
Nadal nie grałem w ani jedną grę z serii „Fallout„, nadal nie wiem, o co w nich chodzi. Nie mam najmniejszego pojęcia o lore tego uniwersum. Nadal będę też wychwalać serial Amazonu, bo zdecydowanie jest za co. Od strony technicznej to jest najwyższa możliwa półka, o czym opowiem na konkretnych przykładach, ale fabularnie także jest bardzo dobrze, z małymi wyjątkami, do których chyba zdążyliśmy się przyzwyczaić. Nie znajdziecie w moim tekście zbytniego psioczenia na produkt Amazonu, bo zwyczajnie co tydzień siadałem przed ekranem z nadziejami na dobry odcinek, i ani razu się nie zawiodłem.
Pewne porównanie
Jakiś czas temu wpadła mi do głowy myśl, która potem zmaterializowała się w postaci tekstu. Myśl, że „Fallout” jest tym, czym z początku byli „The Boys” – wspaniałą dekonstrukcją pewnego znanego i popularnego motywu z elementami czarnej komedii, nie ograniczającej się w żadnym aspekcie. Widzę bardzo wiele podobieństw w stylu tworzenia historii, ale także miejsca, gdzie Fallout odciął się od tego, co „The Boys” zaczęło robić źle. I tak pierwsze z brzegu to nie wchodzenie w aktualną politykę i nie bawienie się nią w skrajny, przerysowany i niesprawiedliwy sposób. Drugie – nie szukanie kontrowersji na siłę poprzez dokładanie tylko więcej i więcej wulgarności oraz obrzydliwej obleśności. To o tyle ważne, że twórcy „The Boys” nie zrozumieli, że po przekroczeniu pewnej granicy nie ma już znaczenia, jak bardzo będziesz hardokorowy, za tą granicą wszystko jest już takie samo. Ci od Fallouta to zrozumieli i zamiast iść z przesadą pionowo w górę, postanowili szukać rozwiązań na linii prostej, urozmaicając swoją rozrywkę.
W przeciwieństwie do „The Boys” „Fallout” nie stoi w miejscu i nie powtarza schematów. Panuje tu ciągły rozwój, a sezon drugi nie jest kalką pierwszego, nie stoi nawet na tych samych fundamentach. Buduje coś całkiem nowego od początku do końca. Ważne jest to, że serial nie skupia się na hermetycznej, klaustrofobicznej przestrzeni i postaciach w niej zebranych, a dokłada nowe ważne elementy. Przez to „Fallout” cały czas jest świeży, cały czas nęci widza wizją fantastycznej eksploracji. I bynajmniej nie jest to coś wymuszonego, pojawiającego się znikąd. Wszystko jest tu przemyślane i poukładane. Jak najlepsze, najbardziej skomplikowane puzle. W miejscach, w których „The Boys” zapomnieli o swoich korzeniach, „Fallout” wyciska z nich maksa, przechodząc tę samą ścieżkę, tyle że bez wyraźnych potknięć.
Najlepsze momenty i największe plusy
Zacznę chyba od końca. Od mojego ulubionego momentu, który znajduje się w finale przedostatniego odcinka. Niby prosty zabieg, piosenka z narastającym tempem, która buduje cały klimat i pozornie mało angażujące powolne scenki, które nie są niczym wybitnym, jednak po połączeniu tego wszystkiego, po zastosowaniu szybkich cięć i zmian ukazywanego miejsca, powstało artystyczne arcydzieło. Chodzi mi oczywiście o motyw otwarcia drzwi przez Lucy, uruchomienia rdzenia przez Ghula i retrospekcji z prezydentem Stanów Zjednoczonych. Trzy wątki, pięć minut nieprawdopodobnej ekspozycji, od której nie można oderwać wzroku i nie można przestać słuchać tego motywu muzycznego, który dobrano w sposób perfekcyjny. Ta scena jest kwintesencją geniuszu twórców oraz pokazuje stopień ich zrozumienia materii, na jakiej pracują. To wykorzystanie wszystkich możliwych narzędzi audiowizualnych do stworzenia przekazu idealnego.
