Ridley Szkot, czyli dlaczego Prometeusz nie Przymierzył

UWAGA: Mimo usilnych starań autora, poniższy tekst, ze względu na swój felietonowy charakter, zawiera informacje odnoszące się do fabuły filmów “Prometeusz” i “Obcy: Przymierze”. Nie są to poważne spoilery mogące odebrać widzowi przyjemność(?) z seansu, niemniej oczywistym wydaje mi się fakt, że nasi drodzy Czytelnicy na takowe ostrzeżenia zasługują. Niniejszym ostrzegłem.

Mają się czym frasować wszyscy miłośnicy serii “Obcy”, czas ich nie oszczędza. Patrząc na serię chronologicznie, odnosimy wrażenie, że “dobrze to już było”, a w miarę upływu czasu treść i forma kolejnych filmów pozostawia coraz więcej do życzenia. Naszą ulubioną serią targały już wiatry i fale, porównywalne z kataklizmami w Haiti, czy tsunami na Oceanie Indyjskim. Najpierw, rewelacyjne otwarcie serii u schyłku lat siedemdziesiątych zaprezentował Ridley Scott – dziś już uznany klasyk kina, mający na koncie produkcje uznawane za najwybitniejsze dzieła sztuki filmowej, w dodatku w kilku różnych gatunkach. W pierwszej części, przedstawił światu nowy – kosmiczny wymiar strachu – nieokiełznana przestrzeń będąca poligonem wyścigu zbrojeń okresu zimnej wojny, uzyskała lokatora odsłaniającego wszystkie odcienie ludzkich lęków. Pamiętny projekt postaci Obcego, autorstwa Hansa Gigera oddziaływał na najciemniejsze zakamarki duszy, wywoływał niespotykany wcześniej w kinie lęk, który zresztą umiejętnie przyprawił reżyser, serwując odbiorcom najlepszą odmianę strachu przed nieznanym, jakiego można było wówczas doświadczyć.

Jeden z najlepszych horrorów w historii kina został później rozwinięty przez kolejnych autorów, chociaż to już temat na oddzielną historię. Twórcy byli utalentowanymi reżyserami, a każdy z nich odcisnął swoje piętno na franczyzie: Cameron zaprezentował radosną rozwałkę będącą protoplastą dzisiejszych survival horrorów, Fincher z właściwą sobie sugestywnością zaprosił na powrót do korzeni, a Jean-Pierre Jeunet pokazał odmienne, choć podszyte ironią wobec kanonu, podejście do odwiecznej walki człowieczeństwa z wolą przetrwania. Bez względu na odbiór filmów, czy towarzyszące tym premierom kontrowersje i rozczarowania, dla prawdziwego fana przygód Ellen Ripley i Xenomorfa najgorsze miało dopiero nadejść. U progu nowego Tysiąclecia, Paul W.S. Anderson postanowił połączyć dwa kultowe światy w ekranizacji komiksów, gier wideo i przeróżnych innych dzieł spod znaku “Aliens vs Predator”. O sequelu tegoż tworu wypada jedynie wspomnieć, z kronikarskiego obowiązku i ze łzami w oczach, gdyż ten wbity w fanowskie serce sztylet komercjalizacji nie daje się łatwo zaakceptować jako naturalna kolej rzeczy.

Ta romantyczna scena niestety miała miejsce naprawdę. I niektórzy oglądali ją w kinie, płacąc za bilety.

Niepostawione pytania, nieudzielone odpowiedzi

Wreszcie, niemal cztery dekady po premierze oryginalnej historii, Ojciec Założyciel serii postanowił opowiedzieć jej nowy rozdział. A właściwie to poprzedni rozdział. Precyzyjniej mówiąc: trzy rozdziały. A właściwie to chyba dwa. W sumie, to już nie wiadomo, ile z rozpowszechnianych wcześniej planów Ridleya Scotta pozostało jeszcze w jego głowie, ani też którą z zapowiadanych wersji wydarzeń uznać za oficjalną. Najpierw miał być “Prometeusz” – prequelem swojego sequela (emitowanego właśnie w kinach “Obcy: Przymierze”), który z kolei miał prowadzić do prequela “Ósmego Pasażera Nostromo”.  W ten sposób Scott zapowiadał realizację trylogii poprzedzającej oryginał. Obecnie jednak, do szeroko rozumianej opinii publicznej docierają informację, że Covenant może być ostatnim jego filmem w uniwersum.

Problem nie polega jednak na niezdecydowaniu reżysera co do ilości i kolejności tworzonych przez niego filmów. Problem polega na ich jakości. A konkretnie – na ogromnej dysproporcji dzielącej nowe wcielenia “Obcego” od przykurzonej już tetralogii.

“Prometeusz” miał w założeniu odpowiadać na pytania, których – tak po prawdzie – nikt wśród fanów nie zadawał. Autor postanowił pochylić się nad odwiecznym dylematem egzystencjalizmu i poszukać odpowiedzi na pytanie: „skąd wzięli się Obcy”?  Patrząc na serwowane przezeń odpowiedzi, wypada wyrazić żal, że Scott nie zadumał się nad inną kwestią: Czy miało to jakiekolwiek znaczenie dla fabuły którejkolwiek z istniejących części? Czy geneza powstania zabójczej rasy drapieżników idealnych była faktycznie tematem zaprzątającym głowy fanów serii? Są to pytania retoryczne, które pozostawię do rozważenia czytelnikom. Znacznie ciekawszy wydaję mi się bowiem fakt, że mający udzielać wyjaśnień we wspomnianych wątkach “Prometeusz” zupełnie się z tymi wyjaśnieniami rozminął. Scott postąpił w myśl idei “więcej=lepiej” i zdecydował się mnożyć dodatkowe wątpliwości. Weźmy tylko jeden przykład. Pierwsza scena “Prometeusza” – jak ją rozumieć? Czy prezentuje ona wizję stworzenia ludzkości, czy raczej jest to nieistotny fabularnie, błahy i naiwny haczyk na widza? Przedstawienie nowej rasy – Inżynierów – w kontekście tajemnicy stworzenia miało bardzo interesujący potencjał, ale biorąc pod uwagę sposób rozwinięcia tego wątku… O tym za chwilę.

