Saint Seiya: Rycerze Zodiaku (sezon 1)

Krążą legendy, że gdy zło zaczyna ogarniać świat, pojawiają się wojownicy nadziei. Dawno temu istniała drużyna młodzieńców, którzy ochraniali Atenę, boginię wojny. Znani byli z tego, że walczyli bez użycia broni. Przed ich ciosami drżały niebiosa, a ich ataki wprawiały ziemię w drżenie…

Jako zbzikowana fanka aktora dubbingowego, Kazuyukiego Sogabe, niestrudzenie poszukując, gdzie by jeszcze można usłyszeć jego głos, zapuściłam się na niegościnne tereny gatunku filmowego, którego targetem z pewnością nie jestem. Japoński serial Saint Seiya, znany w Europie i obu Amerykach bardziej jako Rycerze Zodiaku, reprezentuje bowiem rysunkowe kino akcji kierowane przede wszystkim do nastoletnich chłopców, a ściślej mówiąc – odmianę anime zwaną nekketsu. Jak wyjaśniły mi obcojęzyczne wikipedie, znaczy to dosłownie ‘gorąca krew’, co potwierdza japoński słownik Jisho, dodając także drugie znaczenie -‘zapał, entuzjazm’. Myślę jednak, że wyraz krew jest w tym przypadku słowem-kluczem. Typowa dla tego gatunku jest duża dawka akcji i przemocy oraz fabuła skupiająca się na grupie przyjaciół, którzy, razem pokonując trudności, dojrzewają i rosną w siłę.

W świetle tego opisu mogę zaręczyć, że stworzony w oparciu o mangę Masami Kurumady Saint Seiya z 1986 roku jest przedstawicielem gatunku par excellence. Jeśli ktoś lubi (od czasu do czasu) (oglądać) bijatyki, tryskającą posokę, łamane kości, rzucanie ludźmi o ściany, widowiskowe uszkodzenia ciała, to i w Seiyi z pewnością znajdzie coś dla siebie. Z tą różnicą, że pokancerowani bohaterowie na skraju śmierci będą wyglądali nadspodziewanie dobrze, a między jednym ciosem a drugim nieraz zdarzy im się dłuższa refleksja czy retrospekcja. Ale uwaga – miłośnicy klasycznego mordobicia mogą być niezadowoleni: nie będzie to zwykła walka na pięści, bo mamy tu do czynienia z fantastyką. Wojownicy po wieloletnich treningach są nadnaturalnie szybcy, silni i wytrzymali, a ich magiczne zbroje i indywidualne wsparcie patronujących im gwiezdnych konstelacji umożliwiają im stosowanie ataków przypominających zaklęcia. Sporo tu też metafizyki: siła rycerza zależy nie tylko od jego treningu czy uzbrojenia, ale także od tego, czy walczy w słusznej sprawie i na ile zdoła rozpalić swoją energię kosmiczną. Mnie takie klimaty nie zrażają, nie lubię, kiedy wszystko można zmierzyć midichlorianami.

Niektórzy narzekają, że jest zbyt cukierkowo.

Przystąpiłam do oglądania nieskażona wspomnieniami, ponieważ nie widziałam serialu w czasach, gdy nadawało go RTL7. Wiedziałam tylko, że coś w Rycerzach Zodiaku musiało być, skoro po pierwszym sezonie powstało kolejnych 230 odcinków, 6 animowanych filmów pełnometrażowych, musicale, serial Netflixa, a Tomek Bagiński reżyseruje ponoć obecnie film aktorski.

Fabuła pierwszych odcinków jest zdecydowanie pretekstowa. Rzecz dzieje się współcześnie z punktu widzenia czasu powstania serii, a więc w latach osiemdziesiątych XX wieku, za to ze starożytnym sztafażem w tle. Tytułowy Seiya staje do walki wieńczącej jego kilkuletnie szkolenie w sanktuarium Ateny w Grecji. Stawką w pojedynku jest zbroja z brązu, której zdobycie pozwoli mu na powrót do ojczystej Japonii i spotkanie z niewidzianą od dawna siostrą, jego jedyną rodziną. Potem okazuje się, że siostra zniknęła i ostatnią nadzieją Seiyi jest występ w Galaktycznych Wojnach, turnieju, który a nuż zaginiona obejrzy w telewizji. Nie pierwszy raz w historii kinematografii krewni stali się uzasadnieniem dla bicia i kopania w najlepsze.