Tyle tylko, że bez potężnej akcji, prawda? Już śpieszę z kolejnymi przykładami, tym razem z akcją i to taką turbo-doładowaną. I znów trochę odniesień do „The Boys”, nie inaczej. Tym razem „Gen V” i scena rozpoczynająca drugi sezon. Krwawa łaźnia przy akompaniamencie spokojnego „Cant Take My Eyes off You”. W Falloucie są co najmniej dwie podobne sceny, tyle że posiadające jeszcze większa dynamikę zdarzeń. Walka z Chanami z muzyką country w tle – idealnie zobrazowana, z perfekcyjną pracą kamery i odpowiednią dramaturgią. Oraz druga, sporo krótsza, z konfrontacji Lucy z sobowtórami Elvisa Presleya. Najważniejsze jest to, że te sceny zawsze czemuś służą, są etapem na drodze rozwoju bohaterów. A ten rozwój również jest powodem do dłuższego wywodu. Piszę póki co tylko o rzeczach dobrych, więc wspomnę jeszcze o najważniejszym plusie całego drugiego sezonu „Fallouta”, a jest nim chemia między Lucy i Ghulem. Budowana powoli historia tej dwójki jest pełna zwrotów akcji, cynizmu – i to o dziwo z obu stron. To jest taki duet, który chce się oglądać na ekranie, który zwyczajnie się nie nudzi, bo tyle jest pomysłów na kolejne interakcje. Duża w tym zasługa aktorów, Walton Goggins wspiął się na wyżyny artystycznego kunsztu, ale Ella Purnell niesamowicie przy nim rośnie.
Garść minusów
Z początku wydawało mi się, że wyjście Norma może się obronić. Więcej – Norm był jedną z ciekawszych postaci w sezonie pierwszym. Tymczasem zupełnie zmarnowano jego potencjał. Na szczęście dla serialu scenarzyści chyba wiedzieli, że nie mają zbyt wiele amunicji, więc nie stawali odważnie na ten wątek. To raczej mało znacząca póki co ciekawostka, która wraca czasami, by urozmaicić nieco historię, aby ta nie została zdominowana przez Lucy i Ghula. Nie udaje się to najlepiej, ale nie ma to aż tak wielkiego wpływu na całość. Inną sprawą jest nieszczęsny Maximus, w którym twórcy, nie wiedzieć czemu, widzą postać, która jest temu uniwersum potrzebna. To, co dzieje się z Bractwem, po prostu wkurza. To, jak nieprawdopodobnie, nierealistycznie napisany jest ten bohater, dziwnie kontrastuje zresztą „Fallouta”. Dlaczego scenarzyści potrafią powoli konsekwentnie budować Lucy, a w przypadku Maximusa idą na skróty i dają mu znikąd niemal super moce? Jak chociażby w tym obrażającym inteligencję widza pojedynku z potężnie zbudowanym wojownikiem.
To się już jednak nie zmieni i trzeba pogodzić się z tą rolą wiecznie smutnego Aarona Motena, który gra po prostu słabo. Oby tylko za wiele nie przeszkadzał, tak jak to było w tym sezonie właśnie. Jeśli nikt nie wpadnie na szalony pomysł wypuszczenia Maximusa na pierwszy plan, to nie będzie wielkiej tragedii. Zwłaszcza że w momentach, kiedy chłopak siedzi w zbroi i jest tylko bronią, a nie musi z nikim wchodzić w dialogi ani pokazywać swojego braku charyzmy, wygląda to znośnie. A więc jest to minus, który na szczęście ginie w zalewie dobroci serwowanej przez drugi sezon.
Trzeci problem to wątek wewnątrz krypt. Nie da się już wyciągnąć z tego za wiele dobrego. Formuła zupełnie się zużyła i ten specjalnie żenujący, specyficzny humor nie wnosi już nic do tej historii. W tym momencie to już tylko niepotrzebne powielanie tego, co widzom się już opatrzyło. Oby ten wątek był w dalszych sezonach jak najbardziej marginalizowany, bo nie jest on już ani trochę potrzebny. Chyba że zobaczymy jakieś inne krypty i działania, które wprowadzą choćby odrobinę świeżości.
