FilmyRecenzje Filmowe

Projekt Hail Mary (2026)

Dzieciakiem będąc, zaczytywałem się powieściami Michaela Crichtona, który jak nikt inny potrafił połączyć ciekawe (pseudo)naukowe pomysły z wartką akcją oraz iście filmowym rozmachem. Nieprzypadkowo na ich podstawie powstały scenariusze do takich filmów jak “Park Jurajski”, “Zaginiony świat”, “Kongo”, “Kula” czy “Andromeda znaczy śmierć”. W przeciwieństwie do wielu innych pisarzy Crichton miał szczęście do ekranizacji swoich dzieł, a wspominam o nim dlatego, że być może pojawił się jego godny następca. Andy Weir napisał do tej pory trzy powieści. Pierwszą był “Marsjanin”, którego na wielki ekran znakomicie przeniósł Ridley Scott. Druga, pod tytułem “Artemis” podobno już jest w rozpisce któregoś ze studiów filmowych. Tymczasem w kinach rządzi teraz adaptacja trzeciej, o której jakiś czas temu pisaliśmy na naszych łamach.

Już teraz, tydzień po premierze wiadomo, że “Projekt Hail Mary” jest sukcesem Amazonu/MGM, które zaryzykowały inwestując potężne pieniądze (ponad 200 milionów dolarów) w tę specyficzną produkcję, której stery powierzono duetowi Phil Lord – Christopher Miller. Panowie mają na koncie dylogię “Jump Street”, fantastyczne “Lego: przygoda” oraz maczali palce w animowanych “Spider-Manach”. Zostali też wywaleni przez Kathleen Kennedy z planu “Solo”, bo za bardzo śmieszkowali. Wydawałoby się, że nie jest żadną tajemnicą, iż zatrudniając Lorda i Millera, z automatu piszesz się na dwie rzeczy: dużo humoru, często suchego i absurdalnego, a także długi i chaotyczny proces produkcyjny. W Lucasfilm nie czytają jednak Internetu i o tym nie wiedzieli. Tymczasem prawa do ekranizacji “Projektu Hail Mary” zostały sprzedane jeszcze przed publikacją książki, a ostatecznie pisaniem scenariusza zajął się Drew Goddard – ten sam, który tak zgrabnie zaadaptował “Marsjanina”.

Wydaje mi się, że pisząc ten skrypt Goddard chciał za wszelką cenę uniknąć kopiowania historii Matta Damona na czerwonej planecie. Są one bowiem w niektórych elementach bardzo do siebie podobne – w obu występuje przecież pojedynczy główny bohater, który odizolowany od reszty świata musi za pomocą sprytu i intelektu poradzić sobie z ekstremalnymi trudnościami. Taki MacGyver w kosmosie, tylko w przypadku “Projektu Hail Mary” mówimy o naprawdę dalekiej wyprawie. W tym miejscu muszę ostrzec, że nie da się nie pisać o tym filmie nie zdradzając nic z fabuły, a ta jest skonstruowana w taki sposób, że  stopniowo odkrywa przed widzem wiele tajemnic. Jeśli więc nie znacie tej historii, a zamierzacie wybrać się do kina, to radzę zerknąć tylko na ocenę końcową i wrócić tu po seansie. Co prawda już zwiastuny zdradziły kilka bardzo istotnych szczegółów, ale żeby nie było, że nie ostrzegałem.

Głównym bohaterem historii jest Ryland Grace, który budzi się ze snu kriogenicznego na statku kosmicznym dość daleko od Ziemi. Prawie nic nie pamięta, nie wie nic o celu swojej wycieczki ani co się stało z resztą załogi. Z czasem, podobnie jak w powieści, skrawki wspomnień będą wracać, dzięki czemu razem z Rylandem dowiemy się, że jest on ostatnią nadzieją ludzkości. Coś w szybkim tempie “gasi” nasze Słońce oraz pobliskie gwiazdy. Wszystkie poza jedną, do której właśnie zbliża się statek Hail Mary z dzielnym naukowcem na pokładzie. Proces odzyskiwania pamięci postępuje stopniowo, a tło historyczne stanowią retrospekcje, które Grace odkodowuje w swojej głowie. Film jest podzielony mniej więcej na dwie podobne części, z których jedna dzieje się w kosmosie, a druga na Ziemi przed wylotem. Obie linie czasowe przeplatają się ze sobą i udało się to zrobić bardzo sprawnie, bez popadania w nachalną ekspozycję przez gadające głowy. W książce było to zrealizowane podobnie, ale retrospekcje częściej były wyzwalane na skutek konkretnych wydarzeń na pokładzie Hail Mary. W filmie trochę to zmieniono, co według mnie pozwoliło uzyskać większą płynność i równowagę między dwiema liniami czasowymi.