Seiya na egzaminie dyplomowym.

Zanosiło się, że każdy następny z 73 odcinków będzie opowiadał o pojedynku między kolejnymi uczestnikami turnieju, podobnymi Seiyi “rycerzami z brązu”. Pomyślałam, że dotrwanie do momentu, kiedy będę mogła usłyszeć głos – bynajmniej nie głównego – bohatera serii, może wymagać ode mnie wiele samozaparcia. Na szczęście od początku wpadł mi w ucho znakomity soundtrack, z energetyczną hard rockową piosenką z czołówki na czele (“Pegasus Illusion” Hiroakiego Matsuzawy w wykonaniu Nobuo Yamady). Kiedy w odcinku trzecim, kolejnej odsłonie turnieju Galaktycznych Wojen, pojawił się Rycerz Łabędzia, Hyōga, pomyślałam, że serial będzie miał może jednak jakieś jasne strony. A kiedy do walki przystąpił Shiryū, Rycerz Smoka, doszłam do wniosku, że dam radę. Do tego w odcinku piątym okazało się, że fabuła będzie jednak znacznie bogatsza niż się spodziewałam. W dziesiątym złapałam się na tym, że los Seiyi i spółki naprawdę zaczął mnie obchodzić.

Farbowany Targaryen.

Dowiadujemy się zatem, że wszyscy rycerze to sieroty zaadoptowane niegdyś przez potężną fundację, która wysłała ich jako dzieci w różne zakątki świata. Po latach kształcenia w sztukach walki pod okiem swoich mistrzów spotykają się na wspomnianym turnieju. Ten jednak zostaje nagle przerwany przez siły zła. Za tym złem stoi jednak większe, a za nim, cytując klasykę, Bardzo Wielkie Zło. Drużyna Seiyi, mierząc się z kolejnymi, coraz to potężniejszymi, przeciwnikami odprawia przy ich współudziale wciąż ten sam rytuał: “Niewiarygodne! Zablokował mój atak jedną ręką!” “Jeszcze nie rozumiesz, że nie masz żadnych szans? Giń!” “Niemożliwe! On nadal żyje!”. Z jakiegoś powodu kupujemy jednak ten schemat, odgrywany na 1001 sposobów. Może dlatego, że coraz lepiej poznawani bohaterowie stają się nam z każdą chwilą bliżsi.

Dużo w filmie elementów, którymi nastoletni chłopcy (może i ci drzemiący w dorosłych mężczyznach) mogą się emocjonować – parametry określające szybkość ciosów, siłę nacisku  i temu podobne; problem, który z rycerzy jest najlepszy i dlaczego, który ma bardziej wypasioną zbroję i fajniejsze ataki. Klasyczne sceny z przygodowych filmów akcji – osuwające się spod nóg skały, rwące się wiszące mosty, pożary i wrząca lawa. Rzesze wrogów do pokonania, którzy czasem zostawiają po sobie cenne przedmioty. Przechodzenie z jednej lokacji do drugiej z oczekującym u kresu wędrówki głównym bossem. W związku z tym Saint Seiya to także znakomity materiał na adaptację w formie gry komputerowej, czego oczywiście nie przegapiono.

Niech wyjaśni, o co chodzi, kto nie oglądał…

Rycerze Zodiaku są bajką – specyficzną, drastyczną bajką niezalecaną poniżej 13 roku życia. Żeby ją oglądać, potrzebna jest podstawowa kompetencja niezbędna do odbioru fantastyki, tzw. zawieszenie niewiary. Na przykład w to, że można komuś uratować życie wbijając mu palce przez skórę w klatkę piersiową. Albo że japoński turysta bez wahania przygarnie porzucone niemowlę, bo ktoś opowiedział mu niewiarygodną historię. Jeżeli jesteście zdolni przymknąć oko i powiedzieć sobie: “ok, taka jest konwencja”, możecie jak ja czerpać z seansu Saint Seiyi autentyczną przyjemność. No, może pomijając te krwawe obrazy…

Rycerze Zodiaku są bajką, bo podział na dobrych i złych jest z reguły bardzo jasny, nawet na pierwszy rzut oka. Złych odczłowieczają nieruchome maski, pozbawione indywidualizmu uniformy lub (rzadziej) ewidentna brzydota. Nie dotyczy to najwyższej kasty – złotych rycerzy, co do których nigdy nie wiadomo, czy dany przystojniak to człowiek szlachetny, czy skończony sukinsyn budzący żądzę mordu. Zdarzają się postacie niejednoznaczne, o nieoczywistych motywacjach, co dodaje całości uroku.