Ostateczne przewagi i sposób prezentacji
Moim zdaniem nie ma nic gorszego w branży serialowej niż wypuszczanie całych sezonów na raz. Pisałem o tym w innych miejscach wielokrotnie. Utrzymanie zainteresowania serialem przez wiele tygodni zamiast pięciu-dziesięciu dni; podtrzymywanie dyskusji tydzień po tygodniu, napędzanie popularności i dawkowanie emocji jest tym, czego seriale typu „Fallout” zdecydowanie potrzebują. Oglądanie godzinnych odcinków w odstępach sprawia, że widz nie zdąża zmęczyć się materiałem. Taki sposób konsumpcji treści daje satysfakcję. A dodatkowo oczekiwanie niesamowicie wzmaga apetyt. Można żyć serialem od odcinka do odcinka, można snuć spekulacje, zastanawiać się, nawiązywać intelektualną synergię z uniwersum. Seriale muszą być doświadczeniem płynnym, przedłużonym, droczącym się z cierpliwością widza, powodującym jego pozytywny dyskomfort, a więc coś, czego większość stara się dziś uniknąć z niewiadomych względów. Takie wypuszczanie seriali stoi w sprzeczności z pewną roszczeniowością obecnych pokoleń. Jeśli coś nie jest łatwe, proste i dostępne, to to nie jest dla nich. Tymczasem to właśnie te przeszkody, to dłuższe oczekiwanie na dobrą historię są wartością dodaną, która wynosi serial na wyższy poziom. Amazon podjął najlepszą możliwą decyzję zmieniając sposób dystrybucji względem pierwszego sezonu. To zwiastuje swego rodzaju zrozumienie mechanizmu walki z uproszczeniami, z coraz większym lenistwem. To pójście pod prąd, które przyniosło sukces i pokazało, że nie trzeba dostosowywać się do Netflixa, a warto mocno mu się przeciwstawić, zarówno jeśli chodzi o formę seriali, jak i ich jakość. Nie można machnąć ręką na to, że ludzie chcą przeglądać telefon w trakcie seansu, nie można obniżać jakości produktu celem podlizania się grupie najbardziej rozpieszczonych odbiorców.
Na koniec wrócę jeszcze do fabuły drugiego sezonu. Do jego najmocniejszych ogniw. Nade wszystko Walton Goggins. On nie gra Coopera Howarda oraz Ghula, on stał się tymi dwoma skrajnie różnymi postaciami. Najlepszym przykładem jest scena przemowy przed kombatantami czy walki na Alasce, ale w ogóle to, jak aktor potrafi diametralnie się zmienić w kontekście retrospekcje/teraźniejszość, jest niesamowite. Inna sprawa, że warstwa scenariuszowa dotycząca owych retrospekcji także jest doskonała. Przedstawienie świata przed katastrofą dopieszczono w najdrobniejszych szczegółach. Zaprezentowano też doskonałe interakcje między poszczególnymi bohaterami. Twórcy nie wyłożyli się na dwutorowym prowadzeniu narracji, nie zaniedbali ani jednej, ani drugiej płaszczyzny. Wręcz przeciwnie – zarówno w jednym, jak i w drugim przypadku udało im się znaleźć niezależnych, zupełnie odmiennych antagonistów. Robert House w przeszłości to doskonały obraz cynicznego geniusza z ogromną klasą i swobodą w swoich działaniach. Z kolei teraźniejszość to miejsce dzikie, totalnie chaotyczne. Pustkowie samo w sobie jest tym antagonistą, który ma w zanadrzu naprawdę sporo asów.
Serialowy „Fallout” to coś wielkiego. Zbudowany z tak wielu pasujących do siebie elementów obraz łączy artystyczną sprawność, umiejętność idealnego skorelowania obrazu z dźwiękiem tak, by jedno cały czas wpływało na drugie. To historia posiadająca dobry, konsekwentnie popychający wszystko do przodu scenariusz. To mistrzowskie aktorstwo i najwyższy poziom scenografii, kostiumów oraz charakteryzacji. To jeden z najodważniejszych niemal abstrakcyjnych projektów w ostatnich latach. To coś, na co po prostu chciało się czekać. I oby kolejny – trzeci – sezon nie zburzył tego pomnika inwencji twórczej i wyciśnięcia do maksimum tego, co oferuje dzisiejszy świat w połączeniu z sięgnięciem do cudownej historii muzyki, filmu, kultury i sztuki.
