Stranger Things (sezon 4)

Stranger Things wrócił. Jeden z najbardziej ikonicznych i kultowych seriali ze stajni Netflix po trzech latach przerwy ponownie zawitał pod strzechy z nowym, jeszcze większym i bardziej bombastycznym sezonem. Tak wielkim i tak bombastycznym, że nie zmieścił się w całości na serwer, więc podzielono go na dwie części. Rzuciłem się na serię 4.1 niczym Mateusz Morawiecki na moją wypłatę i połknąłem niemal za jednym zamachem. Lubię ten serial, chociaż z sezonu na sezon coraz mocniej obniżał loty. Po zakończeniu trzeciej serii miałem poważne obawy, czy kontynuowanie historii w ten sposób ma sens i czy bracia Duffer nie rozmienią go w końcu na drobne. Cóż, mogę powiedzieć, że chociaż sukces nie jest stuprocentowy, to operacja się udała, a pacjent przeżył.

Choć u nas między sezonami 3 i 4 minęło sporo czasu, pandemia, kryzys i wojna, to dla bohaterów serialu przerwa trwała ledwie kilka miesięcy. Buyersowie razem z Jedenastką wyjechali do Kalifornii, reszta ekipy uczy się w liceum w Hawkins lub pracuje w okolicy, jednak sielanka nie trwa długo, bo znowu w miasteczku zaczynają ginąć ludzie. Od razu zaznaczę, że chyba największą bolączką nowego sezonu jest to, że musiał być spójny z trzecim. To niestety oznacza, że grupa została rozdzielona, więc akcja toczy się wielotorowo, na zupełnie niepołączonych ze sobą płaszczyznach. Przybyły kolejne postaci i żeby każdy dostał choć trochę czasu antenowego, trzeba było wszystko rozdmuchać do gigantycznych rozmiarów. Pierwsze dwa odcinki to w zasadzie porządkowanie placu pod przyszłe wydarzenia i próby poustawiania wszystkiego w jako tako sensowny sposób. Czasem wychodzi to w miarę dobrze, kiedy indziej dość koślawo, a kilka całych wątków wydaje się zupełnie zbędnych. Szczytem absurdu jest historia z poszukiwaniem Hoppera. Sceny w Rosji powiedzmy, że ujdą, chociaż na razie nie wniosły nic odkrywczego, natomiast akcja ratunkowa w wykonaniu Joyce zakrawa na kpinę. To festiwal absurdu, żenady i przeszarżowanego aktorstwa Winony Rider i Bretta Gelmana. Parodia filmu Szpiedzy tacy jak my. Niewiele lepszy jest wątek Mike’a i reszty ferajny podążających śladem Nastki. Wiem, że trzeba było jakoś zagospodarować tych aktorów, ale poza ucieczką z domu przed wojskowymi, nic tam się nie kleiło.

Ponarzekałem sobie, więc teraz czas na trochę słodyczy. Akcja w Hawkins i próby przywrócenia Jedenastce jej mocy robią robotę. To dwie główne osie fabularne i serial niewiele by stracił, gdyby twórcy skupili się tylko na nich. W miasteczku grasuje zło, ale inne niż poprzednimi razy. Teraz bliżej mu do klasycznych slasherów, gdzie jakiś maszkaron z zaświatów polował na nastolatków z takich lub innych wydumanych powodów. I w pierwszym odcinku ten nowy przeciwnik jest naprawdę straszny. Niepokojący klimat i kilka paskudnych obrazów sprawiają, że ciarki chodzą po plecach. Nie jestem miłośnikiem horrorów, ale lubię od czasu do czasu się przestraszyć i początkowo nowy Stranger Things robi to wzorowo, aczkolwiek więcej tu makabry niż tajemnicy z pierwszego sezonu. Ten klimat zresztą dość szybko się ulatnia. Złola poznajemy w całej krasie niemal na samym początku i niestety potem pozostaje już tylko straszydłem w gumowym kostiumie. Dobrze chociaż, że odkrycie jego tożsamości na koniec sezonu wyszło bardzo ciekawie. Pewnie niektórzy domyślą się wszystkiego szybciej, ale ja dałem się miło zaskoczyć, kiedy klocki wskoczyły na swoje miejsce. Znakomicie zagrał też motyw paranormalny i wyjaśnienie historii Jedenastki, która pod okiem dawnych znajomych próbuje odzyskać swoje moce. Wiąże się to z pewnymi retrospekcjami i zostało zrobione w dobrym, lekko psychodelicznym stylu.