Dobry czy zły?

Saint Seiya jest bajką pomyślaną dla chłopców. Gdzie prawdziwa męska przyjaźń w kompanii braci, tam dziewczyny będą tylko przeszkadzać. Rolą tych paru, które można policzyć na palcach jednej ręki, jest przyglądać się toczonym przez rycerzy pojedynkom, opiekować się rannymi i akcentować ich męstwo poprzez daremne próby powstrzymywania ich od walki. Mogą też się za nich modlić, po cichu ich uwielbiać i wiernie czekać. Albo wykąpać się w rzece bez ubrania. I emanować łagodną energią kosmiczną. Ale gwoli uczciwości trzeba przyznać, że to tylko jedna strona medalu. Dokładnie tyle samo jest  w serialu kobiet-wojowniczek, które potrafią kopać bez pardonu. Niemniej wśród złotych rycerzy nie znajdziemy (szklany sufit!) ani jednej. Żadna z nich nie wchodzi też w skład kompanii Seiyi. I tak sobie niepoprawnie politycznie myślę, że bardzo dobrze.

Wojująca feministka.

I wreszcie – Saint Seiya to bajka, bo właśnie bajki są po to, żeby uczyć, co to honor, męstwo, prawdziwa przyjaźń. I żeby się nigdy nie poddawać, a najgorszy czyn można odkupić przez poświęcenie. Brzmi banalnie? Bajkom nie stawia się takich zarzutów!

Nie oglądajcie Rycerzy Zodiaku z lektorem. Nie mam nic przeciwko tej formie samej w sobie, ale istnieje pewien rodzaj koszmarnego lektorstwa zdolnego zepsuć najlepszy film. Mam wrażenie, że między innymi dlatego anime w Polsce wielu osobom kojarzy się źle. Telewizja publiczna zdaje się nie akceptować, że niektóre filmy rysunkowe mogą nie nadawać się dla dzieci od niemowlęctwa, więc ich nie nadaje, a stacje komercyjne wybierają najtańszy sposób na ich spolszczenie. Ja oglądałam serial z napisami w bardzo porządnym fanowskim tłumaczeniu Lorda Gold Crane’a (które pozwoliłam sobie zacytować niemal dokładnie na wstępie). Nie rozumiem tylko, dlaczego główny antagonista nazywany jest tam Arlesem, gdy zarówno napisy końcowe (prawda, że w katakanie), jak i podstawowa wiedza mitologiczna podpowiadają, że to z Aresem ze względu na inną koncepcję wojny Atena nigdy się nie lubiła. Może to wpływ wersji francuskiej nadawanej niegdyś u nas – nie oglądajcie jej. Nie wydaje się wprawdzie, żeby francuscy aktorzy głosowi jakoś szczególnie zawalili sprawę, ale myślę, że szkoda przegapić Saint Seyię w oryginale, bo wzięła w nim udział cała plejada gwiazd japońskiego dubbingu z lat 80-tych. A do tego – kiedy usłyszałam piosenkę ze zmienionej przez Francuzów czołówki, osłabłam. Toż to jakieś totalne nieporozumienie. Gdybym chciała kogoś zniechęcić do Seiyi, zaaplikowałabym mu właśnie to. Natomiast jedynie słuszną czołówkę możecie obejrzeć tutaj:

 

Dwa zdania o tytule, którego SithFrog na pewno by nie przegapił. Seiya to imię, ale Saint? Nie ma wątpliwości, że po angielsku i francusku oznacza to po prostu świętego. Jednak, jak można się spodziewać, serial niewiele ma wspólnego z hagiografią. Oryginalne seinto zapisane trzema znakami kanji znaczy: 聖 – ‘święty/czysty’ 闘士 – ‘wojownik/czempion/bokser’. W zachodnich warunkach to nikt inny, tylko prototypowy rycerz, tyle, że walczący gołymi rękami. Nie jest więc prawdą, że zadziałała tu cenzura, bo św. Seiya byłby dla Europy i Ameryki nie do przełknięcia. Ponieważ wszystko bierze początek w starożytnej Grecji, można się kłócić, czy słowo heros nie byłoby lepsze niż rycerz, ale to już akademicka dyskusja.