Trzy grosze od Voo
Moja opinia o drugim sezonie jest skrajnie odmienna od tego, co przeczytaliście powyżej. Wybacz kuba! Dwa lata temu serialowy „Fallout” totalnie mnie zaskoczył i zachwycił, w efekcie czego cały sezon obejrzałem na jedno posiedzenie. Nie jestem wielkim fanem seriali i miłośnikiem wielogodzinnego ugniatania tyłkiem kanapy przed TV, ale dla pierwszego sezonu to zrobiłem. Przy drugim poczułem się jak amerykański student filmoznawstwa, który, jeśli wierzyć internetowym doniesieniom, nie jest w stanie obejrzeć w skupieniu filmu w całości. Przede wszystkim sezon jest potwornie nudny. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że powstał, bo musiał, bo zażarło i trzeba było go kręcić, ale nie było do końca pomysłu, co właściwie kręcić. Scenarzyści wzięli chyba stos żółtych karteczek, na których wypisali hasła takie jak „Szpony Śmierci”, „Legion”, „Bractwo”, „strzelają się”, „idą”, „radskorpiony”, „super mutant”, „ghule-Królowie”, „Krypta nr …” itd., po czym zaczęli je losowo układać w ciągi składające się na poszczególne odcinki. W sezonie są sceny niemające większego znaczenia dla fabuły, nie odebrałem ich jako „etapu na drodze rozwoju bohaterów”, a przynajmniej nie wszystkich. Zresztą co to za rozwój szprycowany prochami? (Patrz: Lucy). Sama fabuła zaś składa się ze zbyt wielu wątków, z których chyba każdy poza wątkiem Howarda/Ghula sprawia wrażenie traktowanego po macoszemu. A przepraszam – jest jeszcze Hank i jego wózek golfowy! Co za okropny zamulacz! Na to nie pożałowano czasu. Zaś co do tych tych bieda-wątków, to niektóre dostawały dosłownie po 2-3 minuty w odcinku, jak np. „ciasteczkowy klub” krypciarzy. Po co one w ogóle są w serialu i czemu służą?
Wracając do Howarda/Ghula – wiadomo, że jest sztandarową postacią widowiska i ulubieńcem fanów, ale na dłuższą metę aktorstwo Waltona Gogginsa w serialu wydaje mi się już manieryczne. Sposób mówienia, mimika, cała ta wystudiowana powolność w ruchach doskonale komponują się z drepczącą w miejscu opowieścią. Patrząc szerzej – w 2 sezonie jakoś przestał mi się sklejać ten świat. Podróż przez postapokaliptyczne odludzia przypomina popołudniowy spacer od atrakcji do atrakcji. Bractwo to zbieranina gotowych sobie skoczyć do gardła imbecyli. Chyba nie wiedziano, co z nim dalej zrobić w serialu, więc wymyślono mu „samozaoranie”. Legion wygląda jak grupa niedzielnych rekonstruktorów z Kevinem „samym w domu” na czele, przygłupich i łatwych do zmanipulowania. Pewne wątki wydają się nieprzemyślane – sprytna i zdeterminowana krypciara trzyma w szufladzie obciążający ją dowód, armia RNK nie istnieje, ale jak trzeba, to jednak nagle istnieje, itd. Z groteską, która nie przeszkadzała mi w pierwszym sezonie, chyba trochę przesadzono. Trudno traktować na serio coś, co podkreśla co chwilę, że nie jest na serio. Howard/Ghul stał się postacią z kreskówki, która przeżyje wszystko, więc po co martwić się jej losem?. Serial wciąż robi duże wrażenie dopracowaną scenografią, kostiumami, efektami specjalnymi itd. Jednocześnie w drugim sezonie nie było ani jednej sceny, o której mógłbym z czystym sumieniem powiedzieć, że była widowiskowa i zrobiła na mnie wrażenie. No, na pewno finałowa walka taka nie była. Na dodatek na to wszystko musieliśmy czekać z tygodnia na tydzień. W czasach streamingu. Tydzień czekania na kolejny wystrzał z kapiszona, bo tak mniej więcej odbierałem kolejne odcinki. Seriale takie jak „Fallout” potrzebują dobrej fabuły, wtedy nie trzeba będzie widzom „dawkować emocji” rozwleczoną emisją. Oczyma wyobraźni widzę króla Juliana, który wrzeszczy: „Wolniej! Wtedy nie zauważą jakie to słabe!”
Ostatnia rzecz – jak na produkcję, która ma trwać dalej, to zabrakło tu porządnego cliffhangera, jakiegoś wstrząśnięcia widzami na koniec. Howard/Ghul pod ramię z epizodyczną fabułą serialu wolnym krokiem doszli dosłownie donikąd i teraz tym samym wolnym krokiem ruszą dalej w następnym sezonie. Wiemy już, że na planszy pojawi się kolejny poważny gracz, a wraz z nim pewnie kolejne wątki. No nie wiem, jakoś tego nie widzę, ale obym się mylił. Póki co za drugi sezon wypłacam 5 kapsli.
Fallout (sezon 2)
-
Ocena kuby - 9/10
9/10
-
Ocena Voo - 5/10
5/10










Zanim napiszesz komentarz zapoznaj się z naszymi zasadami zamieszczania komentarzy:
Regulamin zamieszczania komentarzy
Użyj tagu [spoiler] aby ukryć część treści komentarza:
[spoiler]Treść spoilera[/spoiler]