Z mgły zrodzony (Brandon Sanderson)

Brandon Sanderson wielkim pisarzem jest, przynajmniej tak uważa wielu fanów literatury fantasy. Moja przygoda z jego literaturą rozpoczęła się co prawda od “Drogi Królów”, która skusiła mnie swoją okładką, ale choć moloch z serii ABŚ mnie zachwycił, to przez dłuższy czas ciężko było mi sięgnąć po jakiś inny jego cykl. Obawiałem się, czytając opisy kolejnych światów wykreowanych przez autora. W końcu się przełamałem i sięgnąłem po książkę „Z mgły zrodzony”.  nawiasem mówiąc w Polsce występuje pewne zamieszanie z tytułem. Pierwsza część trylogii powinna nazywać się “Ostatnie Imperium”, a cały cykl to “Mistborn” czyli właśnie “Z mgły zrodzony”. Tymczasem w naszym pięknym nadwiślańskim kraju zrobiono odwrotnie i tak cykl nazwano „Ostatnie Imperium” a jego pierwsza część to „Z mgły zrodzony” takie krótkie wyjaśnienie, ale mam wrażenie, że potrzebne. 

Już od pierwszej strony nie żałowałem swojego wyboru. Geografia stworzonego przez Sandersona świata nie jest skomplikowana. Akcja pierwszej książki toczy się praktycznie w jednym mieście, stolicy Imperium – Luthadel. Nie oznacza to jednak, że ten świat nie jest wyjątkowy. Wręcz przeciwnie. Otóż prawie w niczym nie przypomina on naszej Ziemi. Z nieba niemal cały czas pada popiół produkowany przez wielkie wulkany. Popiół, który zasypuje plony, zalega na ulicach i zanieczyszcza rzeki. Po zapadnięciu zmroku pojawia się gęsta mgła, która wzbudza w mieszkańcach Imperium ogromny strach.

Równie niesamowite są podziały społeczne. Ponad 90 % ludzi to tak zwani skaa, czyli niewolnicy posiadający bardzo niewiele praw. Całą resztę stanowi arystokracja i urzędnicy Ostatniego Imperatora, władcy, który rządzi niepodzielnie od niepamiętnych czasów. Tak więc mamy zamiatających ulice z popiołu, jedzących w ulicznych garkuchniach, zabiedzonych i zmęczonych życiem skaa. A obok nich opisy wspaniałych, pełnych przepychu balów organizowanych przez arystokrację gdzie jednym z najważniejszych dylematów jest to jaką suknię założyć, z kim zatańczyć i jakimi nowiutkimi plotkami się podzielić.

W prologu poznajemy Kelsiera, Ocalałego z Czeluści. I jest to postać WYBITNA. Ma w sobie coś z szaleńca, geniusza, oszusta i bezwzględnego mściciela. Ciężko jest go do końca zdefiniować. Ma niezwykłe poczucie humoru, jest do przesady pewny siebie, ale przede wszystkim jest Zrodzonym z mgły. A kto to taki? Żeby to wyjaśnić, muszę Wam opowiedzieć o systemie magii, bo jest on – jak to u Sandersona – niezwykły.  Skupmy się tylko na magii dominującej, czyli allomancji. Polega ona na spalaniu metali w swoim ciele. Każdy allomanta może spalać tylko jeden metal przypisany do jego klasy. Jest osiem podstawowych metali pogrupowanych w pary. I tak: spalane żelaza sprawia, że osoba to robiąca może przyciągnąć najbliższe mu metale, spalająca stal może te metale odepchnąć, spalanie cyny wyostrza zmysły, a cyny z ołowiem zwiększa możliwości fizyczne. Spalanie cynku umożliwia pobudzanie czyichś uczuć, spalanie mosiądzu pozwala czyjeś uczucia tłumić, spalanie miedzi wytwarza chmurę ukrywającą pobliskich allomantów, a spalanie brązu wykrywa czy gdzieś w pobliżu nie znajduje się jakiś allomanta. Jest jeszcze atium, które pozwala widzieć najbliższą przyszłość, na przykład co za sekundę zrobi stojący naprzeciwko rywal. Jak wspomniałem jeden allomanta może spalać tylko jeden metal, ale są na świecie jeszcze Zrodzeni z mgły, którzy mogą spalać wszystkie te metale, przez co są nadzwyczajnie potężni, niemal niepokonani. System magii jest świetnie przemyślany i fantastycznie się go odkrywa.