(nie)Wielki Powrót

“Prometeusz” porusza tematy zapoczątkowane w pierwszym filmie serii, wątki te kontynuuje również “Przymierze”. Człowieczeństwo i potęga kreacji, porównania osiągnięć technologicznych ludzkości z mocami deistycznymi, a także tożsamość człowieka-twórcy, to motywy przewodnie obecne w wielu dziełach kultury, nie tylko popularnej. Scott kontynuuje swój wywód o zgubnym przeświadczeniu ludzkości na temat jej wszechwładzy, ale robiąc to dzisiaj – w epoce planowanych lotów załogowych na Marsa, czy projektu SpaceX – tak naprawdę wyważa otwarte dawno wrota. Drzwi, które otwierał własnymi rękami tworząc pierwszego “Obcego”, uprzedzając światową opinię publiczną przed niebezpieczeństwami czyhającymi w kosmicznej próżni.

Scott w “Prometeuszu” pozostaje fabularnym skąpcem. Najważniejsze wątki bezczelnie upycha pod dywan, nie odpowiadając na żadne z postawionych podczas seansu pytań, sugerując niejako rozwinięcie całego uniwersum w kolejnych częściach. Pod względem warsztatowym film stoi oczywiście na najwyższym poziomie, zarówno w kwestii zdjęć, efektów specjalnych, oraz udźwiękowienia, czy montażu. Niestety – to, co wprawne rzemieślnicze ręce autora przygotowały posiłkując się zdobytym przez lata doświadczeniem, ma się nijak do pracy scenarzystów. Fabuła filmu jest dziurawa niczym polski system ubezpieczeń społecznych, a bohaterowie pojawiający się na ekranie nie mają żadnego startu do znanych z poprzednich części poprzedników. Doktor Elisabeth Shaw nie jest nawet w połowie tak charyzmatyczna jak Ellen Ripley, a niezrozumiałe i konfundujące zachowanie Davida, pomimo, że początkowo może zaintrygować widzów, równie szybko przyprawia o irytację i znużenie.

Doktor Elisabeth Shaw – główna bohaterka z przypadku. I na chwilę.

Oglądając “Prometeusza” nie do końca mamy pojęcie, w jakim kierunku zmierzają zachowania poszczególnych postaci, ani do czego cała ta historia prowadzi. Łatwo dają się odczytać jedynie klasyczne zagrywki związane z brakiem logiki i zwyczajną lekkomyślnością ekipy naukowców, które przybliżają film do poziomu bezjajecznych, rozpaćkanych fabularnie i produkowanych od ręki straszaków, w których bohaterowie służą jedynie jako narzędzie do popychania akcji w kierunku dawno spodziewanego finału. Zresztą scenariusz filmu był wielokrotnie przepisywany, poprawiany, uzupełniany przez kilku autorów (w tym Scotta), czego zwyczajnie nie udało się ukryć w finalnej wersji. W Internecie można znaleźć nawet „Prometeusza” uzupełnionego o sceny usunięte w postprodukcji (ukazały się na rozszerzonym wydaniu Blu-Ray), które lekko poprawiają nieuczesanie scenariusza, ale nie jest to wielki skok jakościowy. Większość z nich jest albo kiepsko zagrana (niezwykle nudna, pompatyczna i infantylna zarazem przemowa Petera Weylanda w wykonaniu Guya Pearce’a), albo zupełnie niezwiązana z głównymi wątkami pochodzenia Inżynierów i powstania tajemniczego wirusa/patogenu.

Wątki rozrzucone, historia z grubsza odwrócona do góry nogami – taki był końcowy akord “Prometeusza”. Na postawione przez twórcę pytania odpowiedzieć miał sam Ridley – w kontynuacji zmierzającej do połączenia historii doktor Shaw i Davida, z powstaniem rasy Xenomorfów i późniejszymi wypadkami oficer Ellen Ripley.

Przymierze z banałem

“Obcy: Przymierze” zadokował w kinach na początku maja i wywołał mieszane reakcje wśród krytyków. Pod względem warsztatowym – ponownie jest to dzieło imponujące, zapewniające bardzo przyjemne doznania wizualne i dźwiękowe. Wątpliwości może jednak budzić kilka elementów. Po pierwsze, Dariusz Wolski. Polski operator dysponuje znakomitym warsztatem i potrafi skomponować rewelacyjne ujęcia rozległych przestrzeni, które prezentują się niezwykle widowiskowo. Nie umniejszając jego zasług, ani nie podważając umiejętności, chciałbym jednak przypomnieć, że o sile i mocy oddziaływania pierwszych części nie decydowały przepiękne, niepokojące krajobrazy, ale ich przeciwieństwo – wizualna oszczędność. “Ósmy pasażer Nostromo” to w gruncie rzeczy bardzo ciasny film, pozbawiony szerokich planów i rozpostartych na wiele metrów ujęć. Akcja toczyła się w zamkniętym pomieszczeniu, a atmosfera kreowana w filmie była wręcz klaustrofobiczna. Podobne zabiegi stosowali zresztą Cameron i Fincher w późniejszych kontynuacjach. W przypadku “Prometeusza” i “Przymierza” można mówić o odejściu od jednej z najskuteczniejszych metod budowania atmosfery grozy, na rzecz wizualnej maestrii. Zabieg nieco kontrowersyjny, chociaż mogący się obronić w obliczu porządnej historii.

