
Ni stąd, ni zowąd pojawił się na Amazon Prime nowy film akcji. „Ekipa wyburzeniowa”, bo o nim mowa, nawiązuje do starego dobrego gatunku „buddy (cop) movie”. Wiecie – klasyki w stylu „Zabójczej broni„, „Nice guys”, „21/22 Jump Street” czy „Bad boys„. Nie jest to produkcja ani specjalnie odkrywcza, ani przełomowa, dlatego od razu wydam werdykt: rewolucji nie ma, ale bawiłem się naprawdę nieźle, więc warto dodać jeszcze parę słów.
Walter Hale (Brian L. Keaulana) zostaje śmiertelnie potrącony. Na jego pogrzeb przybywają Jonny (Jason Momoa) i James (Dave Bautista), dwaj przyrodni bracia. Czy śmierć ojca była nieszczęśliwym wypadkiem komunikacyjnym? A może to morderstwo z premedytacją? Co mogło się stać? Dlaczego zginął?
Synowie Waltera będą rzecz jasna próbowali odpowiedzieć na te pytania, ale główną osią fabularną jest konflikt między Jamesem i Jonnym. Panowie – jak się okazuje – nie mieli ze sobą (ani z ojcem) kontaktu od lat. Spór między nimi korzenie ma daleko w przeszłości, a i trudne relacje z patronem rodu nie pomogły ranom się zabliźnić.
James to przykładny mąż, oficer US Navy, ojciec dwójki dzieci. Jonny nigdy nie pogodził się ze śmiercią swojej mamy (została zamordowana) i jest klasycznym przykładem policjanta z amerykańskich filmów. Twardziel niestroniący od alkoholu i dobrej bitki, olewający zasady i protokoły postępowania, zawieszony za nadużycie siły, wiecznie kipiący złością.
Duet Momoa – Bautista zaskoczył mnie pozytywnie. Obaj panowie ociekają charyzmą na ekranie, potrafią świetnie sprzedać swoje postacie, a przy tym nie przeszarżowują ani w stronę przesadnego dramatu, ani komediowej groteski. Kiedy przerzucają się obelgami, można się setnie ubawić, ale nie brakuje poważnych scen, w których rozumiemy, na czym polega ich konflikt, i dlaczego żaden nie chce ustąpić. Oczywiście w końcu będą musieli się pogodzić, ale muszę przyznać, że jak na tak lekki film, ograno temat bardzo przyzwoicie.
Pozytywnie zaskoczyły mnie też sceny akcji. Widać, że mimo niewielkiego (tak zakładam, bo dane utajniono) budżetu twórcy wspięli się na wyżyny pomysłowości. Wiele ujęć charakteryzuje się ciekawą i nietypową pracą kamery. Co ważne – ani przez chwilę nie gubimy z oczu bohaterów, przeciwników ani orientacji w tym, kto kogo akurat okłada czy ostrzeliwuje. Na pewno nie będziecie się nudzić, oglądając jak panowie na przemian dają wycisk lokalnym zbirom i importowanym z Japonii pomagierom Yakuzy.
Zaskoczyła mnie dosadna brutalność niektórych scen i ze zdziwieniem odkryłem już post factum, że film ma kategorię „R”, czyli jest przeznaczony tylko dla widzów pełnoletnich. Rzadko tego typu produkcje oznaczane są „eRką”. Mało tego, w zasadzie nie wiem, po co sięgnięto po nią w tym konkretnym przypadku. Bowiem jeśli wyciąć kilka scen ze wspomnianą brutalnością i kilkunastu przekleństw – reszta spokojnie nadaje się na komedię przeznaczoną dla większego grona widzów. Ba, nawet sama przemoc – mimo że krwawa – bardziej przypomina tę z serii „Deadpool„, niż naturalistyczne okropieństwa z takiego „Labiryntu Fauna” (kto widział scenę z butelką, ten wie – tego się nie zapomina).
Zaskoczyła mnie też pozytywnie dosadność niektórych żartów. Scenarzyści nie wahali się wrzucić do filmu kilku dialogów, które na pewno wzbudzą kontrowersje wśród woke’owych wrażliwców. Doceniam odwagę, bo mam wrażenie, że w obecnych czasach wszyscy tak bardzo pilnują, żeby ktoś się nie poczuł urażony, że dobre komedie są gatunkiem niemal wymarłym.
Mimo że pierwsze skrzypce grają bracia James i Jonny, nie zabrakło udanych kreacji na drugim planie. Podobał mi się występ znanego z serii „Spider-Man” Jacoba Batalona, na świetną Morenę Baccarin zawsze można liczyć (i tu znów uśmiech w stronę „Deadpoola„), a także mile zaskoczyła Frankie Adams jako Nani. Aktorka znana dotychczas głównie z roli Bobbie Draper w serii „Expanse”.
Czy „Wrecking Crew” to ideał? Absolutnie nie. Jeśli miałbym wytknąć jakieś niedostatki, to na pewno byłby to brak większej ilości humoru i jeszcze trochę akcji. Finał rozwiązany jest trochę za szybko i rozczarowuje. Szczególnie, że intryga dociera do momentu, w którym całość wyjaśniona jest w jednym niedługim monologu, będącym po prostu czystą ekspozycją. Rozumiem jednak, że to konflikt braci i ewolucja ich relacji są osią fabuły, dlatego wybaczam i rozstrzygnięcie, i niezbyt ciekawego antagonistę. Dodatkowy plus dla twórców za odwagę w ostatniej scenie filmu. To żaden spoiler, ale na wszelki wypadek oznaczam:
Syndykat, który nie wiadomo, po co jest w filmie, okazuje się być pretekstem do zostawienia sobie furtki na sequel… który raczej nie powstanie. Jonny wybiera relacje z bliskimi i odbudowę swojego spokoju zamiast kolejnej vendetty. Bardzo nietypowe, bardzo godne podziwu.
Jeśli szukacie przyzwoitej rozrywki na wieczór, lubicie gatunek „buddy comedy” i macie Amazon Prime – koniecznie dajcie szanse „Ekipie wyburzeniowej”. Kawał dobrej, rzemieślniczej roboty. Czuć tu rękę fana tego typu produkcji i kogoś, kto rozumie, jak się robi takie filmy. Tak jak mówiłem, rewolucji nie ma, przełomu też nie, ale i tak jest… tak samo fajnie, jak tam, gdzie nie było bunkrów.
Ekipa wyburzeniowa (2026)
-
Ocena SithFroga - 6/10
6/10
PS A już zupełnie przy okazji, jednym z najlepszych filmów w gatunku (jeśli nie najlepszym) jest „Ostatni skaut”. Produkcja skandalicznie niedoceniona i niemal zapomniana. Jeśli nie znacie – musicie nadrobić!








No i namówił.
Na „Ostatniego Skauta” 😀