A o czym tak właściwie jest Z mgły zrodzony? Otóż jest to historia w swej konstrukcji przypominająca popularne filmy o “wielkich skokach” organizowanych przez szajki złodziei. Tylko że w tym wypadku nasza szajka chce dokonać niemożliwe. Próbuje obalić boskiego Ostatniego Imperatora. I tu zaczyna się zabawa. Poznajemy kolejnych bohaterów, członków „ekipy”: pyszałkowatego Breeze’a, osiłka-filozofa Hammonda, stetryczałego Clubsa, młodego ciekawego świata, oczarowanego Kelsierem Spooka, wysokiego niepozornego, służalczego, doskonale znającego wszelkie zasady panujące w świecie lokaja Sazeda oraz Marsha brata Ocalełego z Czeluści, który całe życie poświęcił idei rewolucji skaa. Każda z tych postaci wnosi do świata życie, każdy z nich jest tutaj po coś. Dialogi są błyskotliwe i niekiedy dość zabawne. Ekipa tworzy coś na wzór beztroskiej rodziny, która tylko bawi się w najbardziej niebezpieczny skok w historii świata, przez większość czasu. Jej członkowie cieszą się życiem, przy okazji wykonując swoje obowiązki.

Na arenie wydarzeń pojawia się jednak jeszcze jedna osoba. Niepozorna dziewczyna – Vin. Dziecko ulicy, członkini gangu, w którym herszt znęca się nad nią fizycznie i psychicznie. I to właśnie ona powoli staje się główną bohaterką powieści, kiedy to przypadkowo wpada w „oko” Stalowym Inkwizytorom. Ludziom-potworom, którzy w miejscach gałek ocznych mają wbite ogromne stalowe gwoździe wychodzące z głowy drugą stroną. Kelsier ratuje dziewczynę z opresji i staje się jej mentorem. Okazuje się bowiem, że Vin również jest Zrodzoną z mgły.

Sanderson potrafi budować napięcie, jest szczególarzem, i wszystko w jego powieściach musi być dopięte na ostatni guzik. I tak to, co jest pewną wadą w przypadku jego Archiwum Burzowego Światła, tutaj w zdecydowanie bardziej kameralnej historii jest ogromną zaletą. Towarzyszenie „ekipie” w kolejnych etapach planu jest ekscytujące, czujemy się, jakbyśmy sami uczestniczyli w tych wydarzeniach. A świat Ostatniego Imperium jest mroczny, w przeważającej większości depresyjny. W tym świecie Kelsier jawi nam się jako ostatni promyczek nadziei, światło przebijające się przez padający nieustannie popiół, ale i on za maską ze śmiechu, pewności siebie i niezachwianego optymizmu skrywa swoje mroczne tajemnice. Jest więc kilka scen chwytających za gardło kiedy szef „ekipy” otwiera się przed swoimi przyjaciółmi. No i te sceny walk. Spektakularne, pełne wybuchów, niekonwencjonalnych rozwiązań, ucieczek, forteli, połamanych kości, a nawet odciętych głów. To jest absolutna topka w branży fantasy i niewątpliwy znak rozpoznawczy Sandersona. On to po prostu potrafi. I każda tego typu sekwencja jest małym arcydziełem.

Warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden ogromny atut tej powieści. Zwroty akcji, większość mniejszych, ale wcale nie mniej zaskakujących, oraz jeden główny, którego podejrzewam nie spodziewał się absolutnie nikt czytający książkę, a który był do samego końca tak misternie ukrywany. Nie ma nawet najmniejszej wskazówki zapowiadającej to co okazuje się na samym końcu. Największa tajemnica świata jest ukryta przed oczami czytelników.

Niestety kolejne dwie części cyklu „Ostatnie Imperium” nie dorównują „Z mgły zrodzonemu”, odrobinę brakuje tam mocnych osobowości. Jest poprawnie, ale bez szału. Historia przestaje być opowieścią o ekipie złodziei-oszustów, zamiast tego dostajemy ogromną ilość polityki, zdrad, boskich ingerencji i nieco nadużywanego wątku mesjanizmu, który w pierwszej części był lepiej dozowany. Na sam koniec napiszę jeszcze, że doskonałym uzupełnieniem trylogii jest opowiadanie „Z mgły zrodzony: Sekretna Historia”, które warto przeczytać zaraz po skończeniu serii.

Podsumowując „Z mgły zrodzony” jest powieścią, którą mogę polecić z absolutnie czystym sumieniem, nie jest ona tak przytłaczająca jak „Droga Królów” (żeby nie było, że jest to słowo krytyki. Po prostu DK to grubo ponad tysiąc stron High Fantasy, na które trzeba mieć czas i sporo cierpliwości) i niesie ze sobą całą masę doskonałej zabawy. Och jakże bym chciał zapomnieć tą książkę tylko po to, by móc przeczytać ją jeszcze raz nie wiedząc, co się wydarzy.