Bo trzeba przyznać, że choć scenariusz zasadniczo dość dokładnie podąża za papierowym oryginałem, to jednocześnie jest jego adaptacją do zupełnie innego medium. Znacznie ograniczono liczbę monologów Rylanda, całkowicie rezygnując z tych wewnętrznych. Jest raptem kilka momentów, kiedy nagrywa on jakieś materiały w formie dziennika, ale większość takich fragmentów nie trafiło do scenariusza. Domyślam się, że chodziło o to, żeby uniknąć zbytnich podobieństw z wspomnianym “Marsjaninem”. Konsekwencją takiej decyzji jest bardzo mocne przeniesienie nacisku z fantastyki NAUKOWEJ, na KOMEDIĘ FANTASTYCZNO-naukową. Ja – znając pierwowzór – nie potrzebowałem więcej wyjaśnień i brak naukowych rozkminek nie przeszkadzał mi tak mocno, ale myślę sobie, że widzowie nieznający książki, mogą stwierdzić, że wszystko dzieje się zbyt szybko, a rozwiązania problemów bohater wyciąga z kapelusza. Żeby dobrze się bawić, należy się nastawić na dużą dawkę sympatycznego humoru oraz emocjonalną opowieść o sile przyjaźni, a niekoniecznie oczekiwać science-fiction w wersji hard. Książka dużo bardziej skupiała się na pracy naukowej Grace’a i znacznie obszerniej opisywała jego rozważania oraz eksperymenty. Tego w filmie brakuje, a ponieważ fabuła od samego początku nie należy do tych najbardziej prawdopodobnych, to można się poczuć w jakimś sensie oszukanym.

Odniosłem wrażenie, że “Projekt Hail Mary” to taki “Interstellar” na opak. Film Nolana pozował na poważne kino, w rzeczywistości będąc piramidalną bzdurą o sile miłości, którą da się policzyć na kalkulatorze. Lord i Miller do spółki z Weirem stworzyli emocjonalną, bajkową wręcz opowieść o sile przyjaźni, ale podali ją w sosie naukowych gdybań i eksperymentów. Tam gdzie “Interstellar” z kijem od szczotki wiadomo w czym budzi zażenowanie z powodu głupoty swoich bohaterów, “Hail Mary” pokazuje naukowców jako największych luzaków, którzy są w stanie uratować świat i przy okazji sypnąć dobrym żartem. Problem w tym, że na ekranie trochę brakuje tej naukowości, a jeśli nie czytało się książki, to można ją w ogóle przegapić.

Na szczęście tam, gdzie reżyserzy postanowili nadrobić, robią to z dużą klasą. Humor praktycznie wylewa się z ekranu. Żarty bywają suche, bywają slapstickowe, pomimo grozy wiszącej nad gatunkiem ludzkim nikt nie przepuszcza okazji do jakiejś zabawnej odzywki. I chociaż momentami może się to wydawać karykaturalne, to w dziwny sposób działa. Cała sala w kinie zgodnie rechotała co kilka chwil, przy czym warto zaznaczyć, że te śmieszności są rozłożone równo na cały ponaddwugodzinny film i sprawiają, że jest to niesamowicie “lekki” seans. Film, nawet jeśli Lord i Miller pożyczają sobie z różnych gatunków, w tym elementy grozy, utrzymany jest w luźnej, “jasnej” atmosferze, co kulminuje w drugiej połowie, kiedy Grace

