizję reżysera.

Rzadko zwracam uwagę na soundtrack filmu – jeżeli w ogóle go zauważam, to zwykle oznacza, że jest co najmniej przyzwoity. Tutaj zauważyłem i mi się spodobał. Podobnie jak klimatyczna okładka nawiązująca do klasycznych plakatów sprzed półwiecza.
Orzeźwiające tchnienie ulgi

Na reżyserze chciałbym zakończyć, bowiem naprawdę warto to nazwisko odnotować czymś większym, niż jednym akapitem we wstępie. Zahler jest przedstawicielem nowoczesnego kina, który – w moim przekonaniu – doskonale wie, co robi. Ma do tego talent, więc dzieła spod jego ręki nie tylko charakteryzują się własnym, oryginalnym stylem, ale zwyczajnie dają się znakomicie oglądać. Wykorzystując poetykę kina drogi opowiada w “Brawl…” historię niezwykle prostą, w której nie mamy szans się pogubić. Do budowania napięcia nie używa dialogów, ale – właściwych dla współczesnej psotmoderny – minimalizmu i spokojnych, ogólnych ujęć. Efekt jest świetny, bo wszystkie narzędzia stosuje z umiarem, cały czas skupiając się przede wszystkim na opowiadanej historii. Jest bezpretensjonalny i pozbawiony wydumania. Rozrywkę kinową traktuje z należnym szacunkiem – nie wywyższając formy ponad treść pilnuje, aby odbiorca przede wszystkim zakończył seans z zadowoleniem na twarzy. W dzisiejszych czasach to podejście wręcz rewolucyjne, a na pewno – wywołujące westchnienie ulgi w moim przypadku. Nie tylko wnosi powiew świeżości w rozmaite gatunkowe kolaże, ale także nawiązuje z widzem bardzo uczciwą transakcję wiązaną. W rezultacie jego “Brawl…” to coś, co czyni wielką przyjemność moim zmurszałym gustom – film banalny w obsłudze, trzymający w napięciu od początku do końca. Urozmaicony kilkoma zwrotami akcji, świetną kreacją głównego bohatera, oraz znakomitym zakończeniem, które nie pozostawia po sobie niczego, poza satysfakcją.

Nie będę ukrywał, że 2017 był dla mnie, pomimo kilku pozytywnych zaskoczeń, rokiem niezwykle męczącym. Od “Twin Peaks”, aż po “mother!”♥, większość produkcji na które czekałem wystawiały mnie na ciężką próbę. Dlatego z tak wielkim ukontentowaniem i radością przyjąłem nieco ponad dwugodzinny seans prostoty i satysfakcji, zaserwowany w “Brawl in Cell Block 99”. Wydaje mi się, że ten film jest dla mnie idealną puentą ostatnich kilkunastu miesięcy.

Na szczęście, do końca roku nie zostało wiele czasu, a ja najciekawszą w nim premierę mam już za sobą. Szkoda, że nie było mi dane doświadczyć jej na wielkim ekranie – wciąż muszę czekać, aż polscy dystrybutorzy dostrzegą potencjał finansowy w nieznanym jeszcze nazwisku Zahlera.

Dla mnie to nr 1 w kategorii filmowych ulubieńców 2017. Amen.

 

 

♣ – czyli patriarchalnemu, uporządkowanemu hierarchicznie systemowi molestujących i molestowanych, którzy przyczyniają się do reprodukcji stereotypów płciowych, wyznaniowych i rasistowsko-kulturalnych, jak można zresztą poczytać w wielu manifestach dzisiejszej, hollywoodzkiej bohemy. Quo vadis inteligencjo?

♠ – to ten facet od Michaela Baya i jego Transformersów.

♥ – moje zmagania z powrotem serialu Lyncha – dramat w trzech aktach – możecie prześledzić tutaj. Zeszłotygodniowa recenzja “mother!”, czyli najnowszego filmu Darrena Arronofsky’ego pod tym linkiem.

Kilka komentarzy do "Brawl in Cell Block 99 (2017)"

  • 29 listopada 2017 at 13:18
    Permalink

    no i takie recenzje to ja lubie! juz nadrabiam oba filmy tego rezysera, dzieki!

    Reply
    • 29 listopada 2017 at 16:50
      Permalink

      Nooo, tylko zeby nie bylo, ze potem obejrzysz i bedziesz hejtowal, ze slabe 😛

      Ja dodalem do zakladek, bo przyznam, ze ani o filmie ani o tworcy slowa jeszcze nie slyszalem.

      Reply
      • 30 listopada 2017 at 10:51
        Permalink

        niczego nie obiecuję, najlepiej się nie “przehajpować” i nie spodziewać cudów na kiju, tylko dobrej zabawy.