Okiem DaeLa: Muszę dorzucić swoje trzy grosze, bo z Kubą trochę się zgadzam… a trochę nie. Przede wszystkim – Kuba trafił w samo sedno wskazując worldbuilding, a w szczególności system magii, jako jeden z największych atutów książki. Sanderson potrafił stworzyć coś niezwykle oryginalnego, fascynującego i pełnego detali, a zarazem uniknął pułapki, w jaką wpada wielu pisarzy fantasy, opisujących te wszystkie niesamowite praktyki niczym mechanizmy z gier RPG. Czytanie o przeróżnych aspektach allomancji dostarczyło mi niesamowitej frajdy. Sama oś fabularna też jest znakomita, wydaje mi się zresztą, że Sanderson sam kiedyś wspomniał, że inspirował się filmami takimi jak “Włoska robota” czy “Ocean’s Eleven”. Kuba ma też rację mówiąc, że końcowy zwrot akcji jest znakomity. Ale nie zgodzę się, że niemożliwy do przewidzenia. Ja przypuszczałem co się święci, aczkolwiek – jako że minęło już dobrych parę lat odkąd czytałem tę książkę – nie pamiętam, czy przypadkiem ktoś mnie nie uprzedził, bym go wypatrywał. No dobrze, a teraz przejdźmy do tego, co moim zdaniem nie pozwala dać “Z mgły zrodzonemu” najwyższej noty. Sanderson jest sprawnym pisarzem. Nawet bardzo sprawnym i niezwykle płodnym. Ale moim zdaniem nie ma tego drygu, tej iskry, tego ucha, które pozwala tworzyć fenomenalne dialogi. Nie zrozumcie mnie źle, czyta się to bardzo przyjemnie, książka jest napisana poprawnie, a rozmowy nie są prowadzone – jak mawiają Anglosasi – “na szczudłach” (czyli nie są nienaturalne). Tym niemniej brakło mi tutaj tej wyrazistości i błysku, która cechuje pisarzy takich jak Sapkowski, Martin czy chociażby Abercrombie (w którego twórczości zacząłem się ostatnio zakochiwać). Żadne zdanie nie zostało ze mną po zakończeniu lektury, żadna słowna riposta nie pozostawiła mnie oniemiałym. Książka nie ożyła w dialogach tak jak największe dzieła fantasy. Ale to nie jest wada. To po prostu brak zalety, który rzeczywiście uczyniłby “Z mgły zrodzonego” dziełem wielkim. Nie znaczy to jednak, że powieść nie zasługuje na rekomendację.

-->

Kilka komentarzy do "Z mgły zrodzony (Brandon Sanderson)"

  • 29 stycznia 2024 at 20:12
    Permalink

    Z Sandersona ja czekam na kontynuację Rytmatysty. Genialny system magii, coś całkowicie nowego i unikalnego.

    Reply
  • 30 stycznia 2024 at 10:50
    Permalink

    To jeden z tych autorów, który ma kontakt z kosmitami, którzy mu pomysły podrzucają

    Reply
  • 30 stycznia 2024 at 18:14
    Permalink

    Powinniście na końcu każdego tekstu pisać *na następny artykuł zapraszamy za dwa tygodnie/miesiac/rok*

    Reply
        • DaeL
          31 stycznia 2024 at 20:17
          Permalink

          To powinienem przeprosić, bo jednak się nie wyrobię. Ale jutro będzie na bank. I zaspoileruję o czym piszę. Będą… merlingi!

          Reply
          • 1 lutego 2024 at 18:03
            Permalink

            Od przedwczoraj już dwa jutra minęły

            Reply
            • DaeL
              1 lutego 2024 at 18:13
              Permalink

              Drugie z przedwczorajszych jutr dzisiaj jeszcze trwa.

              Reply
              • 1 lutego 2024 at 19:36
                Permalink

                Ok jutro jest dziś 🙂

                Reply
  • 30 stycznia 2024 at 19:55
    Permalink

    Hmm. Zaczynam teraz Słowa Światłości i przypatrzę się tym dialogom. Chociaż w pierwszej części nie miałbym nic im do zarzucenia. Były wyśmienite.

    Mistborn już sobie zapisałem w kolejce po Archiwum.