SPOILER

spotyka towarzysza z odległej gwiazdy. Kosmitę Rocky’ego pokazano już w pierwszym zwiastunie, chociaż jego pojawienie się powinno być dla widza niespodzianką, tak jak było niespodzianką dla czytelnika. Śpiewający, pięcionożny kamień wnosi do filmu drugi najważniejszy element, ładnie z angielska zwany bromancem. Tu na pewno purystom zapaliła się czerwona lampka, bo chociaż historia stara się być mądra i realistyczna, to w kwestii interakcji międzykosmonautycznej jej autor poszedł bardzo daleko w kierunku pulpowego i płytkiego science-fiction (z naciskiem na to drugie). Tak – nawiązanie kontaktu w tak prosty i szybki sposób oraz późniejsze “ludzkie” zachowanie Rocky’ego uderzają naiwnością, charakterystyczną dla tanich filmów. “Nowy początek” doskonale pokazał, a choćby Stanisław Lem wielokrotnie pisał o potencjalnych trudnościach w porozumieniu się z kompletnie obcą formą życia, a w “Hail Mary” mówimy o żartowaniu i rozumowaniu abstrakcyjnym ledwie kilku(nastu) tygodniach od pierwszego kontaktu. To nie ma prawa tak działać.  Można zresztą narzekać dalej i wytknąć infantylizację pana Kamyka, który w książce pod wieloma względami znacznie przewyższał Grace’a intelektualnie. Trochę tego zabrakło w filmie, a Rocky jest bardziej słitaśną maskotką w stylu Baby Yody, niż mógł być. Mało kto zwrócił pewnie uwagę na moment pierwszego spotkania, kiedy Grace dociera do przegrody w śluzie łączącej oba statki i zagląda przez szybkę. Cała ściana była stworzona z wielu małych kawałków o różnym składzie chemicznym. Grace wybierając tę przezroczystą, automatycznie pokazał Rocky’emu, jak działa jego wzrok. Super sprytne, ale nie znając książki, nie da się tego wychwycić. Tylko co z tego?! Oglądanie tych dwóch na ekranie to radocha w najczystszej formie. “Projekt Hail Mary” to buddy movie pełną gębą, a chemia między głównymi bohaterami jest wręcz namacalna. Ich interakcje są pokazane w ciekawy sposób, angażują widza, a kiedy robi się dramatycznie, zależy nam na losie tych dwóch kosmicznych rozbitków. Scenarzyście należą się ukłony, podobnie reżyserom, bo stworzyli współczesną wersję “E.T.” – coś optymistycznego, szczerego i wywołującego uśmiech u widza. Wiara w ludzkość (i kamienność) przywrócona, chciałoby się rzec. W dobie mody na mroczną stylistykę i ponure tematy miło było obejrzeć coś tak pozytywnego i niosącego wyłącznie optymistyczny przekaz. Warto jeszcze dodać, że sam Rocky był fizycznie obecny na planie w formie fizycznego robota stworzonego przez speców od mechatroniki. Efekt jest rewelacyjny, a stwór wygląda i zachowuje się niemal dokładnie tak, jak to sobie wyobrażałem w trakcie lektury.

[collapse]

Cały film jest niepozorny z wyglądu, ale polecam pogrzebać w serwisie Youtube w poszukiwaniu materiałów zza kulis produkcji. Statek został zaprojektowany z dbałością o każdy detal, a plan zdjęciowy składał się z osobnych modułów dokładnie odpowiadających formą i wielkością temu, co wynikało z ogólnego projektu. Wszystko, co widzimy na ekranie, istniało fizycznie, a Ryan Gosling faktycznie poruszał się wśród ekranów, guzików, kontrolek, skafandrów i działających włazów. Ba, segmenty były obracane, żeby dało się pokazać różne dynamiczne akcje oraz trzy różne formy grawitacji – tę pochodzącą od stałego przyspieszania, tę po przejściu statku w tryb centryfugi (Nolan by przy okazji zaserwował dziesięć minut ekspozycji, a Miller i Lord po prostu pokazali majestatyczną sekwencję rozkładania się laboratorium na linach), a także stan braku grawitacji. Pod względem designu całość sprawia wrażenie mieszanki surowego stylu autentycznych pojazdów kosmicznych z pewną dozą futuryzmu. Nie ma tu miejsca na fikuśne animacje, lewitujące ekrany albo inne wodotryski. Hail Mary to statek, który mógłby powstać naprawdę i mnie te przyziemność i realizm całkowicie kupiły. A jeśli dodamy jeszcze, że w trakcie zdjęć nie korzystano w ogóle z green screenów, to ręce same składają się do oklasków. Film kosztował grube miliony, ale twórcy naprawdę zapracowali na swoje gaże.

Dotyczy to zresztą nie tylko ekipy technicznej, ale też aktorów. Ryan Gosling był idealnym wyborem castingowym. Matt Damon pasował do “Marsjanina”, ale bardziej komediowy ton “Projektu Hail Mary” idealnie odpowiada fizyczności Goslinga, który oprócz robienia z siebie pajaca, miał całkiem sporo do zagrania. Nie tylko jako kosmiczny Robinson Crusoe, nie tylko jako ostatnia nadzieja ludzkości, ale przede wszystkim jako przyjaciel i jako naukowiec z przypadku na Ziemi. Tam zresztą partneruje mu równie fantastyczna Sandra Hüller w roli mocno zdystansowanej i niedostępnej szefowej projektu Hail Mary. Ich rozmowy służą głównie wyjaśnianiu tła historycznego wydarzeń, ale jest tam też sporo innych emocji, nie zawsze na wierzchu. A scena z karaoke sprawiła, że zrobiło mi się cieplej na serduchu, a nie był to nawet najbardziej emocjonalny moment w filmie.