Niestety, historia opowiadana przez Scotta w “Przymierzu” nie spełnia niemal żadnego z oczekiwań fanów. Owszem, rozpoczęte i rozrzucone chaotycznie wątki z “Prometeusza” zostają wreszcie zazębione i ułożone w jako-tako logiczną całość, ale ich ostateczny wydźwięk stoi w sprzeczności z ideą kreowania interesującej historii. Główna postać z pierwszego filmu przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie, a rola Davida – dotąd jeszcze całkiem umiejętnie niedopowiedziana w “Prometeuszu” – okazuje się stricte antagonistyczna. W ten sposób znaczną część najważniejszych elementów swojego pierwszego filmu, autor unieważnia i dezaktualizuje w kontekście całej historii. Można śmiało powiedzieć, że po seansie “Przymierza” niedzielny odbiorca wcale nie musi zapoznawać się z “Prometeuszem”, bo takowy seans nie wniesie niczego nowego do posiadanej przez niego wiedzy. W ten sposób nie tworzy się rozciągniętej na kilka filmów historii – w ten sposób tworzone są nieudane remake’i dawnych hitów.

Zdjęcie ekipy Covenanta. Z gatunku “valar morghulis”.

Poza tym, Ridley Scott nadal pozostaje skąpy wobec najszerzej zarysowanych wątków – tych o pochodzeniu Inżynierów, czy stworzeniu człowieka, w ogóle “Przymierze” nie podejmuje. Zupełnie jakby przestały mieć znaczenie dla serii, chociaż prawdę powiedziawszy – znaczenie jakiekolwiek miały chyba tylko dla reżysera w momencie ich kręcenia. I co najbardziej prawdopodobne – ich wprowadzenie przerosło kreatywność twórcy, więc postanowił je porzucić skupiając się na rozwikłaniu tajemnicy stworzenia Xenomorfa. Która zresztą – nie oszukujmy się – ani nie była potrzebna, ani nie została rozwiązana w sposób satysfakcjonujący.

Show must go on, bo tutaj jest jak jest

Pomimo fabularnej niekonsekwencji najnowszego “Obcego”, jestem skłonny przyznać mu w moim prywatnym rankingu ocenę wyższą, niż “Prometeuszowi”. Ten ostatni, poza sprytnym wywoływaniem pozytywnego wrażenia wizualnego, zdecydowanie zbyt często lawirował pomiędzy nic nie znaczącymi scenami i dialogami, a głupotą wylewającą się z ekranu. Tych mankamentów w “Przymierzu” jest na szczęście nieco mniej. Wydarzenia mają swoją chronologię i są prezentowane za pomocą struktury klasycznej, a więc przystępniejszej od mitologicznych wycieczek zastosowanych w poprzedniku.

Motywacje bohaterów są dość jasno określone, chociaż odrębną kwestią pozostaje ich zdolność do używania szarych komórek. Idiotyczna scena z wybuchem w transporterze to szczyt igrzysk paraolimpijskich w kosmosie. Nie wiem też, czy warto wspominać o pozbawionych emocji dialogach pomiędzy członkami załogi, a także rozmowach z Davidem, w których głupstw jest co nie miara, a logika ekranu rozjeżdża się brutalnie z logiką zdrowego rozsądku. Tyle tylko, że do takich, urągających inteligencji wymagającego widza scen, zdążyliśmy się już jako odbiorcy przyzwyczaić – serwowali je już wcześniej twórcy tacy jak Christopher Nolan (“Incepcja”, “Interstellar”), Niel Bloomkamp (Elysium), czy znacznie wcześniej Michael Bay (Armageddon). Niestety, sukcesy ich produkcji niejako legitymizują ubytki fabularne w całym gatunku Sci-Fi.

Pomimo wymienionych grzechów, “Obcy: Przymierze” wciąż opowiada momentami zajmującą historię, nie pozbawiając widza radości obcowania ze starym, utęsknionym i wyczekiwanym strachem przed gigerowską wizją ludzkich lęków. Sceny, w których Obcy pojawia się na ekranie, nadają filmowi jakości, której brakowało “Prometeuszowi”. Xenomorf, co prawda wygląda nieco inaczej, rozwija się znacznie szybciej, ale na to również znalazł metodę semantyczny skąpiec Ridley – nigdzie w filmie nie jest przecież powiedziane wprost, że prezentowana tam forma drapieżnika jest ostateczna i tożsama z obecną w późniejszych częściach. Takich niedopowiedzeń jest oczywiście dużo więcej, ale – jak padło wyżej – tracą one na znaczeniu w obliczu rozczarowania wątkami rozwiązywanymi podczas seansu.

 

Stary znajomy robi robotę – scena walki z Xenomorfem należy do najbardziej emocjonujących w filmie.