    Reply
  • 30 stycznia 2024 at 22:40
    Permalink

    Mnie Sanderson nie rusza. Sporo bez sensów. Jak czytałem Archiwum Burzowego Światła to były tam różne sztampy. Jakieś głupie walki typu przeskakiwanie nad wielkimi przepaściami, noszenie mostów, wojna która trwa nie wiadomo jak długo, bo zabito króla (jak zrozumiałem ta armia jest na wojnie, daleko od domu bez przerwy razem z nowym królem ). Pomysły światotwórcze fajne ale fabuła przeciętna jak na to co czytałem.

    Reply
    • 31 stycznia 2024 at 08:24
      Permalink

      “przeskakiwanie nad wielkimi przepaściami”

      ??? Nic takiego nie było, chyba że referujesz do magii?

      “noszenie mostów”
      Taktyka wojenna wyjaśniona bardzo skrupulatnie przez i wymuszona settingiem i charakter konfliktu.

      “wojna która trwa nie wiadomo jak długo, bo zabito króla”
      No dokładnie jest to jeden z głównych osi fabularnych, do tego fenomenalnie poprowadzony w większy konflikt o zupełnie innej skalę i konsekwencjach.

      “Pomysły światotwórcze fajne ale fabuła przeciętna jak na to co czytałem.”

      Dobra, to poproszę polecajkr z fabuła lepsza wg Ciebie, bo Sanderson ma najlepszą fabułę fantasy jaka do tej pory czytałem chyba, więc jeśli dla Ciebie przeciętna to na pewno polecisz coś co rozwali mój mózg.

      Jest też możliwe że Ci nie podeszła i przeczytałeś 40 stron i przyszedłeś z tu oceniać gościa którego książki i serie biją na łeb Martina, ale ciężko Ci się z tym pogodzić, stąd taki krytyczny komentarz.

      No nie wiem 🙂

      Ja czekam na tom posty Archiwum. Brandon sprawia, że Martin i jego zapowiedzi wyglądają jak zabawy przedszkolaka. Na jego stronie jest nawet bar progresji poszczególnych prac nad książkami, a na Wiki można znaleźć plany wydawnicze na 20 lat naprzód. Obserwuję go od paru lat i jak narazie wszystko dowozi. No równo rok temu Stormlight 5 dopiero zaczynał, a teraz już kończy.

      Z Mgły Zrodzonego nie czytałem, ale zamierzam. Sam autor do Mistborna ma zamiar wrócić po ukończeniu pierwszego ceyklu Archiwum. Bo Archiwum będą dwa pieciotomowe cykle, wiec cała historię poznamy pewnie dopiero za paręnascie lat. W ogóle cosmere to chyba największy literacki projekt fantasy o jakim słyszałem.

      Reply
      • 31 stycznia 2024 at 10:22
        Permalink

        Parshendi przeskakiwali.
        Jestem dopiero na początku, ale czuje już jakąś ekscytację, że mogę poznać w końcu fajnego autora fantasy, które warto czytać i który nie oszuka mnie po drodze. A jego spuścizną nie będzie najbardziej żałosne zakończenie serialu w historii. Serio, im więcej czasu mija tym większy śmiech i jednocześnie obrzydzenie mnie ogarnia gdy pomyśle co tym co się działo w serialu od 6 sezonu.

        Ogólnie to jednak rozmawiamy o gustach. Są ludzie, którym się Tolkien nie podoba* 😛 Mój ojciec zawsze mawiał “rzecz gustu, tak rzekł pies liżąc sobie przyrodzenie” 🙂

        *To w ogóle zabawne, bo coraz więcej ludzi w ogóle odmawia czytania pomimo tego że bardzo chcą (bo uwielbiają filmy). Twierdzą, że za ciężkie, za dużo opisów i nie mogą się skupić. Tik tok i socjal media zeżarły większości ludziom mózgi tak, że nie mogą się skupić należycie na książce. A sam przyznam, że jak czytałem mniej książek to też musiałem się mocno skupiać.
        A taki Sanderson nie jest wcale taki łatwy do czytania. Przynajmniej pierwsza część Archiwum. Tylko później “pay off” jest bardzo satysfakcjonujący 🙂

