FilmyKlasyka KinaKsiążki

Kierunek – srebrny glob! Księżycowe odloty Żuławskich

W chwili gdy piszę te słowa, trwają ostatnie przygotowania do startu misji Artemis II. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to NASA uda się powtórzyć własne osiągnięcia sprzed kilkudziesięciu lat. Z tej okazji chciałbym cofnąć się jeszcze dalej w przeszłość, do momentu, gdy 123 lata temu położono kamień węgielny pod gmach polskiej fantastyki naukowej. To wtedy właśnie, w Towarzystwie Wydawniczym S. Sadowski we Lwowie, ukazała się powieść krakowskiego pisarza i poety Jerzego Żuławskiego, zatytułowana „Na srebrnym globie. Rękopis z Księżyca”. Choć uznana przez krytykę za wybitną, to dzisiaj funkcjonująca raczej w gatunkowej niszy. 85 lat później miała miejsce premiera filmu nakręconego na podstawie powieści oraz na podstawie jej późniejszej o kilka lat kontynuacji („Zwycięzca”, 1910). Doczekał się on własnej legendy, na którą złożyły się liczne kontrowersje i przeszkody towarzyszące jego realizacji oraz jej ostateczne przerwanie i dokończenie po upływie dekady.

Kluczowa w tym wszystkim była osoba samego reżysera – Andrzeja Żuławskiego. Stryjeczny wnuk autora „Na srebrnym globie” był twórcą wyrazistym i skandalizującym, zdecydowanie niedopasowanym do PRL-owskiej rzeczywistości, co mu kilkukrotnie boleśnie uświadamiano. To, co ostatecznie zaprezentował widzom w 1988 roku, okazało się dziełem niepełnym i z różnych powodów trudnym w odbiorze, naznaczonym manierą twórcy i wywołującym do dzisiaj dyskusje wśród miłośników polskiego kina i fantastyki. Książki Jerzego Żuławskiego to jedne z moich ulubionych powieści fantastyczno-naukowych. Do filmu Andrzeja Żuławskiego nie mam takiego sentymentu. ale przyznaję, że była to odważna filmowa wizja, która przez swoje losy, w pewien odległy sposób kojarzyć może się z przypadkiem niedoszłej Diuny Jodorowsky’ego. 123 lata to może i niezbyt okrągła rocznica ale lot Artemis II to dostatecznie dobry powód, żeby wspomnieć tę niezwykłą, literacko-filmową księżycową sagę.

Uwaga – pierwsza część tekstu zawiera informacje o treści dwóch pierwszych książek cyklu znanego jako „Księżycowa trylogia”, a więc siłą rzeczy i treści nakręconego na ich podstawie filmu. Jeżeli nie znacie powieści Żuławskiego, a chcecie uniknąć spojlerów, wówczas bezpieczniej będzie przewinąć tekst do części drugiej, poświęconej filmowi, w której nie ma informacji dotyczących fabuły.

Jerzy Żuławski (1874-1915) (Wikimedia Commons)

Uciekliśmy od Ziemi, ale śmierć (…) przebyła wraz z nami te przestrzenie”

„Na srebrnym globie. Rękopis z Księżyca” było powieściowym debiutem Jerzego Żuławskiego. Ten pochodzący ze zubożałej szlachty członek krakowskiej bohemy, poeta, dramaturg i przyszły legionista tworzył wcześniej krótsze formy, wydając m.in. kilka zbiorów poezji i opowiadań. Powieść ma formę pamiętnika, który trafia na Ziemię 50 lat po zaginięciu pierwszej ekspedycji na Księżyc. Pomysł na wyekspediowanie z Ziemi księżycowych podróżników Żuławski miał podobny do Verne’a („Z Ziemi na Księżyc”, 1865) – załogowy pocisk wystrzelony zostaje z olbrzymiego, osadzonego w gruncie działa. Na tym technologiczne podobieństwa w koncepcji obu autorów się nie kończą, za to różnic jest zatrzęsienie w innych aspektach opowieści. „Na srebrnym globie” to literatura najwyższej próby, wymagająca skupienia i zmuszająca do przemyśleń nad ludzką naturą i zaszczepionym w niej złem. Głęboko pesymistyczna powieść powstała w określonym momencie dziejowym, w schyłku jednej epoki i na progu kolejnej, niosącej wielkie zmiany opłacone zniszczeniem dawnego porządku. Niepokój i niewiara w ludzkość wyzierają z każdej jej karty.