Trochę mieszane uczucia mam do tego elementu, który zawsze był mocną stroną serialu. Otóż młodzi aktorzy dość mocno podrośli i nie wszyscy dobrze na tym wyszli. Urocze dzieciaki zastąpiła młodzież i widać, że nie wszyscy są materiałem na gwiazdy wielkiego formatu. Ewidentnie słabo radzą sobie Finn Wolfhard i Noah Schnapp (Mike i Will), chociaż może to dlatego, że ich role są tym razem bardzo nieciekawie napisane. Charlie Heaton grający ujaranego Jonathana do tej pory nie miał zupełnie nic do zagrania, a dziewczyna Dustina i jej rodzinka są tak kuriozalni, że aż nie wiem, co napisać. Przynajmniej tym razem nie śpiewają. Z drugiej strony mamy jak zwykle rewelacyjny duet Dustin-Steve. Panowie bawią się jak w najlepszych buddy movies i widać, że przychodzi im to bardzo naturalnie. Znakomita jest Sadie Sink w roli Max, która tym razem ma bardzo ważną rolę do odegrania. Musiała pokazać się bardziej dramatycznej strony i naprawdę podołała. Ale cały show na razie kradnie Maya Hawke, czyli Robin z trzeciego sezonu. Widać, że wyssała aktorstwo z mlekiem rodziców i zagarnia dla siebie każdą scenę, w jakiej bierze udział.

Te wspomniane problemy części obsady na pewno są w znacznym stopniu spowodowane scenariuszem. Po pierwsze nie dało się napisać aż tylu ciekawych wątków dla każdego, więc niektórzy snują się po ekranie trochę bez celu. Po drugie te sztampowe perypetie amerykańskich nastolatków gnębionych w szkole widzieliśmy już na ekranie tyle razy, że choćby nie wiem, kto w nich grał, nie da się tego zrobić ciekawie. Całe szczęście, że wreszcie Dufferowie zaczęli czytać FSGK.PL i wzięli sobie do serca słowa SithFroga. Popkulturowe nawiązania przestały być wrzucane na lewo i prawo bez żadnego sensu, a dla samego faktu ich zaistnienia. Owszem, lata 80. wylewają się z ekranu, ale tym razem ma to zawsze swoje uzasadnienie i jest po prostu elementem kreowanego świata. Nie ważne, czy chodzi o zabawki, stroje, miejsca, czy jak zawsze znakomitą muzykę. A jak już Kate Bush wjeżdża na pełnej k… ekhm… mocy, to klękajcie narody. Scena, w której użyto utworu Running Up That Hill, jest zrobiona tak dobrze, że wcale nie dziwi powrót Kaśki na szczyty list przebojów.

Pierwsza część Stranger Things 4 ma swoje wady, będące konsekwencją wcześniejszych wydarzeń oraz cyklu produkcyjnego, ale jako całość prezentuje się co najmniej dobrze. Na pewno lepiej i ciekawiej od sezonu trzeciego, powiedziałbym, że wracamy poziomem do serii numer dwa. Bolączką jest na pewno mnogość wątków oraz dorastający aktorzy grający dzieci. Nie wszystkim spodoba się kolejna zmiana tonu i raczej mało tajemniczy klimacik, który tak czarował w pierwszym sezonie. To jednak raczej drobne wady, a najsilniejsze strony, czyli dziecięca przygoda w lekko horrorowym sosie, doprawiona solidną dawką nostalgii nadal czarują. Pod wieloma względami ten sezon jest jeszcze bardziej “kingowski” niż pozostałe, więc jeśli lubicie powieści mistrza, nie muszę was dalej zachęcać, po prostu odpalcie Netflix i wracajcie do Hawkins. Zaplanowany na lipiec dwuodcinkowy finał zapowiada się smakowicie, a rozpoczęte sześć lat temu wątki nareszcie zaczynają się łączyć. Jestem dobrej myśli, bo tendencja spadkowa została zatrzymana, a Stranger Things wróciło na właściwe tory.

-->

Kilka komentarzy do "Stranger Things (sezon 4)"

  • 11 czerwca 2022 at 13:25
    Permalink

    Zgadzam się ze wszystkimi spostrzeżeniami Crowleya, sam miałem podobne podczas oglądania 🙂
    Tylko wniosek końcowy mam inny i oceniam ten sezon trochę wyżej niż Crow. Trzeba było spróbować czegoś innego bo raz czwarty to samo nie miało prawa zagrać. Nie przypadkiem trzeci sezon wszyscy uznali za znacznie słabszy od poprzednich.
    Jeśli czegoś naprawdę miałbym się czepiać to stwora – mogli nim skutecznie straszyć dłużej niż 1 odcinek.

    Reply
  • 11 czerwca 2022 at 21:25
    Permalink

    Zgadzam sie z crowleyem ze wszystkim procz noty. Rosyjski watek z winona i hoperem jest tak tragicznie glupi ze az boli. Watek 11ki bez sensowny bo wychodzi na to ze jedynka zabila bodajze 8ke z drugiego sezonu, a Przeciez tego nie zrobila…generalnie caly sezon ratuje jedynie to co sie dzieje w hawkins choc tego nowego ixh kolege tez przrrysowano do bolu…

    Reply
    • 21 czerwca 2022 at 09:07
      Permalink

      Jedynka sam wspomina, że ósemka uciekła, więc jej nie zabił bo zwyczajnie jej już tam nie było.