        Reply
        • 31 stycznia 2024 at 14:45
          Permalink

          Dokładnie. Rzecz gustu. Kiedyś usiłowałem przeczytać Le Guin, ale po kilku intensywnych próbach dałem sobie siana. Rzeczy zupełnie nie w moim guście. Swego czasu fani strasznie zachwalali Kroniki Amberu. Udało mi się przebić bodajże przez dwa rozdziały i zaniosłem książkę do antykwariatu. Zieeew. 🙂 Co do Tolkiena to lubiłem czytać jego opowiadania. Świetnie się czytały. Ale już Władcy nigdy nie przeczytałem całego. Ma świetnie opisane niektóre momenty (zwłaszcza momenty akcji), ale też i straszne dłużyzny. A nie uważam się za człowieka wykluczonego literacko, którego można zbyć etykietką “pustak”. Iliadę przeczytałem w wieku 12 lat. Sam też publikowałem opowiadania. I to nie w jakimś fanowskim zinie, ale w najbardziej zasłużonym piśmie na polskim rynku. Martin akurat mi podszedł (choć jego wcześniejsze prace, np. słynne Piaseczniki, już nie bardzo), więc cokolwiek by nie mówić o nim samym, stawiam go pod względem pisarskim wysoko. Tego Sandersona jeszcze nie czytałem. Jednak z tego, co tu słyszę, to raczej by mi się nie spodobał. Ale nie upieram się przy tym. Może się mylę. Widzę, że większość kolegów tutaj to zdecydowani entuzjaści, ale ja w takiej sytuacji zwykle lubię poczekać. Jak znajdzie się wytwórnia, która wyłoży 100 milionów własnych pieniędzy na film albo serial to będzie dla mnie impuls. Znacząca wskazówka, że być może warto zainwestować swój cenny czas. 🙂

          Reply
          • 31 stycznia 2024 at 15:09
            Permalink

            W 2017 roku DMG Entertainment wykupiło prawa do ekranizacji książek Sandersona. “Z mgły zrodzony” miał już ponoć mieć scenarzystę i wytypowanego reżysera, ale potem zapadła cisza. Szkoda, że jest taka mała wiara w produkcje, przy których mógłby pracować autor książki, a zamiast tego dostajemy produkcje za setki milionów dolarów od ludzi, którzy nie za bardzo czują gatunek i uważają, że wiedza lepiej.

            Reply
            • 31 stycznia 2024 at 19:43
              Permalink

              Z tego co się orientuje to aktualnie nie ma szans na ekranizacje. Zresztą, film to zły pomysł przy złożoności historii, chociaż tutaj mówię w kontekście Stormlight, bo Mistborna nie czytałem. Ale trochę się spodziewam, bo Sanderson wszystko osadza w uniwersum i to jest jakiś pomysł dla Marvela 😉
              Serial lub seria filmów długometrażowych w stylu mcu mogłaby to pociągnąć. Ale myślę że jeszcze trochę poczekamy, to był zakup praw na zasadzie inwestycji. Sanderson dopiero stanie się klasykiem.

              Reply
              • 31 stycznia 2024 at 20:03
                Permalink

                Archiwum nie ma szans na ekranizację w najbliższych wielu wielu latach, ale Z mgły zrodzony to mógłby być wielki przebój i nie byłby tak super ciężki do zrobienia.

                Reply
          • 31 stycznia 2024 at 19:52
            Permalink

            Oczywiście że rzecz gustu. I oczywiście że Le Guin jest przeintelektualizowana, jak wielu autorów. Niektórym to podchodzi, innym nie.

            Sanderson jest stosunkowo przeciętny pisarski i językowo nienajlepiej przetłumaczony na polski. Tzn nie zrozum mnie źle, ogólnie jest to nieźle, momentami dobre, ale powyżej pewnego poziomu nie wchodzi. Ja zresztą tego nie oczekuje od fantasy. Ale Sanderson jednocześnie ma świetny storytelling, jest błyskotliwy w przyspieszonych tempach narracji, ma świetne – a do pewnego momentu wręcz genialne – zwroty akcji i do tego jest coś jeszcze. Wszystko sprawia wrażenie kompletnie i calkowici przemyślanej całości której kompletnie nie da się ogarnąć na pierwszy rzut oka. Worldbuilding na najwyższym możliwym poziomie, zdaje sobie sprawę że pewnie jakiś autor albo i wielu go w tym przebija, ale ja żadnego nie znam. Foreshadowing jest tu od pierwszej strony i naprawde pasjonująco się to wszystko śledzi, analizuje, a potem sprawdza 🙂
            Dla mnie to jest największe odkrycie pisarskie od dekad i tyle. Myślę, że wiele lat jeszcze będzie budował swoją legendę i stanie si j danym z najwazniejszych pisarzy fantasy w historii.
            Martin nawiasem mówiąc językowo też nie był wybitny, eufemistycznie rzecz ujmując. Ot rzemieślnik. I momentami również przeintelektualizowany 😉

            Reply
            • 31 stycznia 2024 at 20:12
              Permalink

              Polecić coś lepszego ? Szczerze nie mogę bo nie licząc Martina nie pasjonuję się fantasy. Ale u Sandersona jak mówiłem jest wiele bez sensów choćby taktowanie tych noszących mosty. Dopóki Kaladin nie wpadł na pomysł osłony mostem, traktowani byli jak rosyjscy rekruci na Ukrainie. Straty ponad 50 %. Ja tam żadnych zwrotów akcji nie zauważyłem, a jeżeli już to głupie choćby z Jasnah, albo pochodzenie Parshendih. Tylko uratowanie armii Dalinara i walka jego syna na arenie były fajne. Reszta jakaś ta kompletnie nijaka. A i lubiłem tą dziewczynkę co się ,,ślizgała” miała fajne teksty.