Lądowanie na Księżycu przynosi pierwszą tragedię i śmierć jednego z załogantów. Pozostali przy życiu toczą rozpaczliwą walkę o przetrwanie i dotarcie do obszarów biegunowych, gdzie spodziewają się zastać umożliwiającą oddychanie atmosferę. Wystrzelony z Ziemi pocisk przerobiony zostaje na pojazd kołowy, którym podróż kontynuowana jest przy wciąż rosnącej presji związanej z malejącym zapasem zabranego z Ziemi tlenu. Załogę ogarnia coraz większe napięcie, wywołane rywalizacją pozostałych przy życiu mężczyzn o jedyną w załodze kobietę. Powieść Żuławskiego zachwyca opisami monumentalnych księżycowych krajobrazów oraz kolejnych etapów konfrontacji z wrogim środowiskiem, które zapewne wiele zawdzięczają własnym doświadczeniom pisarza jako zapalonego alpinisty i taternika. Jednocześnie „Na srebrnym globie” zaskakuje niezwykle bezpośrednimi opisami żądzy trawiącej bohaterów, zarówno erotycznej jak i żądzy władzy oraz posiadania kontroli nad drugim człowiekiem. Coraz bardziej zdominowane przez prymitywny instynkt wzajemne relacje w załodze symbolizują oderwanie się od ziemskich norm, ukazanie się prawdziwego „ja” w sytuacji ekstremalnej. Współczesnego czytelnika trochę ambarasują, a jednocześnie skłaniają do zastanowienia, jak odnalazłby się w takiej sytuacji człowiek o dzisiejszej mentalności.

Ilustracje Stefana Żechowskiego do „Na srebrnym globie” (Wydawnictwo Literackie, Kraków 1956)

Po dotarciu do bezpiecznych obszarów ziemscy podróżnicy, a w zasadzie już koloniści, zakładają małą ale szybko rozrastającą się społeczność. Dzieci na Księżycu szybciej dojrzewają, starzeją się i umierają. Na dodatek warunki naturalne i chów wsobny powodują karlenie kolejnych pokoleń. Narrator staje się z czasem nauczycielem i opiekunem księżycowych ludzi, próbując przybliżyć im jakieś wyższe idee. Jednak plemię odrzuca jego nauki i odtwarza w swoim tak fascynującym, jak i zarazem żałosnym uniwersum ścieżkę rozwoju cywilizacji. Buduje patriarchalne struktury, sięga po przemoc, a nawet „wynajduje” religię. Jej centralną postacią, ku swemu zasmuceniu, staje się sam narrator, nazywany przez wyznawców „Starym Człowiekiem”, kimś na kształt bóstwa, mądrego i potężnego, które dawno temu przybyło z gwiazd. Jest wielbiony, ale zarazem nikt go nie słucha, a każde jego słowo interpretowane jest groteskowo opacznie. Tuż przed swą śmiercią dowiaduje się o odkryciu przez podopiecznych tajemniczej i groźnej cywilizacji, zamieszkującej odległe księżycowe obszary. Spisany przez siebie pamiętnik zamyka w pocisku i za pomocą działa przywiezionego przed 50 laty na Księżyc, wystrzeliwuje w kierunku Ziemi.

Mapa Księżyca pozostawiona przez Starego Człowieka. Znaczenie czerwonej, przerywanej linii jest w tomie „Zwycięzca” przedmiotem sporów wśród członków Bractwa Prawdy (rys. Jerzy Żuławski, „Na srebrnym globie”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1979)

Jeżeli w „Na srebrnym globie” można było doszukiwać się biblijnych nawiązań, tak wydany 7 lat później tom drugi „Księżycowej trylogii”, zatytułowany „Zwycięzca”, jest już czytelną parafrazą Nowego Testamentu. Akcja przeskakuje o 700 lat do przodu. Księżycowe społeczeństwo znajduje się na etapie rozwoju przypominającym europejskie feudalne średniowiecze, ma swoich bogaczy i niewolników, a także regulującą wszystkie aspekty życia religię. Kluczową rolę odgrywa w niej mit o tytułowym Zwycięzcy. Ma to być Mesjasz, odmłodzony Stary Człowiek, który kiedyś przybędzie z Ziemi, by odkupić grzech sprowadzenia ludzi na Księżyc i wyzwolić ich z niewoli okrutnych, ptasiopodobnych szernów. Bezwolnym i bezwględnym narzędziem kontroli są dla nich morcy, wyglądający jak ludzie, ale urodzeni przez kobiety, które przemocą zapłodnili szernowie. Pewnego dnia staje się – z Ziemi przybywa nowy „bóg”, dwukrotnie większy od księżycowych ludzi, potężny i uzbrojony w tajemniczą broń (czyli pistolet). Tak naprawdę to dość przypadkowy podróżnik, który początkowo nie rozumie sytuacji, w której się znalazł. W końcu, poznawszy realia życia na Księżycu, decyduje się ponieść brzemię i jako Zwycięzca prowadzi ludzi przeciwko szernom.