        Reply
    • 30 listopada 2017 at 10:49
      Permalink

      Daj znać, czy się spodobało.

      Reply
      • 30 listopada 2017 at 21:24
        Permalink

        no moze na 9/10 bym nie ocenil(troche przydlugawy, a przez pol filmu nic sie nie dzieje), ale takie 8/10 byłoby w sam raz.
        co do zakończenia

        Spoiler! Pokaż
        Reply
        • 1 grudnia 2017 at 09:03
          Permalink
          Spoiler! Pokaż
          Reply
  • 29 listopada 2017 at 17:13
    Permalink

    Dobra recenzja a film świetny (równie dobry jak Bone Tomahawk).

    Reply
    • 30 listopada 2017 at 10:48
      Permalink

      Bone Tomahawk miało bardziej rozbudowaną obsadę (świetni Kurt Russel i Patrick Wilson), tutaj jest bohater jednoosobowy. Sam nie wiem, który film lepszy – oba są bardzo podobne, a jednocześnie bardzo odmienne 🙂
      Moim zdaniem, tak jak piszesz – bardzo porównywalny poziom.

      Reply
      • 30 listopada 2017 at 11:35
        Permalink

        I życzę reżyserowi – i widzom – aby utrzymał ten poziom jak najdłużej. Mieliśmy liczne przykłady w kinematografii, gdzie reżyser na początku swojej drogi kręcił genialne dzieła, a potem już nigdy się nie zbliżył do tego poziomu. Najdobitniejszym przykładem takiego reżysera jest Ridley Scott. Alien widziałem z 30 razy (ostatnio nawet, ze 2 tygodnie temu) i chociaż znam ten film na pamięć, to wciąż go uwielbiam.

        Reply
        • 30 listopada 2017 at 11:45
          Permalink

          Częściowo się z Tobą zgadzam, ale nie zapominajmy jednak, że Scott poza rewelacyjnymi (i rewolucyjnymi, jeśli spojrzeć na Blade Runner, Aliena, czy Thelma & Lousie) początkami ma także na koncie świetnie przyjęte późniejsze filmy, takie jak Black Hawk Down, Gladiatora, czy American Gangster. To raczej reżyser nie schodzący zwykle poniżej pewnego poziomu realizacji, chociaż ostatnie wyczyny w serii Alien już prezentują znaczny zjazd.

          btw: jeżeli nie czytałeś, to podrzucam niżej mój tekst o Ridleyu i właśnie Obcym, ukazał się u nas kilka miesięcy temu, taka lektura na luźne popołudnie 😉

          http://fsgk.pl/wordpress/2017/06/ridley-szkot-czyli-dlaczego-prometeusz-nie-przymierzyl/

          Reply
  • 30 listopada 2017 at 12:26
    Permalink

    Dzięki, nie czytałem wcześniej tej recenzji. Moje odczucia są bardzo podobne (przy czym wolę jednak Prometeusza od Obcy-przymierze). Co do kanonicznych części, to moja ocena jest taka: pierwsza część – arcydzieło, druga – rewelacyjny film, trzeci film klimatyczny, ale po raz pierwszy poczułem rozczarowanie (za uśmiercenie Newt miałem ochotę udusić scenarzystę), natomiast czwarta część była dla mnie mega rozczarowaniem. Tą część widziałem 1,5 raza (za drugim razem w połowie wyłączyłem). Był to dla mnie tym większy zawód, że uwielbiałem Jeuneta za Delicatessen. Wracając do Prometeusza, to najbardziej rozczarowali mnie jego bohaterowie. Oglądając Alien oraz Aliens, mamy wspaniałych, wyrazistych bohaterów. Każdy z nich ma własny, niepowtarzalny charakter. Także androidy są doskonale zagrane. Nie miałem nigdy żadnych problemów z ich odróżnieniem, tymczasem po obejrzeniu Promoteusza, kojarzyłem jedynie Elizabeth Shaw, Vickers (ale to głównie dlatego, że lubię Charlize Theron), Petera Weylanda oraz Davida. I tyle. Nawet lubiany przeze mnie bardzo (głównie za Prawo Ulicy) Idris Elba wypadł blado. Reszta bohaterów- nie istniała, byli jedynie tłem. Nie winię za to aktorów. To wina scenarzystów.
    Co do Scotta – to prawda, że nigdy nie schodzi poniżej pewnego poziomu, ale jak sam zauważyłeś – to rzemiosło. A pierwsze 3 jego filmy to coś znacznie więcej

    Reply
  • 30 listopada 2017 at 19:25
    Permalink

    Mnie sie Przebudzenie podobalo. Wiadomo, ze jest duzo slabszy niz poprzednie czesci, ale z drugiej strony – to nadal fajny, przyzwoity horror kosmiczny.