              Reply
              • 31 stycznia 2024 at 20:17
                Permalink

                Czyli ogólnie z całego fantasy podpasowało ci akurat to gdzie elementów fantasy jest jak na lekarstwo?

                Reply
                • 1 lutego 2024 at 19:03
                  Permalink

                  Właśnie nadmiar magii przeszkadza w fantasy. Bo jeżeli jeden mag jest w stanie pokonać całą armię to po co są zwykli żołnierze ? U Tolkiena nie było to przesadzone (we Władcy). Gandalf nie mógł sam pokonać nie wiem 1000 orków, a magia tych złych to bardziej strach który można było przełamać. Chociaż tu pojawia się problem smoków które mając inteligencję powinny być najpotężniejsze w Śródziemiu a nie są, co jest trochę bez sensu. Dlatego u Martina wkurza mnie cień Stannisa, bo może zabić każdego.

                • 1 lutego 2024 at 22:32
                  Permalink

                  “Bo jeżeli jeden mag jest w stanie pokonać całą armię to po co są zwykli żołnierze?”

                  Żeby nosić mosty? 😛

              • 1 lutego 2024 at 08:52
                Permalink

                Przecież mosty zostały doskonale wyjaśnione.

                Reply
                • 1 lutego 2024 at 19:04
                  Permalink

                  Pomijając że jest to głupie wyjaśnienie.

                • 1 lutego 2024 at 20:19
                  Permalink

                  Pozostaje mi się tylko bardzo nie zgodzić.

                  Zdanie “mostowi mają nie przeżywać” utknęło mi bardzo w pamięci, a wyjaśnienie jest po prostu top. Ani Sadeasa, ani Putina ani innego Stalina nie obchodziło ile było strat. Wręcz odwrotnie, jeżeli podstawowe cele są osiągane. Trzeba spróbować popatrzeć na to nie tylko przez swój pryzmat. Zresztą, jak już dygresję o Rosji robimy, to to jest największy błąd Europy. Oceniają wszystko przez swój pryzmat.
                  Kiedyś nauczyciel historii mi opowiedział, jak jakiś jego krewny szedł z Armią Czerwoną i stacjonowali przy jeziorze. Jeden z żołnierzy ruskich się upił i zaczął topić. Polak na to woła do oficera, że trzeba go ratować. Tamten na to “spokojnie! Nas jest mnogo!”
                  Zresztą, wystarczy obejrzeć Hollywoodzki film o Stalingradzie by zrozumieć, że nasze myślenie nie ma tam przełożenia.
                  Mięso armatnie nie ma przeżywać, a mniej warte od życia żołnierza jest życie niewolnika, których “było mnogo”.

                • 1 lutego 2024 at 21:02
                  Permalink

                  Dziwię się, że akurat tutaj jest dla ciebie coś niezrozumiałego, zwłaszcza, że sam podałeś przykład rosyjskich rekrutów na Ukrainie. Skoro takie rzeczy zdarzają się w realnym świecie, to tym bardziej ukłon w stronę autora, że potrafił to zaimplementować w swojej powieści. Iluvator kapitalnie to podsumował.

                • 1 lutego 2024 at 22:53
                  Permalink

                  Przykład ZSRR i II WŚ jest raczej mało adekwatny. Przez długi czas jedynym co Stalin mógł przeciwstawić Niemcom było właśnie zalanie ich masą ludzi. To nie była żadna taktyka, ale rozpaczliwe łatanie pękniętej tamy. Rzuca się wtedy w wyłom wszystko czym tylko można zatamować napierającą wodę. W normalnych warunkach to żadnej armii na świecie nie opłaca się bezmyślnie tracić wyszkolonych żołnierzy, bo na ich miejsce trzeba wyszkolić następnych. Czyli nazywając rzeczy po imieniu – żywić ich darmo przez dłuższy czas, nie mogąc wykorzystać. 🙂 Na początku wojny na Ukrainie Ruscy mieli elitarne, dobrze wyszkolone oddziały, ale szybko się wytraciły i trzeba je było zastąpić tymi wszystkimi więźniami, wagnerowcami i łapankami z mniejszości narodowych. Zresztą przy podobnym poziomie technicznym atakujący zawsze traci kilkukrotnie więcej ludzi.