      Reply
  • 12 czerwca 2022 at 00:04
    Permalink

    Zgadzam się z recenzją w znacznej większości, acz mam kilka uwag. Po pierwsze u mnie Robin nie skradła show. Wręcz przeciwnie, psuła je. Przypomnijmy sobie jaka była sezon temu. Bystra, sarkastyczna i pieruńsko pomocna. Tutaj aby tylko irytowała. Nie wiem kto stwierdził, że to dobry pomysł, ale zrobili z niej comic relief w stylu tego męczącego kumpla Ant-Mana. W co drugiej scenie odczuwała taką potrzebę wygadania się jak Ferdek Kiepski kiedy Halince zbiera się na spanie albo Osioł w drodze do Zasiedniogórogrodu…

    Dalej, zabrakło mi komentarzy do kilku decyzji kreatywnych. Dla przykładu Will najpewniej został specjalnie zepchnięty na boczny tor, bo Steve wyprzedził go w popularity poll i scenarzyści robią grunt pod to, by znowu był z Nancy. Jasne, Bracia Duffer mają prawo kierować się czym chcą, ale mieli trzy lata na wymyślenie jak się z tego zgrabnie wytłumaczyć, ale stwierdzili, że zrobienie z niego off-screen zbakanego durnia jest good enough. Jeszcze ten wątek poszukiwań Nastki. Uwalnianie Hoppera było głupsze niż ustawa przewiduje, ale przynajmniej coś się działo u Winony a tutaj? Nudy, równie dobrze mogłoby ich nie być tego sidequesta. A wracając do Jima to matuchno, jak oni zmarnowali potencjał tego wątku to ja nawet nie. Ruskie nauczyły się otwierać portale i przejęli demopsa tylko po to, by nic z tym nie zrobić? No dobra, z karmienia zrobili festynową zabawę w łagrze.

    No i napisanie na nowo backstory Nastki i badań w Hawkins. To co zobaczyliśmy koliduje w kilku miejscach z tym co ustalono w S02. Nie wiem, zakładali, że nikt nie będzie tego pamiętał? Cóż, chyba mieli rację skoro tak mało osób o tym wspomina 😛

    Co do sezonów to Trójka, pomimo spamowania odniesieniami na pograniczu pastiszu, dużo bardziej podobało mi się od dwójki, która była słownikowym przykładem nudnego sequelu, który w ogóle się nie starał. Zamknęliśmy przejście i pokonaliśmy zło… ale czy na pewno!? Co pamiętacie z tamtego sezonu? Bo ja nic, Trójka pod tym względem wypada lepiej.

    Reply
    • 12 czerwca 2022 at 12:22
      Permalink

      PS. Rozbawił mnie czerwonoarmista powołujący się na honor XD Przecież jak Ruskie nas “wyzwalały” w ’45 to ludzie chowali swoje żony i córki po stodołach a tutaj o moralności im się przypomniało?

      Reply
      • 25 czerwca 2022 at 22:01
        Permalink

        Jeśli chodzi o czerwonoarmistę i honor to można to rozpatrywać na kilka sposobów.
        Po pierwsze teoretycznie może być to czerwonoarmista który akurat ma honor (statystycznie niemożliwe aby wśród kilkuset tysięcy ludzi nie było ani jednego dobrego).
        Drugi sposób to pewne zdegenerowane pojęcie honoru ( coś jak amerykanie którzy byli przekonani że są honorowi bo dla nich Japończycy nie byli ludźmi więc według amerykanów masowe gwałty w Japonii nie plamiły ich honoru).
        Trzeci sposób to samooszukiwanie. Ludzie nawet jeśli są zbrodniarzami chcą w dużej części sami przed sobą uchodzić za dobrych dlatego często powołują się na honor, wyższe cele lub lojalność.

        Reply
  • 12 czerwca 2022 at 22:52
    Permalink

    Obejrzałem dostępną całość praktycznie na raz, tak prędko, że dopiero później dotarło do mnie jakie to wszystko bez sensu. Pełno tu niedorzeczności, tak jak cały wątek Hoppera i akcji ratunkowej, zaczynając od paczki wysłanej na adres którego Jim nie ma prawa znać, a kończąc na demogorgonie służącego jako rozrywce (skąd oni w ogóle go mają, przecież nie udało im się otworzyć portalu, i jakim cudem są w stanie nad nim zapanować?).

    Spoiler! Pokaż

    Mam wrażenie, że co druga postać robi za comic relief: Murray, rusek pilot, Robin, wiecznie zjarany kumpel Jonathana, Suzie i jej rodzinka… Ile można?!

    Ogólnie i tak jest lepiej niż poprzedni sezon, no i w końcu bardziej wyrazisty złol. Kolejny, już ostatni sezon też obejrzę jeśli będę mieć możliwość, ale na pewno nie będzie to coś co miałoby mnie przekonać do subskrypcji Netflixa, jak podobno miał zrobić obecny sezon.

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

 pozostało znaków