Przybycie Marka, czyli rzekomego Zwycięzcy momentalnie burzy księżycowy porządek, odbierając sens istnienia religii opartej na wyczekiwaniu na jego przybycie. Jedni kapłani upadają, ale podnosi się nowy kult i nowi przywódcy. Porywczy Zwycięzca ze swoim naiwnym dążeniem do sprawiedliwości społecznej i chęcią zburzenia zastanego porządku, zaczyna przeszkadzać zarówno dawnym, jak i nowym elitom. Gdzieś z boku stoi „racjonalne” Bractwo Prawdy, negujące boskość Zwycięzcy, a nawet jego pochodzenie z Ziemi, ponieważ księżycowa nauka uznaje ją za niemożliwą do zamieszkania. Kształtuje się nowa chaotyczna rzeczywistość, w której ścierają się różne frakcje i dążenia. Zwycięzca staje się niewygodną figurą i w końcu podziela los postaci, która stanowiła jego oczywistą inspirację, także pozostawiając po sobie garstkę uczniów. W tym czasie na Ziemię zmierzają w porwanym statku kosmicznym Marka dwaj członkowie Bractwa Prawdy. Ich pobyt na Ziemi opisuje tom trzeci trylogii zatytułowany „Stara Ziemia”, tylko symbolicznie związany fabularnie z poprzednimi i nie stanowiący podstawy scenariusza filmu, o którym czas wreszcie opowiedzieć.

Andrzej Żuławski (1940-2016) na planie „Na srebrnym globie”. Kadr z filmu „Ucieczka na srebrny glob”*

„Zobaczą Państwo (…) strzęp filmu…”

Połowa lat siedemdziesiątych XX wieku była złotym okresem dla polskiej kinematografii. Przez trzy lata z rzędu wielkie polskie produkcje („Potop”, „Ziemia obiecana”, „Noce i dnie”) zdobywały nominacje do Oskara dla najlepszego filmu zagranicznego. Filmowcy korzystali z ostatnich lat krótkiej gierkowskiej prosperity. Władza zrozumiała, że przemysł filmowy może być potężnym narzędziem propagandowym, oddziałującym nie tylko na społeczeństwo w kraju, ale i na społeczność międzynarodową, przedstawiającym komunistyczne państwo w pozytywnym świetle. Wtedy przypominano sobie o młodym, utalentowanym twórcy, odnoszącym właśnie pierwsze sukcesy we Francji.

Ważne dla tej historii jest to, dlaczego Andrzej Żuławski, bo o nim oczywiście mowa, w ogóle znalazł się za granicą. Jako syn polskiego dyplomaty od dziecka wychowywał się z dala od kraju. We Francji skończył szkołę średnią i szkołę filmową, po czym powrócił do kraju, gdzie pracował jako asystent Andrzeja Wajdy. Już jego pierwszy film pełnometrażowy „Trzecia część nocy”, z 1971 roku, rozgrywający się w okupowanym przez Niemców Lwowie i oparty na doświadczeniach jego własnej rodziny, wywołał kontrowersje, Drugi, o rok późniejszy „Diabeł”, został objęty wieloletnim zakazem rozpowszechniania. Zdaniem reżysera zaważyły o tym ukryte w fabule nawiązania do wydarzeń marca 1968 roku. Teatralny, histeryczny i pełen przemocy film, będący świetną próbką stylu młodego twórcy, szokował także decydentów pod względem obyczajowym. Skończyło się na wręczeniu Żuławskiemu paszportu z wyraźną sugestią, aby wracał tam, skąd przyjechał. We Francji odnalazł się jako twórca, kręcąc dobrze przyjęty film z Romy Schneider „Najważniejsze to kochać” (1974). Wtedy właśnie przyszły wielkie sukcesy polskiego kina, a Żuławski, jako twórca z wyrobioną międzynarodową marką, dostał propozycję powrotu i wyboru scenariusza. Zdecydował się na ekranizację słynnych powieści stryjecznego dziadka, jak sam o nich mówił: najsmutniejszych książek jakie znam.