Żeby jednak oddać sprawiedliwość, należy uczciwie przyznać, ze zarówno “Prometeusz”, jak i “Obcy: Przymierze” nie prezentują się źle na tle całego gatunku. Zawodzą przede wszystkim jako filmy o Obcym, ale jako horrory wciąż mają swe zalety. Mało jest porządnych, dobrze przemyślanych i udanie zrealizowanych straszaków w przestrzeni kosmicznej, toteż konkurencja na tym polu nie jest wielka, a miłośnicy gatunku muszą brać to, co znajduje się w ofercie. Z punktu widzenia całej serii filmów o Obcym (z której należałoby wyłączyć potworki w stylu “AvP1 & AvP2” jako dzieła niekanoniczne), powrót twórcy do tego przejmującego uniwersum jest sporym rozczarowaniem. Oba zrealizowane dotychczas filmy noszą ciężary grzechów, których horrorom w ogóle, a tym bardziej należącym do tej kultowej serii nie można wybaczyć. Nie są wystarczająco straszne, nie potrafią utrzymać jednolitej atmosfery, a momentami są po prostu… okropnie nudne. “Prometeusz”, mimo prowokacyjnego tytułu okazał się filmem w zamyśle zbyt pompatycznym, a w treści zbyt chaotycznym. “Przymierze” to raczej powtórka z utartych schematów, niegodna poziomu serii. Jeżeli Ridley Scott zdecyduje się zrealizować pierwotny zamysł i zakończyć “trylogię prequeli” trzecim filmem, obawiam się, że całe przedsięwzięcie zajmie mało zaszczytne miejsce w historii blockbusterów – tuż obok ostatnich trzech epizodów “Gwiezdnych Wojen” nad którymi czuwał George Lucas.

PS. Chwilę przed premierą “Przymierza” pojawił się niespostrzeżenie zupełnie przyzwoity film, z należnym szacunkiem nawiązujący do klasyki gatunku i pierwszego filmu Scotta. Nazywa się “Life” i serdecznie go polecam wszystkim fanom podobnych klimatów.

Kilka komentarzy do "Ridley Szkot, czyli dlaczego Prometeusz nie Przymierzył"

  • DaeL
    3 czerwca 2017 at 16:23
    Permalink

    Wydaje mi się, że trochę szybko prześlizgnąłeś się nad tematem Obcego 4. Moim zdaniem ten film nie zasługuje na to, by go stawiać w jednym szeregu z oryginalną trylogią. Wizualnie był ciekawy, ale był po prostu zbędny. Obcy 3 miał masę problemów (i to nie z winy Finchera, tylko studia), ale przynajmniej z filmu przebijała się pewna wizja, jego powstanie było uzasadnione. Historię trzeba było dopowiedzieć do końca (tyle że należało to zrobić na Ziemi – ale to już temat na osobną dyskusję). Natomiast Obcy 4 to po prostu film niepotrzebny. Historia Ripley znalazła w Obcym 3 świetne zakończenie. Wywlekanie jej z zaświatów tylko po to, by opowiedzieć podrzędną fabułę było karygodne.
    AvP 1 i 2 pominę, bo tu naprawdę nie można mieć nic do dodania.
    Ale powiem Ci jeszcze, dlaczego tak bardzo wnerwia mnie (i SithFroga chyba też) ponowne odgrzewanie kotleta przez Scotta. On masakruje fenomenalny świat i mitologię Obcego. Bo pal sześć, że kolejne filmy były takie sobie. Trudno, tak bywa. Ale istniała przecież cała fantastyczna, zainspirowana tyleż dziełem Scotta, co Gigera, mitologia Obcego. Było kilka naprawdę fajnych książek, które pokazywały ksenomorfy jako rasę starożytnych drapieżników/pasożytów idealnych. Mieliśmy cykl ewolucyjny zaprezentowany przez Camerona w Obcych 2. W Ósmym Pasażerze Nostromo, Space Jockey to nie był żaden przerośnięty smerf w masce gazowej, to była gigantyczna biologiczno-mechaniczna istota, zrośnięta z fotelem.
    A tymczasem Ridley Scott, dwoma ostatnimi filmami, wyrzucił to wszystko na śmietnik. Wyrzucił książki i komiksy, wyrzucił Obcego 2, i na dodatek zaprzeczył samemu sobie w kwestii Inżynierów. I to każdego fana musi boleć podwójnie.

    Reply
    • 5 czerwca 2017 at 23:03
      Permalink

      Polecasz coś z tych książek? Podejrzewam że w sprzedaży już ich nie ma, ale pewnie są gdzieś w necie.

      Reply
    • 6 czerwca 2017 at 20:06
      Permalink

      Dla mnie największym błędem Alien 3 SPOILER była głupawa śmierć Hicksa i Newt na samym początku filmu. Szkoda , że nikt nie chciał otworzyć nowej gałęzi tej opowieści gdzie okazałoby się ,że ten duet jednak przeżył , a ich śmierć to mistyfikacja.

      Reply
      • 7 czerwca 2017 at 00:14
        Permalink

        Raf – takie wrażenie, o którym piszesz jest specyficzne dla oglądania serii Obcych jak następujących po sobie odcinkach. Jest kilka powodów, dla których warto zwrócić uwagę na każdy film z indywidualnej perspektywy – chociażby ze względu na nazwiska reżyserów. Każdy reprezentował inny rodzaj kinowego rzemiosła, każdy był w jakiejś jego części Mistrzem. Pod tym względem cała tetralogia “Obcego” jest najlepszą serią gatunku horror sci-fi w historii.
        Oczywiście, “trójka” ma swoje wady realizatorskie, ale moim zdaniem akurat scenariusz stanowi jego mocny punkt. Był bardzo odważny i bezlitosny dla fanów serii, ale z drugiej strony – pożądnie resetował historię i ładnie zamykał wątek Ripley. Hicksa było mi szkoda, ale chyba jeszcze bardziej polubionego podczas seansu Dillona.