    Reply
    • 1 grudnia 2017 at 09:06
      Permalink

      Potwierdzam – pomimo, że to Alienowa popłuczyna, to Obcy 4 nadal broni się całkiem nieźle, jako straszak z xenomorfem. W związku z tym, ze pojawiły się takie gnioty jak AvP, a także nowe pomysły Scotta, mam coraz większy sentyment do całej tetralogii. Nie urywa tyłka, ale to nadal najlepsza seria horrorów sci-fi, jak powstała.

      Reply
  • 30 listopada 2017 at 21:35
    Permalink

    btw

    Spoiler! Pokaż
    Reply
    • 30 listopada 2017 at 22:10
      Permalink

      I znowu chyle czola przed researchem autora, bo kolejny raz zaproponowal tutaj swietny film, ktorego na pewno bym sam z siebie nie zobaczyl.
      Rewelacyjne kino. Wcale nie przynudza, tylko potrzebuje czasu, tempo jest podobne przez caly film. Walki swietne, mega klimatyczny tez jest.
      2h to nie jest dlugo, malo ktory dobry film trwa <2h
      Dla mnie 9/10 i zdecydowanie polecajka dla znajomych.

      Spoiler! Pokaż
      Reply
      • 1 grudnia 2017 at 09:07
        Permalink

        Dokładnie tak jak napisał tolkien. “Brawl…” przedstawia nam wydarzenia z perspektywy bohatera i ten twist fabularny jest całkiem zgrabny, ja się nie spodziewałem.

        Reply
  • 1 grudnia 2017 at 11:31
    Permalink

    Jest moc w tym filmie 🙂 Vinnie rozwalił system, na początku nie zauważyłem, że to jest ten aktor.

    Fabuła rozwija się ciekawie i od początku, napięcie jest w scenach a’la Tarantino na początku (napad i strzelanina), a druga połowa filmu to już jazda typowa w stylu reżysera i Bone tomahawk.

    Koniecznie obejrzeć, jesli lubimy dobre filme z przytupem.

    Reply
  • 1 grudnia 2017 at 13:28
    Permalink

    Przepraszam, że piszę nie na temat, ale mam pytanie: czy była jakaś recenzja – starego już w sumie, ale jarego – francuskiego horroru “Kalwaria” z 2004 roku? To jeden z najlepszych horrorów jakie widziałem w tym roku. Jeśli ktoś będzie szukał, to najlepiej po oryginalnym tytule (Calvaire) i dodać datę.

    Reply
      • 1 grudnia 2017 at 13:38
        Permalink

        i jeszcze jedno ostrzeżenie: nie czytajcie recenzji na dole, bo zawiera mnóstwo spojlerów (no chyba, że ktoś je lubi). Ja nie czytałem żadnych recenzji przed obejrzeniem i mnie wgięło w fotel. Scena tańca w knajpie wgięła mnie w fotel. 🙂

        Reply
  • 1 grudnia 2017 at 13:34
    Permalink

    Nie widziałem, nie słyszalem, ale dodam do listy oczekujących. Może bedzię wart wspomnienia 🙂

    Reply
  • 3 grudnia 2017 at 20:40
    Permalink

    Obejrzałem oba filmy. Mocne kino. Może odrobinę zbyt pełne krwawych zabójstw jak na mój gust, ale interesujące. W Brawlu mamy moim zdaniem mistrzostwo jeśli chodzi o tworzenie więzi z bohaterem, czuć dramatyzm jego relacji z żoną i to, że ma zasady. W obu mamy też świetne dialogi. Nie zgadzam się, że porównania z Tarantino są niewłaściwe i tu, i tu mamy podobne dialogi, osie fabularne, operowaniecprzestrzenią i wątki. Jak również zamiłowanie do efektownych śmierci. Będę wyczekiwał następnego filmu tego reżysera, mam nadzieję na seans w kinie.

    Reply
    • 6 grudnia 2017 at 00:21
      Permalink

      No właśnie, ja tego Tarantino nie dostrzegam. Moim zdaniem Zahler za mało jeszcze nakręcił, żeby takie porównanie było uzasadnione.
      Okej, obaj produkują filmy, w których dużą rolę odgrywa suspens, ale Tarantino operuje dialogami, a Zahler – raczej ich brakiem. Stylistycznie mi się nie zgadza, chociaż ogólny klimat towarzyszacy seansom filmów obu Panów jest podobny.

      Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 pozostało znaków