Osób wychowanych na współczesnych animacjach obraz nie powali jakością. Ale warto pamiętać, że filmy robiło się wtedy inaczej, że to hand made bez komputerowych wspomagaczy. Nie jest to też wybitny film skłaniający do refleksji i poruszający pogłębioną psychologią postaci. Ale we wszystkich opiniach, z którymi się zetknęłam, powtarza się obok tych zarzutów pewna obserwacja: to porcja dobrej rozrywki, od której trudno się oderwać. Daję Seintom siódemkę, ale zaniedbanie wszystkich obowiązków zawodowych i domowych na rzecz oglądania serialu to chyba dowód, że tak naprawdę wywalczyli u mnie więcej.

-->

Kilka komentarzy do "Saint Seiya: Rycerze Zodiaku (sezon 1)"

  • 10 czerwca 2020 at 12:19
    Permalink

    To całe nekketsu brzmi jak ten sam gatunek, co seria Dragon Ball. Co ciekawe, też leciała na rrl7 i to chyba nawet bezpośrednio obok Rycerzy. Serial był niezły, ale jakiejś wielkiej zajawki na jego temat nie pamiętam. Faktycznie zrobił międzynarodowa karierę. Da się to gdzieś obecnie legalnie obejrzeć?

    Reply
    • 10 czerwca 2020 at 12:49
      Permalink

      Tak, “Dragon Ball” to też klasyka tego samego gatunku. “Rycerzy…” można obejrzeć na cda.pl w wersji RTL7 i w oryginale. Istnieje też strona non-profit, gdzie dobrzy ludzie dobrowolnie publikują polskie napisy do anime we własnym tłumaczeniu (animesub.info). Kombinacja tych dwóch źródeł pozwoliła mi się cieszyć “Seiyą”. Nie dziwię się, że francuska wersja nie zrobiła u nas furory, ja odpadam już po czołówce.

      Reply
  • 10 czerwca 2020 at 13:14
    Permalink

    Jako dzieciak z wypiekami na twarzy oglądałam niemal wszystko co leciało na RTL7 w tamtych latach. Najlepiej pamiętam Dragon Balla i Sailor Moon, ale i Rycerze Zodiaku pozostali w pamięci. Kompletnie nie pamiętałam, że to była krwawa bajka. Utkwiły mi w pamięci głównie długaśne fioletowe włosy Ateny i ten koleś od smoka. 😀

    Reply
    • 10 czerwca 2020 at 13:24
      Permalink

      Wersje zachodnie, w tym francuska, którą u nas wyświetlano, zostały ocenzurowane. Brutalności i krwi jest w nich dużo mniej. W internecie można znaleźć zestawienia kadrów z obu wersji.
      Nie dałam żadnego kadru z Ateną! To niewybaczalne! Chociaż to może byłby spoiler… Ciekawe, czy też pamiętałabym z dzieciństwa “tego kolesia od smoka”…

      Reply
    • 10 czerwca 2020 at 16:05
      Permalink

      Miałem podobnie. Ale pamiętam też “Slayers” i motyw bodaj miecza światła 🙂

      Reply
  • 10 czerwca 2020 at 13:30
    Permalink

    Jeszcze tylko recenzja Króla Szamanów i mogę umierać.

    Na cda są wszystkie 64 odcinki, wraz z genialnym polskim dubbingiem. Obejrzałem wszytko w trzy dni i nie żałuję ani sekundy. Żałuję tylko że nie ma więcej odcinków.

    Reply
    • 10 czerwca 2020 at 22:25
      Permalink

      Cieszę się, że odpowiedziałam na zapotrzebowanie☺ Jeśli pewnego dnia będę planować ponowne zawalenie wszystkiego w pracy, postaram się pamiętać o “Królu szamanów”☺

      Reply
  • 10 czerwca 2020 at 23:39
    Permalink

    Kiedy Czytamy Nawałnicę Mieczy #13 ?

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 pozostało znaków