Sprzętowa niedziela: Chińska Mini-retro-konsola

Człowiekowi wieczorem czasami przychodzą do głowy głupie pomysły, zwłaszcza kiedy siedzi przy komputerze. Od takich nieszkodliwych w rodzaju oglądania w Internecie śmiesznych zdjęć z kotami, aż po planowanie zamachów terrorystycznych. Można też zapuścić się na szerokie wody e-handlu i kupić sobie coś kompletnie bezsensownego i głupkowatego. W taki właśnie sposób, w środku ogólnoświatowej pandemii kupiłem sobie u przyjaciół z drugiego końca Jedwabnego szlaku minikonsolkę z 400 klasycznymi grami z konsoli NES. Jak do tego doszło? Nie wiem.

Cud dalekowschodniej techniki w pełnej krasie.

Na przesyłkę czekałem tak długo, że kiedy w końcu przyszła, poczułem się, jakbym dostał prezent od obcej osoby. Rozszarpawszy papiery i folie, w które mój nowy chiński przyjaciel zapakował urządzonko, dostałem w swoje lepkie ręce moją pierwszą minikonsolę w życiu. GameBoy był zawsze w strefie ponad marzeniami dzieciństwa, nawet tetrisa nie miałem, jedynie radzieckiej produkcji gierkę w łapanie jajek do koszyka. Mini Retro kształtem bardzo przypomina pierwszego GameBoya. Jest od niego trochę mniejsza (80x120mm), ale za to dysponuje większym, trzycalowym i do tego kolorowym wyświetlaczem (nie mogę znaleźć informacji o jego rozdzielczości). Obudowa urządzenia wykonana jest z twardego plastiku i sprawia w miarę solidne wrażenie. Jest szansa, że nie rozsypie się w rękach przy pierwszej rozgrywce. Zgodnie z duchem czasu zasilanie zapewnia akumulator litowo-jonowy o pojemności 1000 mAh, co ciekawe wymienialny i wyglądający jak akumulator z telefonu komórkowego. Mój nowiuśki “chińczyk” posiada też więcej guzików od swojego protoplasty. Oprócz krzyżaka, przycisków “start” i “select” mamy jeszcze “reset” i aż cztery guziki funkcyjne oznaczone jako “A”, “B”, “X” i “Y”. Do tego na bocznej ściance oldskulowe pokrętełko regulacji głośności, a na górze włącznik, wyjście mini USB do ładowania lub podłączenia pada i… wyjście AV, dzięki czemu można to ustrojstwo podpiąć do telewizora. Kilka przejściówek, parę supełków z przewodów i możemy cieszyć się NESem na wielkim ekranie. Moja wewnętrzna cebula nie pozwoliła mi też wydać dodatkowych kilkunastu złotych, więc kupiłem wersję bez pada, przez co gra na telewizorze jest niezbyt komfortowa, ale potwierdzam, że się da i efekt jest nadspodziewanie dobry.

Po uruchomieniu konsolki wita nas ekran wyboru języka (angielski lub chiński), a dalej lista 400 tytułów do wyboru. Trzeba przy tym zaznaczyć, że część z nich się powtarza, a inne występują w jakichś podejrzanych wersjach, zgodnie z duchem bazarowego piractwa lat minionych i słynnych kartridży 1000in1. Pomimo tego lista dostępnych tytułów jest całkiem imponująca i obiecująca. Mamy Donkey Kong, Contrę, “Czołgi” (Tank 1990), Double Dragon, Bomber Mana, Galagę, Ice Climber, Mortal Kombat, Pacmana i całą masę innych staroci. Kilku z nich nie udało się uruchomić, Mario niestety ma przyspieszony upływ czasu, jednak większość działa jak trzeba.

Jest i Mario. Niestety akurat ta gra jest zabugowana.

Komfort i ergonomia urządzenia są dyskusyjne. Ekran jest kolorowy, ale przy tak małym rozmiarze gry z NESa są umiarkowanie czytelne, ale wystarczająco, żeby się nie męczyć. Trochę gorzej ze sterowaniem, bo przyciski są mało precyzyjne i dość “miękkie”. Sporo gier wymaga małpiej zręczności i bardzo szybkich reakcji, a o to dość trudno, ale całkiem możliwe, że jestem po prostu mało zręczny. Granie na padzie nigdy nie było moją mocną stroną. Fakt zastosowania dodatkowych dwóch przycisków jest dla mnie zupełnie niezrozumiały. Nie ma gier, które potrzebowałyby więcej niż dwóch. Pomimo tych ewidentnych wad, jako gadżet w cenie dwóch piw nad polskim morzem, konsolka sprawdza się całkiem nieźle. Gry są trudne, czasami boleśnie wręcz, ale chwila treningu i można dojść do wprawy. Nie próbujcie jednak testować tego urządzenia na młodszym rodzeństwie, albo nie daj Boże na dzieciach, bo mogą odesłać was do szpitala psychiatrycznego. Żadna warstwa nostalgii nie jest w stanie zakamuflować prostoty i toporności większości tytułów, a co mniej cierpliwi nie dadzą rady przejść jakiejkolwiek planszy w dowolnej grze, takie to wszystko trudne.

Czy warto w takim razie kupić sobie retro mini konsolę rodem z Chińskiej Republiki Ludowej? Za około 10 euro tak, przy czym trzeba dokładnie wiedzieć, na co się człowiek decyduje. Jeśli oczekujecie magicznego powrotu do przeszłości w super jakości, podbitej rozdzielczości, dostosowanej do współczesnych standardów rozgrywki i w ogóle wysokiej jakości produktu, to nie ten adres. Tu się nawet nie da zapisać postępu, więc wszystko działa tylko do pierwszego resetu. Jeśli jednak oczekujecie gadżetu do pogrania w świątyni dumania, albo do tracenia czasu inaczej niż oglądając głupie filmy na Netflixie i nie przeszkadza wam toporność, a w dodatku pamiętacie granie na “Pegasusach” i kartridże z miejskiego (lub wiejskiego) targowiska, raczej nie będziecie zawiedzeni. Stare tytuły mają swój urok, a ich liczba gwarantuje dużo dobrej zabawy. Tylko powściągnijcie wewnętrzną cebulę i szarpnijcie się na wersję z padem, jeśli tylko posiadacie telewizor i chcecie pograć na kanapie przed dużym ekranem. Jeśli zaś chcecie bawić się w retro granie na poważnie, sięgnijcie po Bittboya lub Raspberry Pi z emulatorami, ale to już nieco bardziej skomplikowana i droższa rozrywka.

-->

Jeden komentarz do "Sprzętowa niedziela: Chińska Mini-retro-konsola"

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 pozostało znaków