                • 1 lutego 2024 at 23:02
                  Permalink

                  Tak tylko Stalin był władcą a Sadeas miał nad sobą króla który nie był psychopatą i był Delinar który był honorowy i też było mu wszystko jedno ?

                • 1 lutego 2024 at 23:12
                  Permalink

                  W przypadku tych ludzi o których mówimy z książki to nie ma mowy o wyszkoleniu czy elicie.

                • 1 lutego 2024 at 23:14
                  Permalink

                  Ten Sadeas przekonał króla, że jego taktyka mostowych jest najlepsza.

                • 1 lutego 2024 at 23:34
                  Permalink

                  Trzeba pamiętac o jeszcze jednej ważnej rzeczy. Po co właściwie były wyprawy z mostowymi. Książęta zarabiali na nich fortunę, bo przecież chodziło o jak najszybsze dotarcie do skarbu także przed innymi książętami. Można było to robić w bardziej humanitarny sposób tak jak to robił Dalinar, no tylko, że nie przynosiło to efektów bo ci, książęta, którzy mieli mięso armatnie zawsze docierali do skarbu przed nim.

                • 1 lutego 2024 at 23:46
                  Permalink

                  Słusznie zauważono że to nieopłacalne kompletnie. Opierać taktykę na takim czymś może tylko ktoś kompletnie oderwany od rzeczywistości. Zresztą zdrada Dalinara też była głupia (choć fajnie się czytało). Sadeas nie poniósł za to żadnych konsekwencji choć Dalinar przeżył i byli świadkowie że skłamał (w kwestii możliwości udzielenia pomocy i że Dalinar zginął). Tu mi się trochę caus Littlefingera i Tyriona przypomina.

                • 2 lutego 2024 at 11:16
                  Permalink

                  Znów. Z twojej perspektywy głupie i nieopłacalne. Sam Kaladin pół książki nie mógł tego ogarnąć, ale zostało to świetnie wyjaśnione. Myślę że to po prostu że co innego z jakąś taktyką się nie zgadzać, a co innego zrozumieć że dla danych ludzi ma sens, bo nie myślą jak my.
                  Jak Kaladin zmodyfikował taktykę by pasowała pod idee oszczędzania wyszkolonych żołnierzy, to przecież Sadeas nie protestował.

                  Akurat te kwestie były doskonale wyjaśnione. Jest szereg innych nad którymi można dyskutować.
                  Również kwestia zdrady jest wyjaśniona. Prawo ich kraju technicznie rzecz biorąc takiego manewru nie zabraniało.

            • 31 stycznia 2024 at 23:03
              Permalink

              Wiem, że od czasu sukcesu Martina wszyscy podniecają się foreshadowingiem, ale dla mnie naprawdę nie jest to niezbędny element dobrze czytającej się powieści. Ot, moda, która nie wiadomo jak długo potrwa. U Martina jest tego mnóstwo, u Howarda (i Sapkowskiego zresztą też) nie było wcale, a jedno i drugie czyta mi się znakomicie. 🙂
              Od tegoż Sandersona odstręcza mnie to, co wy akurat chwalicie – system magii. Rozumiesz? SYSTEM. Nie lubię, kiedy magia w fantasy jest czymś usystematyzowanym. Gałęzią wiedzy, której można uczyć się w szkole. Dlatego nigdy nawet nie tknąłem Harrego Pottera, a u Sapkowskiego przeszkadza mi to cholernie i odbiera połowę przyjemności z lektury. Magia musi być czymś dzikim, nieokiełznanym, tajemniczym. Czymś czego działanie znamy jedynie powierzchownie, a źródeł w ogóle. Bardziej widzę tu szamana przywołującego demony w zakopconym szałasie, niż faceta w okularach na nosie siedzącego w laboratorium. 🙂 Tak było u Howarda, podobnie jest u Martina. Nie powinno też być jej za dużo i nie powinna być za wszechmocna (jak u Sapkowskiego i Rawling). Więcej z tego powodu wynika niedorzeczności niż pomaga w fabule.

