FilmyRecenzje Filmowe

Kopnęłabym cię, gdybym mogła (2025)

Cebula, oprócz tego, że bywa nazywana słowiańską pomarańczą, ma warstwy. Filmy też miewają warstwy. Czytając recenzje i opinie na temat “Kopnęłabym cię, gdybym mogła”, miałem wrażenie, że niemal wszyscy zauważyli jedynie tę warstwę zewnętrzną, której nie sposób przegapić, ale mało kto pochylił się nad tym, co trochę mniej oczywiste. Pewnie dostanie mi się w komentarzach za niektóre stwierdzenia, których tu użyję, ale nie wierzę, że jestem jedynym, który zwrócił uwagę na pewne dość oczywiste fakty. Jak choćby ten, że tylko wariat mógłby nazwać ten film komedią – nawet czarną. Chyba że kogoś bawią załamania nerwowe i choroby psychiczne. “Kopnęłabym cię gdybym mogła” to dramat pełną gębą, w dodatku zahaczający kilka razy o klimaty horrorowe (momentami przypominał mi “Requiem dla snu”).

Ale po kolei. Osobą, która chce wszystkich skopać, jest Linda. Linda jest psychoteraoeutką i mamą. Jej córka z powodu choroby musi być dożywiana przy pomocy aparatury podłączonej bezpośrednio do żołądka, a także jest objęta dzienną opieką szpitalną. Mąż Lindy jest kapitanem statku i przez większość czasu słyszymy jedynie jego głos w telefonie. Pewnego dnia po powrocie do domu Lindzie dosłownie sufit spada na głowę. Salon zalewa woda, a w stropie zieje wielka czarna dziura. To tylko zwieńczenie całego zestawu problemów, które ta kobieta dźwiga na swoich barkach. W pracy ma do czynienia z ciężkimi przypadkami, a kolega po fachu zamiast pomóc, zdaje się być kompletnie obojętny na jej problemy. Leczenie córki postępuje znacznie wolniej, niż zakładano, co grozi poważnymi konsekwencjami. Mąż jak na złość pozwala sobie na odpoczynek po pracy, a niesolidny wykonawca opóźnia się z naprawą wspomnianego sufitu, przez co Linda musi przenieść się na jakiś czas do pobliskiego motelu, gdzie zagryza i zapija smutki, zarywając kolejne noce. Sprawa jest więc jasna: oto przed nami obraz kobiety przytłoczonej życiem, która najzwyczajniej w świecie nie daje rady. Nie daje rady nie tylko z powodu obiektywnych okoliczności, ale także dlatego, że nikt jej nie wspiera. Nieważne czy chodzi o opryskliwego i aroganckiego męża, najgorszego psychoterapeutę na świecie, pielęgniarkę w szpitalu, która tylko czeka, żeby wytknąć Lindzie błędy czy wytatuowaną dziewuchę z motelowej recepcji, która – o zgrozo – nie chce jej sprzedać flaszki.

W tym miejscu zatrzymam się, żeby oddać sprawiedliwość twórcom tego filmu, którym udało się naprawdę znakomicie wykreować niesamowicie gęstą, przytłaczającą atmosferę, dzięki której widz niemal fizycznie odczuwa to, co przeżywa Linda. Ponad dekadę temu Oscara dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego zdobył “Syn Szawła”, w którym kamera przez cały czas skupiona była wyłącznie na głównym bohaterze, resztę pokazując jedynie jako rozmazane plamy. “Kopnęłabym cię, gdybym mogła” nie jest aż tak ekstremalnym obrazem, ale tu również niemal przez cały czas patrzymy na Lindę i jej udręczoną twarz, na którą lada chwila padnie. Kamera nieustannie podąża za (czasem przed) bohaterką, a wąskie kadry i ciasne zbliżenia powodują uczucie klaustrofobii i sprawiają, że można niemal poczuć na sobie to napięcie i emocje, które nosi w sobie Linda.

Rose Byrne była nominowana do Oscara za tę rolę i obiema rękami podpisuję się pod takim wyróżnieniem, chociaż nie wiem, czy zasługuje na wygraną. Tak – jest niesamowicie, stuprocentowo zaangażowana w kreację obrazu udręczonej życiem matki i żony. Jest w tym autentyczna i przyznaję, że udźwignęła ciężar ciągnięcia calusieńkiego filmu na własnych barkach. Ale odniosłem też wrażenie, że zbyt dużo chciała pokazać za pomocą mimiki. W trakcie filmu z minuty na minutę Linda jest coraz bardziej zmęczona i w okolicach połowy jej twarz przypomina karykaturę z jakiegoś mema. To jednak może tylko moje czepialstwo, bo za całokształt Byrne należą się wielkie brawa. Zresztą tę przesadną mimikę też da się wytłumaczyć i uzasadnić, jeśli przyjąć nieco inny sposób interpretacji całego filmu.