Żeby zrozumieć, jak odważna była to decyzja, trzeba sobie uświadomić, że kino SF nie istniało w Polsce a wszędzie indziej na świecie wciąż traktowane było jako nisza, w której wartościowe produkcje trafiały się rzadziej niż sporadycznie. Wielki boom i wysyp filmów w tym gatunku nadejdzie dopiero po 1977 roku, wiemy dlaczego. Na dodatek w momencie, gdy ruszały zdjęcia do „Na srebrnym globie” zaczęła się również zmieniać sytuacja w Polsce. W 1976 roku skończyło się krótkotrwałe ożywienie w gospodarce napędzane zagranicznymi kredytami. W czerwcu tego roku miały miejsce protesty robotnicze w Radomiu. Nie dało się ukryć faktu, że kraj miał problemy ekonomiczne. Mimo to Żuławski dostał budżet względnie duży – 57 mln ówczesnych złotych. Jednak było to prawie dwa razy mniej, niż wyniósł budżet „Potopu”, i zdecydowanie za mało jak na planowaną skalę filmu. Udało się zgromadzić imponująca obsadę, w której znaleźli się m.in. Jerzy Trela, Andrzej Seweryn, Henryk Talar, Jan Frycz, Henryk Bista i wielu innych znakomitych aktorów. Autorem zdjęć był Andrzej J. Jaroszewicz, scenografem Tadeusz Kosarewicz. Muzykę do filmu komponował Andrzej Korzyński, człowiek-instytucja, autor muzyki do filmów m.in. Żuławskiego, Wajdy i Chęcińskiego, a przy okazji twórca postaci …Franka Kimono. Kostiumy projektowała Magdalena Tasławska, autorka kostiumów filmowych, teatralnych i operowych oraz projektantka mody. Odcisnęła olbrzymie piętno na wizualnej stronie filmu, o czym będzie jeszcze okazja wspomnieć.

Zdjęcia ruszyły 21 czerwca 1976 roku. Kręcono na plażach w Jastrzębiej Górze, a następnie na pustyni Gobi w Mongolii. We wrześniu pojawiły się pierwsze problemy – Żuławskiemu zarzucono zbyt wolne tempo zdjęć i marnotrawstwo środków. Po zobowiązaniu się do zwiększenia tempa otrzymał dodatkowe fundusze. Borykając się z codziennymi brakami, kręcono m.in. w opuszczonej, poniemieckiej fabryce benzyny syntetycznej w Policach oraz w kopalni soli w Wieliczce. W tej ostatniej ekipa co dzień, przez kilka tygodni, schodziła pod ziemię, gdzie spędzała nawet 12 godzin na dobę, kręcąc w warunkach zagrożenia wybuchem metanu. Dalsze prace nad filmem realizowano w Krakowie i ponownie na Wybrzeżu. Praca na planie była olbrzymim obciążeniem i po jakimś czasie początkowy zapał realizatorów i aktorów zaczął przygasać. Żuławski był bezkompromisowy, zmuszał aktorów do gry na granicy fizycznych możliwości i na emocjonalnej krawędzi. Andrzej Seweryn w świetnym filmie dokumentalnym „Ucieczka na srebrny glob”* opowiada, jak reżyser był wściekły na niego za to, że po zakończeniu jakiegoś ujęcia aktor nie był fizycznie wyczerpany, co miało oznaczać, że się nie angażował. Żuławski zmieniał scenariusz na kolanie, dopisywał sążniste, filozoficzne monologi i podsuwał nowy tekst aktorom tuż przed ujęciem. Jego „totalne” podejście do swojego dzieła dobrze oddaje anegdota z realizacją sceny ukrzyżowania. Reżyser zastrzegł, że ma ona wyglądać wiarygodnie. Skończyło się przywiezieniem na plan …odciętej ludzkiej ręki z prosektorium, w którą na zbliżeniu wbito prawdziwy gwóźdź tylko po to, by uzyskać trwające może 2 sekundy ujęcie. W kwietniu 1977 roku elementy scenografii oraz pojazdy księżycowe zaczęto przewozić w góry Kaukazu, na terenie Gruzińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej.