              Reply
              • DaeL
                31 stycznia 2024 at 23:25
                Permalink

                Harry Potter to trochę kiepski przykład na hard magic, bo z jednej strony tam jest wszystko faktycznie wyjaśnione jak trochę przyziemne (albo raczej – magiczne w taki sposób, w jaki dziecko pojmowałoby magię), tylko że kiepsko się to trzyma kupy, nigdy nie rozumiesz granic magii, odwalane są takie cyrki jak z tym cofaniem czasu, itd…. Jeśli to miało być hard magic, no to źle skonstruowane.
                Natomiast u Sapka istotnie mamy dobrze opisany system hard magic, z regułami, które można pojąć, to dyscyplina wiedzy, a zarazem zdolność, niczym szermierka. Mnie to nie przeszkadza, powiem więcej, nawet podoba mi się fakt, że jak ustalisz pewne granice możliwości, to możesz wykorzystać to do budowania napięcia, bo czytelnik rozumie, dlaczego pewne rzeczy są niezwykle trudne do osiągnięcia. I już wie, że Geralt w walce z potężnym czarodziejem ma raczej kiepskie szanse, chyba że użyje podstępu. Do tego jeśli te reguły są naprawdę ciekawe i oryginalne, to można mieć masę frajdy z ich powolnego odkrywania. Więc ja nie mam żadnych preferencji w jedną czy drugą stronę.
                A nawet powiedziałbym, że najbardziej podobają mi się światy w których “magia” częściowo wpada w kategorię soft, a częściowo hard magic. Np. tak jest w Diunie. Kumamy jakie zdolności mają siostry Bene Gesserit, Tańcerze Oblicza, itd… Ale Paul, a potem Leto II (i do pewnego momentu Alia) wchodzą w tę strefę, która się wymyka normalnemu rozumieniu, bo ich widzenie przyszłości daje im quasi-boskie moce.
                No, ale rozumiem, że czyste soft magic, jak u Howarda, Tolkiena czy Martina też ma entuzjastów.

                Reply
                • 31 stycznia 2024 at 23:38
                  Permalink

                  Jest taka seria: Malazańska Księga Poległych gdzie magia jest niby skatalogowana i umieszczona w pewnych ramach a jednocześnie jest totalnie popaprana i w ogóle nie wiadomo o co w niej chodzi, konia z rzędem temu kto się w tym połapie.

                • 1 lutego 2024 at 00:13
                  Permalink

                  Nie no, spoko, nie mówię tego, żeby dyskredytować tych pisarzy, którzy akurat tak widzą te sprawy. Mnie to zupełnie nie leży, ale rozumiem, że taka magia też może mieć swoich zwolenników. Dla każdego to, co lubi. 🙂

  • 31 stycznia 2024 at 09:41
    Permalink

    Ja sam zacząłem swoją przygodę z Sandersonem od “drugiej ery” Mistborn, czyli świata fantasy na Dzikim Zachodzie – drugi mocny punkt tej serii po allomancji jako systemie magicznym.
    Ale podobnie jak pierwsze era fajnie się zaczyna dobrze trwa, ale kolejne tomy są po prostu słabsze.

    World-building Sandersona, czyli Cosmere przecina się między opowieściami i seriami opowieści.
    Szukanie postaci (trzecioplanowych) z jednej serii w innej (również jako trzecioplanowe) daje niezłą frajdę. Od choćby Trefniś w ABŚ, który wystąpił również w obu erach Mistborn… Czy już wiecie o kim mowa (w Mistborn) Szanowni Recenzenci? 🙂

    Podsumowując: warte uwagi, godne polecenia, ale raczej tak na raz (góra dwa) do przeczytania.
    Raczej do tego nie wrócę… Chyba, że szukając kolejnych odniesień między książkami 🙂

    Reply
    • 31 stycznia 2024 at 10:46
      Permalink

      Tak jak pierwszy tom uwielbiam i przeczytałem naprawdę wiele razy, tak drugi i trzeci w ogóle mi nie podeszły. Nie ma komu ciągnąć tego wózka.
      W pierwszej erze rola Trefnisia aka H… jest bardzo marginalna i jest tylko malutkim smaczkiem.
      Np: w Rozjemcy jest pełno odniesień do cosmare i czasami jest to przytłaczające. Tak naprawdę to pewnie dopiero za jakieś10-15 lat będzie wiadomo w jakiej kolejności powinno się czytać książki Sandersona i cosmare to będzie jeden wielki cykl.

      Reply
      • 31 stycznia 2024 at 12:40
        Permalink

        To czwartego nie polecam. Dość świeżo po lekturze. Najsłabszy z drugiej ery według mnie.

        Choć muszę się też przyznać, że z niecierpliwością czekam na erę trzecią, czyli Allomancja w latach ’80/ ’90 wedle zapowiedzi Autora…

        No i tak jak piszesz @kuba – jak powstanie całość bądź większość (tudzież jeśli powstanie) to wtedy będzie się to na prawdę fajnie czytać 😉

        Reply

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

 pozostało znaków