        Reply
        • 7 czerwca 2017 at 16:34
          Permalink

          Scenariusz jako mocny punkt? Jak dla mnie to sypie się to wszystko , kiedy zadamy sobie jedno ważne pytanie – Jak to jajo, czy inny “twarzołap” dostało się na Sulaco? (Dael ma okazję na Szaloną Teorię 😉 ) Wiem, że się czepiam , ale tak już mam. Co do zamykania serii to można powiedzieć, że każdy film ze słowem Obcy w tytule (poza wiadomo Covenant) miał takie aspiracje. Masz rację iż jeśli podejdziemy do kazdego z filmów indywidualnie bez patrzenia na inne części to znajdziemy w nich sporo plusów , ale mimo różnych reżyserów i wizji to jednak fabularnie trzy pierwsze filmy to tak “odcinki”.

          Reply
          • 9 czerwca 2017 at 12:54
            Permalink

            Scenariusz w kontekscie zawiazania akcji, jej rozwoju oraz ewolucji bohaterow. Pod tym wzgledem nic sie nie gryzlo, calosc trzymala sie zwyczajnie kupy od poczatku do konca – niby powinien to byc standard, ale jesli spojrzymy na dzisiejsze wycieczki tworcow SF poza logike ekranu… I oczywiscie, mam na mysli omowionego zeroko Scotta, ale tez Nolana czy nawet Villenueve’a. Jako odbiorcy zaczynamy sie juz przyzwyczajac, ze jesli cos sie dzieje w kosmosie, to niespecjalnie musi byc konsekwentne i miec sens (vide teoria milosci w intershitellar).
            Okej, dzisiaj pierwsze trzy Obce to wlasciwie seria. Ale warto znac kontekst – od premiery pierwszego do trzeciego minelo prawie poltorej dekady. Wtedy komentowane to bylo na zasadzie wyzwan: jak sobie Cameron poradzi, jak Fincher, z calym alienowym uniwersum. I pod tym wzgledem byli oceniani, Fincherowi sie mocno dostalo, chociaz mnie sie jego film bardzo podobal. W ogole Fincher to material na oddzielny cykl, jego filmografia niemal nie posiada slabych punktow. Na razie zajmuje sie Kubrickiem (zapraszam do zapoznania!), ale pozniej… kto wie 🙂

            Reply
          • 9 czerwca 2017 at 22:44
            Permalink

            Zgadzam się z tym związaniem i rozwojem akcji w dalszej części filmu , ale nadal pytanie pozostaje – skąd jajo , czy twarzołap na Sulaco? Film Finchera traktuję jako zwieńczenie trylogii i przez ten początek mocn to zgrzyta (jeśli faktycznie były naciski na reżysera to pewnie w kwestii doklejenia tej części do reszty?) Co do samego Alien Covenant zastanawia mnie jak RS chce polączyć całość historii. W każdym Alienie jego autorstwa będzie od teraz wrak statku Inżynierów? (Prometeusz, Covenant, 8 Pasażer) Co do Kubricka to jeszcze nie zapoznałem się z tymi artykułami, aczkolwiek zamierzam to zrobić jak najszybciej, żeby załapać się na potencjalną dyskusje. Przy okazji zapytam czy zostanie poruszony temat mojego ulubionego filmu SK – Full Metal Jacket.

            Reply
  • 3 czerwca 2017 at 22:10
    Permalink

    Po Prometeuszu nawet się już na Obcego nie wybierałem. Chyba dobrze zrobiłem. Ale zaczynam się bać o nowego Balde Runnera.

    Reply
  • 4 czerwca 2017 at 12:39
    Permalink

    DaeL – po wszystkich częściach “orginalnej tetralogii” prześlizgnąłem się celowo, bo założyłem, że jakby było zainteresowanie to również tę serię można przybliżyć czytelnikom fsgk.
    Zgadzam się z Twoimi opiniami co do działań Scotta. Niszczy własne uniwersum, zupełnie jakby miał już demencję starczą (całkiem możliwe). Dlatego mam większy żal do “Prometeusza” niż odgrzewania kotletów w “Przymierzu”. Ten świat i jego legendy nie potrzebowały wyjaśnień, wystarczyło zostawić to sferze fanfiction.
    Natomiast sam fakt, że za demontowanie mitologii wziął się za to oryginalny twórca…, mamy powtórkę z Lucasa, chyba nawet gorzej.
    Nie zgadzam się natomiast z większością panujących opinii o Obcym 4. To jest naprawdę dobry film, i gdyby nie jego przynależność do franczyzy zapoczątkowanej przez wybitne 1&2 oraz rewelacyjne 3 (moim skromnym zdaniem film Finchera byłby najlepszy z całej serii, gdyby nie zmiany w psotprodukcji), to do dzisiaj znajdowałby się we wszelakich zestawieniach “thebestof” gatunku. I jest w nim widoczna wyraźna wizja Jeuneta. Oczywiście, masz rację mówiąc, ze historia Ripley nie potrzebowała dodatkowych akordów, ale z perspektywy czasu (i z perspektywy Prometeusza i Przymierza) naprawdę uważam, że mieszanie czwórki z gównem jest przesadzone. Zachowując proporcję – z czym w takim razie wymieszać AvP-eki, lub nowe części?
    A przecież cała seria mogła siętak elegancko rozwijać. I tak łatwo – przecież do produkowania kolejnych, dobrych straszaków z Xenomorfami wystarczy jakaś jedna stacja badawcza pośrodku kosmosu, ośmiu bohaterów i jedna tajemnicza przesyłka. Ale nie….
    Borsuk – fanem Blade Runnera nie jestem, ale gdybym był, to właściwie już bym kupował husteczki i antydepresanty na premierę.