Tymczasem 1 czerwca 1977 wiceminister kultury Janusz Wilhelmi wydał nakaz wstrzymania produkcji filmu. Do tego momentu zrealizowano około 72% planowanych zdjęć. Oficjalnie kasacja projektu nastąpiła z powodu przekroczenia limitów finansowych i terminów produkcyjnych. Jak było naprawdę? Teorii jest kilka. Wilhelmi miał żywić jakąś dawną urazę do ojca Andrzeja Żuławskiego. Miał też jakoby szukać „haków” na Aleksandra Ścibora-Rylskiego, szefa Zespołu Filmowego „Pryzmat”, w którym powstawał film. Ten był autorem scenariusza do „Człowieka z marmuru”, który niewiele wcześniej rozwścieczył komunistów. W efekcie, po przerwaniu realizacji filmu ZF „Pryzmat” został zlikwidowany w związku z zarzutami o niegospodarność. Mogło też chodzić o zastraszenie środowiska filmowego, władze zaostrzały kurs po wydarzeniach w Radomiu. Wiceminister ponoć obejrzał nakręcony materiał i uznał, że „Na srebrnym globie” zamiast zgodnie z oczekiwaniami być dziełem antyklerykalnym, okazał się filmem o wolności, bijącym w ustrój PRL. Jaka by nie była prawdziwa przyczyna czy też splot przyczyn, Żuławski jako człowiek spoza układu był wygodnym i łatwym celem. Na nic zdał się list, wystosowany przez ekipę filmowców do wiceministra z prośbą o zmianę decyzji. Dekoracje polecono rozebrać, kostiumy i rekwizyty w większości zniszczono, nieliczne przetrwały w prywatnych kolekcjach członków ekipy.

Żuławski ponownie wyjechał do Francji, gdzie kontynuował udaną karierę artystyczną, pozostając w swoistej niszy, wierny swemu stylowi, wciąż przetwarzając w filmach dręczące go obsesje. Około 2 lata po przerwaniu zdjęć do „Na srebrnym globie” pozwolono mu przyjechać i „zabezpieczyć” zrealizowany materiał. Z 40 kilometrów taśmy filmowej udało się wówczas wykroić około 3-godzinny materiał. Po raz kolejny reżyser podjął pracę nad nim w 1986 roku, otrzymawszy zgodę władz na dokończenie produkcji. Tylko co i jak miał kończyć, skoro nie istniały już kostiumy i scenografie, a aktorzy rozjechali się po świecie? Luki w materiale uzupełniono zdjęciami nagranymi na ulicach polskich miast, dodano głos reżysera z offu. Nagrano postsynchrony, dubbingując tych z aktorów, którzy byli niedostępni. Andrzeja Seweryna – Zwycięzcę, dubbingował Michał Bajor. 12 maja 1988 roku miała oficjalna premiera filmu w Cannes. Krótko pokazywany był w kinach w Polsce, dawno po swoim właściwym czasie i znowu przepadł na długo. W latach dziewięćdziesiątych pokazywała go TVP (sam oglądałem go wtedy po raz pierwszy, niewiele zresztą z niego rozumiejąc). Zbierał skrajne opinie i oceny, stopniowo zyskiwał swój status filmu-wyzwania, trochę kultowego, dziwacznego, bardzo innego. W 2016 roku doczekał się wersji zrekonstruowanej cyfrowo. Obecnie można go bez trudu znaleźć na popularnych platformach streamingowych i obejrzeć nawet za darmo. Na jednej z nich przypisano go do kategorii „fantasy – przygodowe”. Cóż, jego realizacja rzeczywiście była dramatyczną przygodą, niestety bez szczęśliwego końca.

Książki i film po latach

Dzieła Jerzego Żuławskiego pokryła patyna czasu, jednak nie w takim stopniu, w jakim można byłoby się spodziewać. To nie jest tylko urokliwa stara fantastyka, czytana z przymrużeniem oka i traktowana po latach jako ciekawostka. Żuławski miał świetne pióro i pisał pięknym, oczywiście z dzisiejszego punktu widzenia nieco staroświeckim językiem. Strona naukowa jego książek trąci myszką, ale też i wzbudza szacunek rozmachem wyobraźni, zwłaszcza gdy pomysły autora umieścimy w kontekście czasowym i technologicznym ich powstania. „Na srebrnym globie” jest moim zdaniem żmudniejszą lekturą dla współczesnego czytelnika od „Zwycięzcy”. Tom drugi „Trylogii księżycowej”, pomimo dość nachalnej biblijnej symboliki, ma jednak budzącego zarówno sympatię, jak i irytację, wyrazistego bohatera, ma wykreowany z pomysłem świat, strasznych, ale i fascynujących szernów oraz pełną dramatycznych wydarzeń fabułę. Przede wszystkim jednak obie książki mają coś do powiedzenia, opisują mechanizmy władzy i religii, kształtowanie się mitologii, fanatyzmu i ksenofobi. Jednocześnie ostrzegają przed bezgraniczną wiarą w naukę i przed postępem za wszelką cenę.