Wracając bowiem do mojej początkowej myśli: ten film ma drugą, nieco mniej oczywistą, ale doskonale widoczną warstwę. Oprócz tego, że pokazuje kobietę doprowadzoną do skraju wytrzymałości, to przede wszystkim robi to z jej perspektywy – perspektywy osoby zagubionej i chorej na depresję. Zastanówmy się na spokojnie, co tak naprawdę wydarzyło się w życiu Lindy. Przyczyną wszystkich pozostałych problemów jest choroba córki, symbolizowana dodatkowo przez dziurę w suficie. Chore dziecko to koszmar każdego rodzica i absolutnie nie chcę umniejszać tragedii, jaka spotkała bohaterkę i jej rodzinę, ale to nie jest tak, że oni stoją w obliczu nieuniknionej śmierci. Starają się o odstawienie kłopotliwej w użyciu pompy i powrót do normalności, a nie walczą bezpośrednio o przetrwanie. W pracy kobieta musi radzić sobie z trudnymi przypadkami? Ponownie – taki urok zawodu, który wybrała, a pacjenci może są upierdliwi i specyficzni, ale nie stanowią dla niej żadnego zagrożenia. Kolega po fachu (w tej roli fantastyczny Conan O’Brien) nie chce pomóc i jest nieczułym draniem? Ale przecież on jej wprost mówi, co należy zrobić na początek: odstawić wino i trawę oraz wyspać się. To Linda woli wchodzić mu w słowo i opisywać niedwuznaczne sny. Podobnie opiekunka ze szpitala z pewnością tylko czeka, żeby wytknąć wyrodnej matce błędy wychowawcze, ba – pozwala sobie wręcz okazać chorej podopiecznej uczucia (z pewnością nieszczere). Nawet ten złośliwy mąż po prostu przypływa i łata nieszczęsną dziurę, której nie dało się naprawić. A dlaczego? Bo wszystko widzimy z perspektywy osoby w depresji, która straciła moc sprawczą.

Sprawczość, a raczej jej brak, to najważniejszy temat w “Kopnęłabym cię, gdybym mogła”. Początkowy, niemożliwy do rozwiązania problem – choroba córki – powoduje, że Linda traci wiarę we własne możliwości. Zaczyna sobie umniejszać, wątpić w to, że jest w stanie wpłynąć na cokolwiek, a to prowadzi do apatii, roztrząsania nieistotnych zdarzeń oraz przede wszystkim wykrzywia jej perspektywę. Od tego momentu nawet jeśli rozwiązanie znajduje się na wyciągnięcie ręki, ona po nie nie sięgnie, bo z góry zakłada, że to nic nie da. To samozaciskająca się pętla, z której ciężko się wyrwać i która może prowadzić do tragedii.

Jest to tym bardziej widoczne w dwóch niewielkich scenach. Obie mają miejsce w gabinecie Lindy. Kiedy w wyniku dziwnego zdarzenia musi zacząć działać, aby ratować obce dziecko, nagle z jej twarzy i ruchów znika bezradność oraz umęczenie. Adrenalina sprawia, że działania nabierają skuteczności, czym sama główna zainteresowana zdaje się być zaskoczona. Nie inaczej jest w momencie gdy wspomniany kolega przerywa wizytę pacjenta Lindy, a powstały wtedy chaos likwiduje kilkoma stanowczymi zdaniami. W tym momencie główna bohaterka wygląda, jakby doznała olśnienia, że zdecydowanie i proaktywność pozwalają odzyskać kontrolę i zapanować nad bałaganem. Trochę szkoda, że nie pociągnięto tego wątku dalej, pozostawiając widza z mocno niejednoznacznym i tajemniczym zakończeniem, a samą Lindę w bardzo dziwnym miejscu.

Być może w świetle tego zakończenia moje spostrzeżenia są nadinterpretacją. Może zamysłem reżyserki i scenarzystki było po prostu pokazanie kobiety udręczonej i przygniecionej życiem wśród toksycznych mężczyzn i nieczułych kobiet. Podobno w scenariuszu są wątki autobiograficzne, więc dopuszczam myśl, że sama autorka właśnie z takiej skrzywionej perspektywy widziała świat pisząc “Kopnęłabym cię, gdybym mogła”. Nawet jeśli, to nadal uważam, że świadomie lub nie pokazała mechanizm działania i powstawania pewnego stanu umysłu, przez który wpada się w pętlę autodestrukcyjnej niemożności. Jasne – można było wycisnąć z tego więcej, pokazać coś poza bohaterką wrzeszczącą z niemocy i chcącą wysadzić niesprawiedliwy świat w powietrze. Ale w mojej ocenie efekt końcowy jest dobry. To mocny, bardzo intensywny film, który potrafi “zmęczyć” widza. Trzyma w napięciu, a w czasie seansu  powoduje ten nieznośny (i o to chodzi!) stan oczekiwania na wielki wybuch. Polecam i jestem ciekaw Waszych interpretacji.

Kopnęłabym cię, gdybym mogła (2025)
  • Ocena Crowleya - 7/10
    7/10
To mi się podoba 4
To mi się nie podoba 0

Crowley

Maruda międzypokoleniowa i mistrz w robieniu wszystkiego na ostatnią chwilę. Straszliwy łasuch pożerający wszystko, co związane z popkulturą. Miłośnik Pratchetta i Clancy'ego, kiedyś nawet Gwiezdnych wojen, a przede wszystkim muzyki starszej niż on sam.

Polecamy także

Jeden komentarz

Zanim napiszesz komentarz zapoznaj się z naszymi zasadami zamieszczania komentarzy:

Regulamin zamieszczania komentarzy


Użyj tagu [spoiler] aby ukryć część treści komentarza:

[spoiler]Treść spoilera[/spoiler]

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back to top button