    Reply
  • 5 czerwca 2017 at 08:47
    Permalink

    Nie jestem fanką Obcego. Nie lubię horrorów. Zarówno na Prometeusza jak i na Przymierze zaciągneli mnie znajomi, obiecując, że w razie czego będą trzymać mnie za rączkę gdybym się bała. Zamiast tego zaliczyłam parę uciszających spojrzeń ze względu na wydobywający sie moich ust chichot.
    O ile Przymierze uważam, za lepszy film niż Prometeusza (na tym ostatnim zaliczyłam swoje drugie spadnięcie z fotela kinowego, pierwsze było na Indianie Jones i Królestwie Kryształowej Czaszki), to załoga Przymierza zaliczyła wszystkie możliwe checkpointy by zdobyć tytuł najgłupszej załogi statku kosmicznego ever. Z panem kapitanem na czele.
    Na własne potrzeby stworzyłam tez nową zasadę kina kosmicznego: nie oglądam filmów, jeśli juz w trailerze widać, że na obca, niezbadana planetę załoga idzie bez hełmów, kasków, chociażby maseczek. Czegokolwiek. Dosyć.

    Podsumowując: w zeszłym tygodniu byłam w kinie na trzech filmach: Piraci z Karaibów, Obcy i Wonder Woman. Dwóch pierwszych żałuje: pomogłam podbić boxoffice i ktoś może stwierdzić, że warto robić kolejne części (prosze, nie…). A WW polecam gorąco 🙂

    P.S. Czy ktoś mi może wytłumaczyć dlaczego androidowi rosną włosy? Jak?!

    Reply
    • 7 czerwca 2017 at 21:08
      Permalink

      “nie oglądam filmów, jeśli juz w trailerze widać, że na obca, niezbadana planetę załoga idzie bez hełmów, kasków, chociażby maseczek. Czegokolwiek. Dosyć.” Ten argument podważa w zasadzie każdy film sci – fi 🙁 Co do włosów Davida to z tego co wyniosłem z filmu wynika, że starali się go jak najbardziej “uczłowieczyć” pod każdym względem , więc może i zadbali o włosy 🙂

      Reply
      • 9 czerwca 2017 at 10:36
        Permalink

        Ojej, jakie filmy podważa? Dajesz przykłady, będę wiedziała, czego nie oglądać 😉
        Co do Davida: kolejna sprawa jest to jakim cudem funkcjonuje od 10 lat. Jakie źródło energii ma, że nie szkoda mu energii na rosnące włosy? I z czego one są?!

        Reply
        • 9 czerwca 2017 at 12:57
          Permalink

          Trzeba uzupelnic wiedze nt. robotyki, sztucznej inteligencji, androidow. Sam musialbym doczytac, ale mysle ze jakies rozwiazania technologiczne by sie spokojnie znalazly. Zasilanie atomem, albo energia sloneczna/cieplna. Wlosy to kwestia naturalnych wszczepow, myle ze to wszystko jest do zrobienia 🙂

          Reply
        • 9 czerwca 2017 at 22:32
          Permalink

          Od Star Treka począwszy a na Gwiezdnych wojnach skończywszy. Cieszy natomiast fakt , że w Alien Covenant jak i innych filmach z serii zadbano o taki detal jak czas potrzebny na dotarcie wiadomości z jednego miejsca do drugiego 🙂 Co do włosów Davida to podpisuje się pod komentarzem Pquelim. Może to były zwyczajne wszepy. Generalnie pamiętajmy iż skoro ludzkość potrafi zaprojektować i zbudować syntetyka to czemu miałaby mieć problem z rosnącymi włosami?

          Reply
          • 13 czerwca 2017 at 09:58
            Permalink

            O przepraszam, Gwiezdne Wojny dzieją się na planetach znanych bohaterom, na których wiadomo, ze istnieją kolonie ludzkie. Na Star Trekach się nie wyznaje ale o ile rozumiem postać Spocka raczej takie sytuacje też nie są możliwe (wcześniejsze badanie). Ja wiem, że się czepiam. Ale to jest film tak głupi na szczeblu fabularnym, ze inaczej ne umiem.
            A co do Davida i włosów: nie widzę problemu, żeby miał taka zdolność. Tylko patrząc na to, dlaczego został stworzony nie widzę takiej potrzeby. Nie miał być kopią człowieka, tylko nowym bytem. Po obejrzeniu filmu z 1h narzekań temu tematowi poświęcilismy ok 10 min, i do żadnych konkluzji nie doszliśmy, po za tym, by widz wiedział, ze są dwa podobne androidy. A scena (SPOILER) z ścinaniem włosów miała być zapowiedzią ‘twistu’ (nikt się tego nie spodziewał, nikt!).
            Myślałam, że może macie coś więcej, jakąś teorie czy cuś 😉

            Reply
            • 13 czerwca 2017 at 17:31
              Permalink

              Nie na każdej planecie w Gwiezdnych Wojnach są kolonie ludzkie to raz, a dwa spójrz na to w ten sposób : jadąc np do Afryki nawet ze szczepieniami ryzykujesz zdrowiem (malaria, lokalne pasożyty itd) , a co dopiero odwiedzając inne planety z lokalnymi chorobami, innym klimatem ,czy grawitacją. Po szturmowcach widać, że są na takie rzeczy przygotowani, ale główni bohaterowie to już nie.