Jeśli zaś chodzi o film… Cóż, nie da się ukryć, że to „superprodukcja” z patyków, sznurka, piór, dymu, błota i starych kombinezonów lotniczych. Nagrana na plażach, w kopalniach, ruinach, na pustyni, w górach i gdzie tam jeszcze. Siermiężna jak życie za komuny, a mimo to wyglądająca …całkiem ciekawie! Niebieski filtr nadaje jej zaskakująco współczesny sznyt. Kamera fruwa między aktorami, robi najazdy na ich twarze, zamiera w scenach plastycznych niczym u Kurosawy. Kostiumy są teatralne i fantasmagoryczne. Muzyka przypomina klimatem motywy Briana Eno z „Diuny” Lyncha. Momentami film jest hipnotyzujący. Momentami. Tymi, w których aktorzy nie miotają się po planie, nie krzyczą, nie deklamują ze wzrokiem wbitym w kamerę, nie tarzają się po ziemi i nie wydają z siebie jakiś spazmów. Dopóki Żuławski trzymał siebie i swoje ambicje w ryzach, to film jest specyficzny, tajemniczy, intrygujący i czuć, że prawie ociera się o wielkość. Zwłaszcza w pierwszej połowie, tej na podstawie „Na srebrnym globie”. Niestety im dalej w las, tym więcej wygibasów. Andrzej Seweryn dał się chyba całkowicie zdominować reżyserowi, gra jakby stał na deskach teatru eksperymentalnego, a wrażenie totalnego odlotu potęguje podłożony egzaltowany dubbing Michała Bajora. Wstawki dokręcone po latach, na ulicach polskich miast i wsi, wyrywają totalnie z klimatu. Nie wiem, czemu nie pomyślano na przykład o statycznych, rysowanych planszach z motywami z filmu czy choćby zwykłych fotosach z planu.

Czy ukończenie „Na srebrnym globie” zmieniłoby coś w jego odbiorze? Nie sądzę. Na pewno odebrałyby mu część legendy i otoczkę „dzieła skrzywdzonego”. Żuławski na skasowaniu jego filmu stracił jako człowiek i artysta, na pewno otrzymał duży cios, który wpłynął na jego późniejsze życie. Natomiast, tak trochę paradoksalnie, to cała ta historia unieśmiertelniła jego niedokończone dzieło. Ja sam żałuję tylko, że stryjeczny wnuk chciał odcisnąć aż tak głębokie, osobiste piętno na materiale stworzonym przez stryjecznego dziadka. W tych natchnionych deklamacjach chyba coś się zagubiło i nie mam wcale na myśli brakujących fragmentów filmu. Dziwność, oniryczność, szaleństwo „Na srebrnym globie” są atrakcyjne przez chwilę, znośne trochę dłużej. Ostatecznie – przede wszystkim męczące. W efekcie do obejrzenia go potrzeba trochę samozaparcia i takiej dociekliwości kinomaniaka, nakazującej na przekór wszystkiemu oglądać dziwne rzeczy. Mimo wszystko uważam, że warto to zrobić. Warto choć raz zaliczyć odlot na srebrny glob.

 

* „Ucieczka na srebrny glob”, film dokumentalny w reżyserii Kuby Mikurdy, który gorąco polecam. Do obejrzenia na TVP VOD. 

To mi się podoba 1
To mi się nie podoba 0

Polecamy także

Komentarzy: 2

  1. Ano, pamiętam, że kiedyś napaliłem się jak szczerbaty na suchary kiedy pokazywano ten film w warszawskim Iluzjonie. I pamiętam, że ledwie wysiedziałem do końca przewyższając w wytrzymałości jakąś połową widzów.

    To mi się podoba 0
    To mi się nie podoba 0

Zanim napiszesz komentarz zapoznaj się z naszymi zasadami zamieszczania komentarzy:

Regulamin zamieszczania komentarzy


Użyj tagu [spoiler] aby ukryć część treści komentarza:

[spoiler]Treść spoilera[/spoiler]

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back to top button