“Projekt Hail Mary” nie jest filmem wybitnym, tak samo jak powieść nie była niczym więcej jak świetnie napisaną opowiastką science-fiction. Można sporo zarzucić fabule i zakwestionować niektóre decyzje twórców. Z pewnością nie jest to dzieło aż tak doskonałe, jak zdaje się sugerować Internet. Ale to wszystko nie przeszkadza mu być potencjalnym przyszłym klasykiem. Bo to film zrealizowany z podobną pasją jak przygodowe klasyki w rodzaju “E.T.”, “Powrotu do przyszłości” czy nawet… “Gwiezdnych wojen”. Produkt dopieszczony audiowizualnie, znakomicie zagrany, może trochę za długi, ale za to epicki pod wieloma względami. Bardzo cieszy mnie ten sukces, bo przecież nie jest to żaden sequel ani część franczyzy, a oryginalny film na podstawie popularnej książki. Wszystko miało prawo się w nim nie udać, a mimo to duet Lord / Miller stanął na wysokości zadania. Bardzo ładnie nam się ten rok zaczyna. Korzystajmy, póki jeszcze ktoś chce kręcić takie filmy.

Okiem SithFroga

Napiszę szczerzę: wyszedłem z kina z lekkim zawodem. Moja wina, bo dałem się ponieść recenzjom i opiniom i oczekiwałem ósmego cudu świata. A to jest tylko (i aż!) świetne kino s-f, z niemalże familijnym klimatem. Dlatego biorę na siebie swój zawód, bo film dowozi. Imć Crowley chwalił audiowizualną stronę, a ja tylko dodam, że warto obejrzeć w kinie. Żaden domowy zestaw nie da wam takich wrażeń, a jeśli niedaleko (albo w sensownej odległości, powiedzmy do 2h jazdy) macie IMAXa, to koniecznie wybierzcie ten format. Jak rzadko sprawdza się ich hasło: „nie oglądaj filmu, tylko bądź jego częścią”.

Crowley głównie chwalił (i ma rację) więc ja napiszę, że produkcja powinna być krótsza o 10-20 minut. Spokojnie było z czego ciąć. Bawi mnie za każdym razem zabieg, że bierzemy jednego z najprzystojniejszych aktorów, ale dajemy mu okulary i brzydki sweter i szast-prast! Oto wasz naukowiec niezguła bez powodzenia u kobiet. Jaaaasssssne… Urzekł mnie mały hołd wizualny dla Odysei Kosmicznej 2001 i kilka innych smaczków, ale tego się spodziewałem po tym duecie reżyserów. Jeśli czegoś mi zabrakło, to chyba jakiejś nieprzewidywalności, może czegoś bardziej dramatycznego. Z drugiej strony czy w coraz bardziej niespokojnych czasach nie potrzebujemy właśnie trochę otuchy? Balsamu na serce, ciepłego koca i herbaty?

Tyle marudzenia, bo cała reszta wygląda, brzmi i płynie rewelacyjnie. Gosling świetny, Hüller świetna (scena z karaoke – jak słusznie napisał przedmówca – szarpie za pikawę mocno). Człowiek śledzi opowieść – mimo przewidywalności – z zapartym tchem i przeżywa emocje razem z bohaterami. A jest co przeżywać, bo warstwa science-fiction to tylko dekoracja. Film opowiada – wg mnie rzecz jasna – o samotności, o problemach z komunikacją i o tym, że dla każdego z nas jest gdzieś ktoś (albo kilku ktosiów), z kim złapiemy kontakt, nić porozumienia i będzie chemia. Niekoniecznie w sensie romantycznym nawet, po prostu, w ogólno-ludzkim.

Zdecydowanie polecam seans, najlepiej w kinie o jak największym ekranie, a jeśli macie w zasięgu IMAX – koniecznie właśnie tam.

Projekt Hail Mary (2026)
  • Ocena Crowleya - 8/10
    8/10
To mi się podoba 3
To mi się nie podoba 0

Crowley

Maruda międzypokoleniowa i mistrz w robieniu wszystkiego na ostatnią chwilę. Straszliwy łasuch pożerający wszystko, co związane z popkulturą. Miłośnik Pratchetta i Clancy'ego, kiedyś nawet Gwiezdnych wojen, a przede wszystkim muzyki starszej niż on sam.

Polecamy także

Zanim napiszesz komentarz zapoznaj się z naszymi zasadami zamieszczania komentarzy:

Regulamin zamieszczania komentarzy


Użyj tagu [spoiler] aby ukryć część treści komentarza:

[spoiler]Treść spoilera[/spoiler]

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back to top button