              Co do Star Treka i badań to jakoś w najnowszych Star Trekach tego nie zauważyłem , a zresztą argumenty mam podobne jak w pierwszym punkcie.

              W Alien Covenant odniosłem wrażenie, że on miał być jednak jak najbardziej ludzki. Pamiętasz co mu powiedział Walter? “W nowszym wersjach wprowadzono zmiany , bo bali się ciebie”. Co do twistu to dobra ironia 😉

              Reply
            • 13 czerwca 2017 at 19:23
              Permalink

              Z “teoriami” dla gatunku S-F jest ten delikatny problem, że – w przeciwieństwie do klasycznego fantasy – jest on bardzo mocno eksploatowany przez środowisko popularno-naukowe, a czasem i stricte naukowe. Taki Asimov był przecież ojcem dzisiejszej cybernetyki.
              Dlatego, wchodząc w dywagacje dotyczące technikalów przedstawionego świata w S-F można się bardzo szybko sparzyć i ośmieszyć odsłaniając braki w elementarnej wiedzy. Np takiej, że androidy operujące w pełni sztuczną inteligencją to żadna mrzonka przyszłości, tylko naturalna konsekwencja rozwoju ludzkości, która prędzej czy później stanie się faktem. I w tym temacie np Scott zaczynał bardzo fajnie – od Bishopa i jego problemów w “8-mym pasażerze”. W nowych częściach wątek Davida najpierw elegancko rozbudował (jedna z niewielu mocnych stron scenariusza “Prometeusza”), a potem pokazowo zdeptał w “Przymierzu” robiąc z niego głupiego antagonistę o deistycznych zapędach.
              Z tego co się orientuje, to problem włosów i ogólnie – organicznego wykorzystywania żywych organów i narządów ludzkich w produkcji androidów to raczej pestka.
              Teorii możemy natomiast poszukać tam, gdzie Scottowi skąpstwo i brak wyobraźni kazały porzucić wątki. Np – Inżynierowie – początkowo sądzono, że to oni stworzyli Obcych. W Covenancie z kolei próują nas przekonać, że David stoi za całą rasą znaną nam z późniejszych części. Tymczasem w jednej z pierwszych scen Prometeusza, kiedy załoga wchodzi do statku Inżynierów bardzo wyraźnie widać płaskorzeźbę jako żywo przypominającą postać Królowej Matki. I to może dawać do myślenia, bo na pierwszy rzut oka ten parosekundowy kadr zaprzecza ustaleniom fabularnym obu najnowszych filmów. Ale jest to wrażenie pozorne, z pewnością sami wynajdziecie kilka innych wytłumaczeń.
              A może był to sprytny i świadomy zabieg autora?
              😉

              Reply
              • 13 czerwca 2017 at 20:11
                Permalink

                Napisałeś “Bishop”, a pewnie miał być “Ash”? Przyszła mi namyśl jeszcze jedna rzecz, mianowicie nawiązanie do Robinsona Cruse i Davida w roli rozbitka. Zastanwia mnie , czy zboże które rosło na tej planecie było tam od zawsze, czy jakimś cudem przybyło dopiero z Davidem? Co do płaskorzeźby to może historia Inżynierów (o której nic nie wiemy, ale David może wie więcej) zainspirowała go do próby odtworzenia właśnie tego gatunku?

                Reply
                • 14 czerwca 2017 at 09:08
                  Permalink

                  Yup, miałem na myśli Asha, później ten wątek zresztą został fajnie rozwinięty postacią Bishopa właśnie.

                  co do powstania rasy xenomorfów – jest bardzo wiele teorii, chociaż osobiście nie uważam ich za specjalnie zajmujące. Ochotę do gdybania odebrał mi sam Scott tymi niejednoznacznościami (by nie powiedzieć – głupotami) z Prometeusza.
                  Oczywiście, nie jest nigdzie powiedziane w Przymierzu, że David stworzył Obcych, ale na pewno udało mu się wykreować coś “w tym stylu”. Pytanie, czy rasa istniała wcześniej i jaki miała związek z Inżynierami. Ten wątek reżyser już perfekcyjnie skopał w Przymierzu, serwując historię o wypuszczeniu patogenu przez Davida. I tu pojawia się pierwszy zgrzyt w obranej przez Scotta konwencji – skoro patogen atakuje, wszystko co żyje i oddycha – dlaczego z Inżynierów zrobił sieczkę i posągi na tym ogromnym placu? W Prometeuszu widzieliśmy wariację wirusa z Inżynierem – wtedy zadziałało (bo Shaw?), a innym razem wirus zastosował “tryb holocaust” 😉
                  Sama koncepcja megapatogenu, który porusza się w powietrzu i atakuje zwierzęta – naciągane to i chyba niezgodne z pdostawami biologii. Na planecie Inzynierów widzimy przecież wielkie połacie zboża i roślinności. Rodzi się więc pytanie – kto ro wszystko zapyla? W jaki sposób taki ekosystem się kontroluje, nie mając roślinożernych zwierząt, które żywiłyby owady (odpowiedzialne za pylenie) i nawoziły glebę?
                  Nie trzyma się to kupy i raczej już nie będzie. Niestety :/

                • 14 czerwca 2017 at 20:54
                  Permalink

                  Tak przy okazji androidów zastanawia mnie dlaczego imię Waltera jest właśnie takie jakie jest. Wiem, że to pikuś przy innych wpadkach, ale Scott był w Prometeuszu konsekwentny (David) i teraz pasowało dać imię na E. Wiem, że to był ten sam model, ale patrząc na inne historie powiązane z Alienem , każdy model Bishopa to Bishop.

                  Zgadzam się w 100% co do skopania ewolucji Xenomorpha. Oglądając Covenant można odnieść wrażenie, że David coś pochrzanił, bo z ewolucja z trybu blitzkrieg przechodzi na zdecydowanie wolniejszy w pierwszym Alien. Trafna obserwacja z roślinami i szczerze mówiąc dziwie się, że nie zwróciłem na to uwagi. Scott z tego co mi wiadomo chce nakręcić jeszcze dwa filmy (o ile dostanie pieniądze na kolejny) i zapewne zamiast wyjaściać to jeszcze bardziej się zagmatwa.

                  Ciekawi mnie skąd ten cały ekwipunek Davida, bo nie kojarzę, żeby Shaw tyle zabrała. A… i mam wątpliwości do pomiaru czasu. Jeśli David był na tej planecie 10 lat, czy kilka miesięcy krócej to skąd załoga Covenant wiedziała o zaginieniu Prometeusza?

                • 14 czerwca 2017 at 21:50
                  Permalink

                  A i żebym znowu nie zapomniał – Polecam serial “The Expanse”. Dobre sci fi dbające o szczegóły

  • 11 czerwca 2017 at 10:29
    Permalink

    Raf – skąd facehugger na Sulaco? Po prostu był. Wlazł jakoś, podobnie jak zainfekowanie Ripley. Taki “botak”, z którym albo żyjesz jak z dobrym, lecz wnerwiajacym kumpem ze szkoły, albo go nie trawisz 😉

    Full Metal Jacket będzie w 10 odcinku filmobiografii SK. Cykl traktuje karierę reżysera chronologicznie, więc po odstępstwie w przypadku “Lolity” – reszta leci po kolei. Ale zapewniam, że wszystkie warto: zarówno filmy – obejrzeć, jak i teksty – przeczytać 😉

    Reply
    • 11 czerwca 2017 at 11:18
      Permalink

      W zasadzie to muszę Ci przyznać rację, bo nie ma sensu dalej debatować nad facehuggerem jak i innymi tego typu babolami (klonowanie w Aliens 4) chyba, że Blomkamp dopnie swego i namiesza w uniwersum.

      To w takim razie pozostaje uzboić się w cierpliwość. Nie znam niestety wszystkich filmów Kubicka, ale te które widziałem są wysoko na mojej liście ulubioych. Przy okazji zapytam, czy będzie wzianka o nakręceniu lądowania na księżycu i udziale w potencjalnej mistyfikacji?

      Reply
      • 12 czerwca 2017 at 12:08
        Permalink

        Temat do poruszenia, ale w przypadku Odysei (bo tam chyba by najbardziej pasował) jest bardzo dużo innych wątków. Nie obiecuję, że zmieszczę, ale przynajmniej się postaram 😉

        Reply
  • 14 czerwca 2017 at 22:13
    Permalink

    Raf – very good point about time. Chociaż i z tego można wybrnąć jakimiś przeskokami czasu w statku Inżynierów, którymi podróżowali David i Shaw, ale znowu – kogóż to może obchodzić? Może poza hardcore’owymi fanami znajdzie się kilku ciekawskich, ale nie ma co liczyć na Szalone Teorie w stylu DaeLa 😉 Ja bynajmniej nawet nie mam zamiaru się deklarować 😛

    Expanse jest całkiem niezłe (chociaż trzeci sezon to już trochę odcinanie kuponów z marki), ale początek miało mocno hermetyczny, a i teraz raczej nie jest dla wszystkich. A z S-F jest jednak tak, że aby się wybić, musisz zrobić coś ekstra. Sam nigdy nie byłem fanem tego gatunku, doceniłem dopiero po przeczytaniu kilku klasyków książkowych (polecam przede wszystkim wielką czwórkę dystopistów – Huxley, Orwell, Bradbury, Dick).

    Reply
  • 14 czerwca 2017 at 22:49
    Permalink

    Może za jakiś czas RS będzie nas zasypywał Szalonymi Teoriami, żeby tak jak w przypadku Prometeusza wytłumaczyć zawiłości (luki) fabularne. 🙂

    Z braku czasu przerwałem Expanse na połowie drugiego sezonu. Podoba mi się , że twórcy mają w pamięciu zarówno różnicę w grawitacjach planet, czas potrzebny na “dostarczenie wiadomości”, różnice anatomiczne w budowie ciała ludzkiego , ale to tez wynik grawitacji itd.

    Miałem przyjemność czytać Clarke’a , Orwella i Wellsa chyba , że zaliczymy do grona sci fi ksiązki z dużym elementem fantasy jak “Diuna”, “Pan lodowego ogrodu” , czy “Łatwo być bogiem”. A co do reszty wymienionych autorów to jak zwykle trzeba nadrobić tylko niestety nie ma kiedy. 🙁

    Reply
  • Pingback: Podsumowanie miesiąca: Czerwiec 2017 – FSGK.PL

  • Pingback: FilmoBiografia Kubricka – 2001: Odyseja Kosmiczna (1968) – FSGK.PL

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 pozostało znaków